czwartek, 23 kwietnia 2015

Sabionetta, Mantua, Wersal, Rzym i ....Dobrzyca - co je łączy? (post_16)

No właśnie, zastanówmy się moment,  co może łączyć te odległe od siebie miasta, miasteczka, niektóre nie wymagające prezentacji, a inne zdecydowanie mniej znane?
Moje skojarzenia mają oczywiście charakter nader subiektywny i selektywny.
Czy macie już jakiś pomysł?
Żeby nie trzymać was w niepewności, to zdradzę, że według mnie elementem je łączącym jest .... malarstwo iluzjonistyczne, z jakimi zetknęłam się odwiedzając konkretne obiekty architektury w wymienionych miejscowościach.
Stworzenie iluzji malarskiej może być, rzecz jasna, zabawą, pewnego rodzaju "żartem" artystycznym, ale może stanowić również przykład doskonałej techniki malarskiej czy kunsztu twórcy.
Iluzja w malarstwie, oczywiście także w architekturze, wykorzystywana była od czasów najdawniejszych , od starożytności, natomiast panowała na nią szczególna moda w epoce baroku. W  czasach nam współczesnych każdy z nas z tą techniką się styka.

Najprościej rzecz ujmując malarstwo iluzjonistyczne polega na "oszukaniu oka", daje złudzenie wielowymiarowości przestrzeni, optycznie ją powiększa i otwiera. Spotkałam się nawet z określeniem "malarstwa 3D", chociaż nie do końca mi się ono podoba.
Autorzy dziel iluzjonistycznych wykazywali się ogromną wiedzą matematyczną i znajomością perspektywy.

Przyjrzyjmy się bliżej poniższym przykładom iluzjonistycznego malarstwa:
















  Na pierwszym planie, w dwóch rzędach, usytuowane zostały "marmurowe" kolumny, które wprowadzają odbiorcę w głębię, perspektywę ukrytego krajobrazu. Te swoiste kolumnady tworzą pewnego rodzaju przejście pomiędzy realną przestrzenią, w której znajduje się uczestnik tego złudnego spektaklu, a tą wyobrażoną, stworzoną przez artystę. Chciałoby się przekroczyć próg tego przejścia.
W pierwszej chwili podczas oglądania powyższych zdjęć odnosi się wrażenie, że odtwarzają to samo miejsce, wydają się być podobne i pod względem techniki malarskiej na pewno są. Jednakże trzy początkowe zdjęcia odźwierciedlają  Salę Venus w Pałacu w Wersalu http://en.chateauversailles.fr/homepage, natomiast dwa końcowe zostały zrobione w Villa Farnesina w Rzymie http://www.villafarnesina.it/.
Iluzja "wersalska" wzbogacona jest o elementy architektoniczne, które poprzez pogłębioną perspektywę , zdecydowanie zwiększają efekt złudzenia. W tle pojawiają się kolejne kolumny oraz korytarz, tunel na końcu którego uwidaczniają się elementy przyrody.
Natomiast iluzja z Salone delle Pespettive w Villa Farnesina opiera się na stworzeniu wrażenia przejścia na balkon, taras z którego roztacza się wspaniały widok.  Powstaje nawet efekt wysokości, poczucia znajdowania się gdzieś powyżej.
Emocje dla publiczności zapewnione.

W  Teatro all'antica w zagubionej wśród pól miejscowości Sabionetta, która miała być miastem idealnym wykorzystano także technikę iluzji, przede wszystkim na ścianach teatru, ale także na jego  balkonie otwierając w ten sposób teatralną przestrzeń.





Tradycyjnie wykorzystywana jest kolumnada realna, jak również  powstała jedynie w artystycznej wizji.

Jednakże szczytem osiągnięć w malarstwie iluzjonistycznym jest okulus stworzony przez Andrea Mantegna w Pallazzo Ducale www.ducalemantova.org w Mantui, przepięknej, magicznej miejscowości ukrytej wśród jezior .
Nie popadnę w przesadę, jeśli powiem, że prawie wszystkie podręczniki i opracowania z historii sztuki przywołują tego artystę i jego genialne dzieło.


http://en.wikipedia.org/wiki/Camera_degli_Sposi#/media/File:Andrea_Mantegna_064.jpg

Okulus powstały w XV wieku można zobaczyć w niewielkim pomieszczeniu nazywanym La Camera degli Sposi w południowo-wschodniej wieży zamku Gonzagów. Niektórzy badacze twierdzą, że  nawiązuje  on w pewien sposób do okulusa z rzymskiego Panteonu. Kto miał przyjemność zwiedzania Panteonu, przyzna interpretatorom rację.
Jest wrażenie otwartości na błękitne niebo, rozświetlające salę. Grupa osób przemieszana z cherubinkami spogląda na nas z góry. Mantegna pokazuje postaci w rozmaitych pozach nadających iluzji wrażenie niezwykłej realności. Miałam nawet poczucie, że "ktoś" nas obserwuje...

Okulus osadzony został  w zamkniętym wieńcu osadzonym na "fałszywych" żebrach opierających się o osiem kręgów mniejszych wieńców.



http://it.wikipedia.org/wiki/Camera_degli_Sposi#/media/File:Andrea_Mantegna_064_big.jpg

Na zdjęciu doskonale widać złożoność osadzenia okulusa.
Oczywiście zaczyna boleć kark od wpatrywania się w sklepienie, ale nie ma czasu na dłuższe podziwiane tego artystycznego majstersztyku. Pomieszczenie jest nieduże, a inni zwiedzający oczekują na swą kolej....

Przy tej okazji muszę wspomnieć o nader interesującym miejscu w Wielkopolsce, mianowicie o Dobrzycy.
Odnajdziecie tam piękny, aczkolwiek nieduży pałac, w którym aktualnie funkcjonuje Muzeum Ziemiaństwa  www.dobrzyca-muzeum.pl/. Nie warto zwracać uwagi na nietrafioną nazwę tego obiektu. Obserwuję go od wielu lat i widzę, jak wspaniale się rozwija i zmienia.
Może kiedyś stanie się tematem jakiegoś postu .
Właśnie w Pałacu w Dobrzycy spotkałam się również z przykładem malarstwa iluzjonistycznego, co obrazują poniższe zdjęcia.



Twórca tych ciekawych iluzjonistycznych dekoracji, w tym pejzaży  -  to Antoni Smuglewicz malarz i scenograf. Jego dziełem są dekoracje kaplicy i sali teatru w zamku w Podhorcach (1765),  jak również główna ściana klatki schodowej w warszawskim Zamku Ujazdowskim (1766).
Kto trafi do Pałacu w Dobrzycy, wróci w to miejsce na pewno....

piątek, 17 kwietnia 2015

Renato Guttuso - malarz czerwieni (post_15)

Renato Guttuso ( 1912-1987) to malarz, którego polubiłam od razu.
Łączą nas co najmniej dwie rzeczy.
Po pierwsze - imię.
Po drugie - zamiłowanie do czerwieni, koloru dodającego energii, siły i ciepła. Prawie zawsze w moim ubiorze znajdę miejsce na coś czerwonego.
Z twórczością tego włoskiego artysty zetknęłam się na rewelacyjnej wystawie zatytułowanej "Renato Guttuso 1912 - 2012" zorganizowanej w Complesso del Vittoriano, oczywiście w Rzymie.
Complesso usytuowane u stóp Kapitolu, od wielu lat prezentuje w wyjątkowy sposób, także pod względem kuratorskim, sztukę współczesną - cieszącą się szerokim zainteresowaniem publiczności. Co najmniej raz w roku wystawy dedykowane są włoskim artystom, mniej znanym w Europie, a na pewno w Polsce.
A możliwość zobaczenia dzieł Guttuso poza Włochami jest nader ograniczona, dlatego też ucieszyłam się niezmiernie z wystawy w Estorick Collection "Painter of Modern Life", które niedawno zakończyła w Londynie www.estorickcollection.com/exhibitions/2015/renato-guttuso/painter-of-modern-life/.
Niestety nie byłam w Londynie, ale myślę, iż warto zajrzeć chociaż na stronę.
Marzy mi się takie wydarzenie w Polsce, mamy przecież tyle interesujących przestrzeni muzealnych, w których odnalazłyby się doskonale  obrazy Guttuso, ale cóż...
Kłopot z rzymską wystawą Guttuso i wieloma innymi jest taki, że Włosi nie pozwalają robić zdjęć. Nie rozumiem tego zakazu uniemożliwiającego zwiedzającym utrwalenie obrazów, szczególnie pochodzących z prywatnych kolekcji czy z odległych muzeów. Stąd nie mogę zaprezentować pokazywanych dzieł i to jest wielka strata. Czasami uda mi się zrobić jakieś "w ukryciu", ale...
Na szczęście we wspaniałej  Galerii Nazionale d'arte Moderna, www.gnam.beniculturali.it/index.php?it/1/home  taki zakaz nie obowiązuje , więc uda mi się pokazać kilka obrazów .

                                                       "Rittrato della madre" (1939-40)
Bohaterką tego obrazu jest matka. Od razu zwraca uwagę kolorystyka dzieła, w tym wychodząca na plan pierwszy czerwień. Zauważyć również można bardzo delikatny zwrot Guttuso w stronę kubizmu i zamiłowanie do twórczości Picassa, z którym się zresztą przyjaźnił. Obraz odzwierciedla  jednocześnie zainteresowania malarza problematyka społeczną. Matka jest zmęczona, nawet zniechęcona. Jej twarz wyraża jakiś smutek i niezadowolenie.
Guttuso z wielką chęcią malował ludzi, szczególnie pochodzących z klasy robotniczej. Doskonale znane są jego związki i zaangażowanie w ideę komunizmu. Jako jeden z nielicznych artystów w latach 50-tych był rozpoznawalny we wschodniej części Europy ( za tzw. żelazną kurtyną).
 

Guttuso często tworzył obrazy dość pokaźnych rozmiarów i powyższy do nich właśnie należy. Z rozmachem pokazana została walka Giuseppe Garibaldiego -włoskiego bojownika o wolność.

Ale ten "sycylijski wieśniak", jak ponoć siebie nazywał, należy również do autorów zafascynowanych zmysłowością, pięknem kobiecego ciała.

                                                         "Ragazzi a Palermo"  (1940)
Z  rzymskiej wystawy , o której pisałam na wstępie, pamiętam przepiękny obraz dwóch nagich kobiet ponadsiedemdziesięcioletniego już Guttuso. Nie widać ich twarzy. Artysta skupia uwagę na ich proporcjonalnych, młodych ciałach.

Muszę koniecznie jeszcze wspomnieć o chyba najbardziej znanym dziele, powstałym w 1974 roku, zatytułowanym "La Vucciria"  ( format 3 metry na 3). Tematem obrazu jest bazar, rynek położony w centrum Palermo. Miejsce nieustannie tętniące życiem, gdzie można kupić praktycznie wszystko. Robert Hughes w swojej książce "Rzym" przytacza sycylijskie przysłowie "E balati ra Vucciria 'un s'asciucanu mai", czyli "bruk Vucciria nigdy nie wysycha", gdzie zawsze używane są węże z wodą...

 
Uderza różnorodność towarów oferowanych do sprzedaży,ich nagromadzenie, sposób ułożenia i kolorystyka. Ale najistotniejsze jest to, co rozgrywa się pośród tych warzyw, owoców, ryb i mięsa.
Relacja pomiędzy mężczyzną i kobietą, której twarzy artysta nie pokazuje. Domyślamy się, że wyróżnia ją piękno, młodość i uroda. On - wpatrzony, zafascynowany. Nie wiadomo czy się znają, czy to  chwilowe zauroczenie. Może to początek ich wspólnej historii....
Oboje wnoszą niesamowitą energię, ekspresję i zainteresowanie.
Tym obrazem Guttuso szczególnie mnie zauroczył...

Kogo Renato Guttuso zainteresował, to zachęcam do odwiedzenia poniższych stron, gdzie można przyjrzeć się innym, równie intrygującym dziełom:
www.culturaeculture.it/category/culture-viaggi/
www.guttuso.com/




niedziela, 12 kwietnia 2015

Wirtuoz baroku - Francesco Borromini (post_14)

Pani profesor Ewa Bieńkowska, autorka mojej ulubionej książki poświęconej stolicy Italii, zatytułowanej "Spacery po Rzymie", zadała w niej pytanie : "Po co jeżdżę do Rzymu? " Udzieliła na nie dość obszernej odpowiedzi, pod którą i ja mogłabym się podpisać.
Rzym to miasto wyjątkowe pod wieloma względami, a w szczególności stanowiące "mekkę" dla osób zafascynowanych sztuką. Czym częściej można zanurzyć się w rytmie codzienności i przeszłości tej metropolii, tym mocniej i głębiej pragnie się tam wrócić. I właśnie ja aktualnie cierpię na tę przypadłość. Wprawdzie próbuję się ratować refleksjami E.Bieńkowskiej mówiącej, że każdy z nas tworzy własny Rzym, że trzeba być cierpliwym i dokonywać ciągłych wyborów oraz że niemożliwe jest zobaczenie wszystkiego, ale oczywiście takiej postawy trzeba się uczyć, co nie należy do rzeczy prostych.
Po co ja jeżdżę do Rzymu? Z niezwykle wielu powodów, ale również dla zetknięcia się z dziełami takich artystów jak m.in.Francesco Borromini, który funkcjonował artystycznie trochę w cieniu sławy Berniniego ( niewątpliwego rzeźbiarza-geniusza). Niektórzy autorzy określają nawet Borrominiego "podwykonawcą" Berniniego. Niby to prawda, ale zbyt bolesna i niesprawiedliwa.
Jeżdżę do Rzymu, aby zobaczyć zawsze coś nowego, nieznanego i to jest zawsze ekscytujące, ale jeżdżę również po to, aby choć na chwilkę poczuć atmosferę miejsc mi szczególnie bliskich, ulubionych i podziwianych.
Do takich miejsc należy na pewno kościół San Carlo alle Quattro Fontane znajdujący się w pobliżu Pałacu  Kwirynalskiego ( i jeszcze kilku znakomitych obiektów).
Dlaczego ten kościół? Dlaczego Borromini? Śmiało mogę nazwać ten kościół arcydziełem architektury, a Borrominiego wirtuozem sztuki barokowej. I nie będę tu odosobniona.
Do kościoła wchodzi się prawie z ulicy i to nader ruchliwej. Fasada mimo poważnego zaniedbania, na której widać zdecydowanie upływ czasu , broni się artystyczną formą.

Na zdjęciu widać dolną kondygnację i wejście do wnętrza. Od razu uderza dynamizm uzyskany przez liczne wklęsłości i wypukłości ścian wypełnionych niszami  i  postaciami. Charakterystyczne są również kolumny, bilokolumny z wykończeniami korynckimi tworzące "falistość" i ruch tej przestrzeni.
Przejdźmy na drugą kondygnację. Na niej też wiele się dzieje. Fasada należy do przestrzennych, wielowarstwowych, jest w jakimś ruchu.

A wewnątrz....








































Wnętrze onieśmiela, zadziwia i zachwyca, szczególnie, kiedy przekracza się próg tego niezwykłego kościoła pierwszy raz. Zaskakuje widza wszechogarniająca biel, a uwaga skupia się od razu na eliptycznym sklepieniu skonstruowanym na planie greckiego krzyża, sprawiającym wrażenie wyższego niż jest w rzeczywistości. Wielowymiarowość elementów architektonicznych tworzy nieprawdopodobną przestrzeń tego niewielkiego obiektu. Głowa ciągle zadarta do góry, zaczyna boleć kark od zbyt długiego wpatrywania się. W naturalny sposób światło wzbogaca swym blaskiem wnętrze owalnej kopuły wypełnionej licznymi zdobieniami...
A ogarnąć wzrokiem należałoby jeszcze ściany będące w jakimś ruchu...
 














Oczywiście Borromini wykorzystuje kolumny pomiędzy, które wplata nisze ze zdobieniami. Moją uwagę zwracają muszle, jakby podwójne, nałożone jedna na drugą wypełniające przestrzeń.

Nie wiem czy do końca zdjęcia oddają tę wyjątkowo zadziwiającą perspektywę przestrzenną, ale możecie mi wierzyć na słowo, że efekty należą do niezapomnianych. I mimo iż obiecuję sobie, że kolejnym razem przechodząc w pobliżu kościoła San Carlo, nie wejdę do niego, że to już przesada z mojej strony, nie dotrzymam tej obietnicy, wiedząc, że czeka mnie we wnętrzu spektakl przygotowany przez geniusza-architekta, wirtuoza baroku Francesco Borrominiego...

Przy tej okazji warto wspomnieć jeszcze o innym pomyśle Borrominiego, który w pełni potwierdza jego nieprawdopodobne wyczucie konstrukcyjne i przestrzenne, udowadnia jego nieograniczoną wyobraźnię.  Korytarz perspektyw Borrominiego. Niełatwo do niego dotrzeć w Rzymie, szczególnie , kiedy przyjeżdża się na krótko.
Korytarz perspektyw znajduje się w Palazzo Spada, gdzie można zwiedzić niewielkie muzeum Galeria Spada  galleriaborghese.it/spada/it/. Bez kupienia biletu do muzeum, nie jest możliwe obejrzenie korytarza, którego pilnują, bardzo skutecznie, przemiłe zresztą bileterki. Nie wolno pominąć muzeum,gdyż wejdziecie do nieistniejącego już świata dawnych prywatnych wnętrz pałacowych. Uwielbiam takie trochę zapomniane i zdecydowanie niedoinwestowane obiekty. Znaleźć tam można kilka naprawdę ciekawych obrazów.
Dzieło Borrominiego umiejscowione jest na niedużym dziedzińcu pałacowym.


                       http://en.wikipedia.org/wiki/Palazzo_Spada#/media/File:Spada.jpg

Korytarz, jego długość i wysokość oraz wielkość posągu umieszczonego na końcu jest przykładem niespotykanej architektonicznej iluzji.  Odnosi się wrażenie, że wnętrze jest długie na 20-30 metrów, a rzeźba naturalnej wielkości człowieka. W rzeczywistości posąg ma 80 cm, a korytarz 9 metrów. Przekonałam się o tym, kiedy pilnująca nas wysoka dziewczyna weszła do korytarza i pokazała jego realne  wymiary, ale nawet wtedy nie pozwoliła zrobić zdjęcia.

Borromini i jego dzieła fascynują mnie wyjątkowo. Niezwykła jest także skomplikowana i trudna historia jego życia zakończonego samobójczą śmiercią w bazylice San Giovanni dei Fiorentini ( zwanej kościołem florentczyków), w której został pochowany.
Dotarłam i tam...



piątek, 10 kwietnia 2015

Muzeum na dachu i nie tylko, czyli katedra S.Maria Nascente w Mediolanie (post_13)

Ostatnio wspomniałam o "Piecie Rondanini"  Michała Anioła znajdującej się w Mediolanie. To mi przypomniało nieco zapomniane przeze mnie miejsce, jakimi są dachowe terazzi katedry mediolańskiej.
Dzisiaj więc opowiem, a właściwie bardziej pokażę niezwykłą przestrzeń tworzoną przez setki, a nawet tysiące rzeźb umiejscowionych na wieżach, wieżyczkach, dachu, fasadzie czy bocznych ścianach kościoła. Rozmaite źródła podają odmienne dane o ich liczbie od około 2600 do około 3500 posagów, przede wszystkim świętych. Spotkałam się nawet z informacją o 4000 , ale przecież nie to jest najważniejsze.  Liczby są na tyle imponujące, że zadziwią prawie każdego. Oczywiście rzeźby pochodzą z różnych okresów budowy katedry. Najstarsze powstały w XIV wieku. Niestety, mimo ich wielkości od 3 do 4 metrów, nie jest możliwe oglądanie ich z bliska ze względu na usytuowanie w skomplikowanej architekturze, szczególnie gdy stanowią wykończenie 135 wieżyczek.
I tutaj z pomocą przychodzą nam aparaty fotograficzne czy coraz nowocześniejsze telefony komórkowe.
Dla mnie to swoiste, ekscytujące muzeum, w którym czasami można się zgubić...
Punktem kulminacyjnym zapoznawania się z urokiem i osobliwością tego obiektu jest wizyta na dachu. Bez wejścia czy wjazdu na dach nie będziecie wiedzieli, czym mediolańczycy budujący prawie sześć wieków chcieli zaimponować odwiedzającym ich miasto.
Oczywiście za wejście trzeba zapłacić, ale naprawdę warto.

Zapraszam na spacer.


Grupa posagów skupiona pod oknem i wokół niego. Postaci przybierają różnorodne pozy od siedzących po stojące i spoglądające w górę. Wydają się być "przyklejone" do marmuru.

Teraz zbliżenie

Od razu lepiej. Wreszcie zaczynamy rozróżniać postaci. Widać rękę oraz kunszt artystów i rzemieślników, którzy tłumnie przybywali do Mediolanu z całej Europy, aby wspierać tworzenie katedry, a pracy czekało ich bardzo wiele. Niektórzy twierdzą, że budowana jest do dzisiaj...

Każda szanująca się katedra wyróżniała się swoimi gargulcami  czy jak niektórzy mówią "rzygaczami" pełniącymi  oczywiście rolę rynien dachowych. Gargulce podtrzymywane są przez posagi umiejscowione pod nimi, co dodatkowo je zdobi.



Na powyższym zdjęciu widzimy przepiękne "koronkowe" wykończenia mediolańskiego cuda.
Może małe zbliżenie

Warto zwrócić uwagę na przechylone postumenty posagów podtrzymujących gargulce, umożliwiające odpływ wody. Połączenie pragmatyzmu z pięknem.
Oczywiście wszyscy wiemy o jeszcze innej roli, jaką miały spełniać. Na mediolańskiej katedrze jest ich wyjątkowo dużo.....

To w taki razie zerknijmy na słynne wieżyczki wykończone rzeźbami. Zadziwiające położenie. Zastanawia mnie od razu geniusz wykonawców, którzy musieli zmierzyć się z wyzwaniem, jakim było usytuowanie posagów na takiej wysokości.


Zobaczmy to w zbliżeniu


Postaci spoglądają na Mediolan we wszystkie kierunki świata.

Ale najwyżej położoną rzeźbą jest posag wykonany z pozłacanej miedzi przedstawiający Matkę Bożą ( co nie dziwi, bo przecież to Katedra Narodzin św.Marii). Wieżyczka z figurą Madonny znajduje się w miejscu, gdzie krzyżuje się główna nawa katedry z transeptem począwszy od 1774 roku. Nie podaję tej informacji za pewnik, ale ponoć przyjęto zasadę, że żaden budynek w Mediolanie nie może przewyższać posągu La Madonniny"...


To może wejdźmy nieco wyżej...


Zaczynają się krajobrazy zapierające dech w piersiach. Rząd sterczyn (wieżyczek) z posagami na "koronkowych" przyporach katedry.

Zbliżenia...














Jestem w środku scenografii, której nie potrafię "ogarnąć". Nie wiem, co mam oglądać. Tyle szczegółów i niuansów architektonicznych. Nie chciałabym czegoś pominąć, a pewnie większości nie dostrzegłam.
 No i wreszcie doszliśmy na dach...


Przyjemny odpoczynek, widoki cudne, choć nie udało się mi zobaczyć niedaleko położonych Alp. Jak widać na zdjęciu mimo środka lata, pogoda w Mediolanie nie należała do typowo włoskich o tej porze roku.

Może następnym razem, gdyż pisząc ten post nabrałam wielkiej ochoty na powtórzenie spaceru do tego trochę podniebnego muzeum. Nie ominę na pewno muzeum katedralnego museo.duomomilano.it/en/ , na które ostatnio zabrakło mi czasu...

piątek, 3 kwietnia 2015

Trzy piety Michała Anioła (post_12)

Nie ma odpowiedniejszego momentu do rozważań o pietach Michała Anioła niż dzisiejszy wieczór...
Trwa czas, kiedy to, co miało się wydarzyć - śmierć Chrystusa na Krzyżu, dokonało się i wypełniło. Żaden artysta nie uchwycił tej chwili w tak niedościgniony, doskonały sposób, jak Michał Anioł w swej najbardziej znanej "Piecie"-  eksponowanej w Bazylice św. Piotra w Rzymie.
Ale Buanarotti powracał do pracy nad pietą jeszcze kilkukrotnie z myślą, aby stała się jego własnym nagrobkiem i pozostawił przez to po sobie "Pietę z Nikodemem"- aktualnie znajdującą się we Florencji oraz "Pietę Rondanini", którą można podziwiać w Mediolanie. Czeka nas więc podróż przez prawie połowę Italii - z południa na północ.
Kiedy mam okazję być w Bazylice św.Piotra, to zawsze po wejściu do świątyni kieruję się do pierwszej kaplicy na prawo, by spojrzeć na "Pietę". Natomiast, kiedy wychodzę, także tam zaglądam  z refleksją, czy jeszcze będę miała okazję tu wrócić. To taki mój swoisty rytuał...
Co jest takiego w tej rzeźbie, że przyciąga wzrok tysięcy ludzi jak magnes? 


 "Pieta" to arcydzieło, o którym napisano setki stron, które wzbudza w publiczności zachwyt bez względu na ich pochodzenie, religię czy kulturę. Niekończący się gwar, szum, błysk aparatów, telefonów komórkowych czy tabletów. Prawie zawsze trzeba poczekać, aby znaleźć odpowiednie miejsce do w miarę spokojnej kontemplacji. Wielokrotnie pisałam, że oglądanie dzieł tej rangi nie jest proste.
Przed nami siedzi piękna, delikatna i młoda Matka Boża w  nader bogato pofałdowanej sukni i strojnym welonie. Jej twarz jest wyciszona, spokojna, spogląda w dół na swego Syna. Jej bogate w formie odzienie kontrastuje z nagim Jezusem, przepasanym jedynie na biodrach, leżącym bezwładnie na jej kolanach z głową odchyloną do tyłu. Nie spostrzegamy cierpienia, męki, bólu czy rozpaczy. Matka Boża i Chrystus przeniesieni zostali w inną przestrzeń, trwają poza czasem. Wszystko się dokonało, wypełniło. Stąd wyciszenie i spokój. Michał Anioł nie zastosował stylistyki naturalistycznych, czternastowiecznych piet niemieckich czy francuskich. Odnosi się wrażenie, że bohaterowie tej sceny są przez artystę ożywieni, nie wyczuwamy w ogóle twardości marmuru. Michał Anioł tchnął w ten budulec energię i dynamizm, wręcz ożywił materię. Na tym właśnie polega doskonałość "Piety".
Należy pamiętać, że Michał Anioł tworząc "Pietę" miał tylko dwadzieścia trzy lata i był na  progu swojej artystycznej kariery, a Rzym go dopiero odkrywał i poznawał. Wartym podkreślenia jest fakt, że wyjątkowość "Piety" wynika także z tego, iż to jedyna podpisana praca naszego geniusza. Jestem w stanie sobie wyobrazić, jak zirytowany, podekscytowany informacją o przypisywaniu autorstwa "Piety" Cristoforowi Solariemu z Lombardii, nocą zamyka się w Bazylice św.Piotra i wykuwa na szarfie swoje imię.
Nie mogę pominąć, choć krótko, faktu przerażającego aktu wandalizmu, kiedy w 1972 roku szaleniec z młotem w ręku okalecza dzieło. Zadaje kilkanaście ciosów i tylko dzięki ogromnej determinacji konserwatorów zabytków, udaje się rzeźbę uratować. Niestety od tego czasu "Piętę" podziwiamy przez szybę...

Dlatego też przeżyłam szok mając okazję podziwiać inną pietę Michała Anioła zwaną "Pietą z Nikodemem" eksponowaną w Muzeum Katedralnym we Florencji operaduomo.firenze.it/
W tej rewelacyjnej przestrzeni muzealnej "Pietę" ogląda się bez żadnych ograniczeń. Mamy do czynienia z wyjątkową bliskością dzieła, choć ja tę bliskość zrozumiałam zbyt dosłownie i włączył się alarm w muzeum. Zapewniam was - "Pieta z Nikodemem" jest chroniona. Włosi są jednak bardzo tolerancyjni w stosunku do odwiedzających.




Ale to jest absolutnie inna pieta. Michał Anioł tworzył ją w latach 1550-1553 z myślą o swoim nagrobku. Widać dojrzałość artysty, inne widzenie rzeczywiści. W tej kompozycji nie ma spokoju ani wyciszenia. Dynamizm wprowadza wielość postaci. Osuwający się, bezwładny Chrystus jest podtrzymywany przez Nikodema, Matkę Bożą i Marie Magdalenę. Można  odnieść wrażenie, że to Nikodem należy do wiodących bohaterów tej sceny. To na nim przede wszystkim opiera się Jezus, on go podtrzymuje i spogląda na niego z góry podobnie jak Matka Boża z piety rzymskiej. Przypuszczalnie pod postacią Nikodema ukrywa się sam Michał Anioł. Możemy więc mieć do czynienia z autoportretem artysty. Michał Anioł należał do twórców perfekcyjnych, a rzeźba nie spełniła jego oczekiwań. W złości rozbija lewą rękę Chrystusa. Dzieło kończy jeden z uczniów mistrza. I nawet ja to zauważam. Nie mniej "Pieta z Nikodemem" jest warta obejrzenia, a bezpośredni kontakt z dziełem bardzo ekscytujący.

Ostatnią "Pietę" Michał Anioł rzeźbi w 1564 roku. Zbliża się już do dziewięćdziesięciu lat.  Czuje nadchodzącą się śmierć, ale nadal pracuje. Jest niestrudzony, ukrywa swoją pracę przed przyjaciółmi. W koncepcji  ostatniej "Piety" rezygnuje z tradycyjnej kompozycji, w której Matka Boża siedzi, a na jej kolanach leży Chrystus. W tej ostatnie artystycznej scenie bohaterowie stoją.

                                         http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/4/44/Michelangelo_piet%C3%A0_rondanini.jpg

                               http://pl.wikipedia.org/wiki/Piet%C3%A0_Rondanini  
To Chrystus podtrzymuje Matkę Bożą, jakby chciał jej ulżyć, ochronić przed cierpieniem i rozpaczą. Postaci są ledwo zarysowane. Uderza całkowita nagość Jezusa...
Niestety, ale tej "Piety" jeszcze nie dane było mi zobaczyć. Stałam przy wejściu do Castello Sforzesco w Mediolanie, jednakże w programie wyjazdu nie przewidziano wejścia do muzeum. Wtedy uczyłam się wciąż czekania na kontakt z dziełem. Nie zawsze jest nam to dane.
Niezrażona wierzę, że  "Pietę Rondanini" zobaczę i opowiem o jej niezwykłej historii zdecydowanie więcej.

środa, 1 kwietnia 2015

Krzyż inspiracją artystów (post_11)

Zbliżający się czas Świąt Wielkanocnych kieruje nasze myśli ku zjawisku przemiany, szczególnie wewnętrznej.  Bez względu na nasze przekonania, stopień religijności czy postawy wierzymy, że ten czas przyniesie nam pozytywną zmianę. 
Niewątpliwie najważniejszym dniem jest Wielki Piątek, a wraz z nim krzyż, jego symbolika   i motyw ukrzyżowania Chrystusa, który stanowi od wieków inspirację dla twórców, dla ich artystycznych czy religijnych interpretacji i wyobrażeń skutkujących nawet niekiedy skandalami czy protestami,wywołującymi dyskusje o granicach wolności twórczej. Oddziaływanie krucyfiksu jest na tyle silne i intensywne, że wciąż wywołuje emocje i staje się tematem zmagań duchowych  i twórczych kolejnych pokoleń .
Z symboliką, a nawet archetypem krzyża mierzą się w najróżniejszych formach artystycznej wypowiedzi, w malarstwie, freskach, rzeźbie, majolikach czy instalacjach, ale każdy z nich szuka w krzyżu swoistego dla siebie przekazu. 
Spróbuję tę różnorodność interpretacji i form pokazać, choć oczywiście będzie to nader subiektywny wybór.

Rozpocznę moje refleksje od drewnianego krzyża  Michała Anioła datowanego na rok 1493 -94, krzyża, tak mi się wydaje, mało znanego  i od razu podkreślę, że nie do końca uznawanego przez historyków sztuki za dzieło artysty ( bardzo rzadko pojawia się w albumach i opracowaniach poświęconych Buonarottiemu).


 
http://pl.wikipedia.org/wiki/Micha%C5%82_Anio%C5%82#/media/File:Santo_Spirito,_sagrestia,_crocifisso_di_michelangelo_04.JPG  
Krucyfiks wyrzeźbiony w drewnie orzechowym eksponowany jest w kościele Santo Spirito we Florencji. Kościół pięknie położony  po drugiej stronie rzeki Arno, w mniej uczęszczanej przez turystów dzielnicy stolicy Toskanii. Krzyż stoi samotnie w chłodnej, ciemnawej Kaplicy Barbadori.
Pierwsze wrażenie - to niezwykła delikatność i młodzieńczość Chrystusa przedstawionego przez artystę całkowicie nago. I właśnie ta nagość wzrusza najmocniej, wręcz boli.Chciałoby się Jezusa okryć. Głowa spuszczona na dół przeciwstawnie do kolan, wywołuje efekt napięcia, mimo że z twarzy bije spokój i wyciszenie. Trudno oderwać od tej kruchej, drobnej, a jednocześnie silnej postaci wzrok. Przychodzę do kaplicy ponownie.....

Krzyż stał się także tematem cyklu fresków zatytułowanych "Legenda Prawdziwego Krzyża" w kaplicy Bazyliki San Francesco w Arezzo. Dzieło, którego autorem jest rewelacyjny Piero della Francesca, powstało w latach 1452-66.  
Freski obrazują legendę krzyża począwszy od Adama i jego syna Seta, który umieścił trzy nasiona z Drzewa Mądrości pod język ojca ( z tych nasion miało wyrosnąć drzewo, na którym ukrzyżowano Chrystusa), a skończywszy na kradzieży krzyża przez króla Chosroesa, a odzyskanego przez Herakliusza.

Oglądanie fresków jest fascynujące, aczkolwiek trzeba podkreślić, że niektóre z nich są dość zniszczone i nieczytelne. Widać tu upływ czasu...

Warto także pokazać fresk przedstawiający scenę Ukrzyżowania, którego autorem  jest Taddeo Gaddi ( 1300-1366). Można go podziwiać w zakrystii kościoła. Santa Croce we Florencji.
Zacznę od zbliżenia środkowej części fresku skupionej na Chrystusie ukrzyżowanym.Wokół wiszącego bezwładnie ciała unosi się sześć aniołów z charakterystycznymi uniesionymi stopami wprowadzającymi ruch i dynamizm. Wykorzystanie motywu aniołów przypominających łódeczki unoszone wiatrem, to częsty element toskańskich fresków z okresu średniowiecza.


 A tak prezentuje się fresk w całej okazałości


Imponujący! Trudno go objąć wzrokiem, próbuję w tłumie ludzi ( których tu nie widać) skupić się na narracji fresku, na jego szczegółach. Mam mało czasu. Nie jest łatwo po doznaniach pozostawionych po zwiedzaniu fenomenalnego kościoła Santa Croce. A przede mną inne perły Florencji. Postanawiam tu wrócić na trochę dłużej. Syndrom florencki działa....

Ze względu na objętość postu, aby nie znużyć odbiorcy, zaprezentuję jedynie galerię  innych krzyży, które zwróciły moją uwagę. Ku refleksji...

W kościele w Volterze (Toskania).....



W kościele Santa Trinita we Florencji.
Krucyfiks uznawany za cudowny przez legendę o Chrystusie skłaniającym głowę nad litościwym czynem szlachcica Gualberto...





Motyw ukrzyżowania na obrazie kontrowersyjnego ze względu na przekonania polityczne Gerardo Dottoriego (1884-1977)  - przedstawiciela włoskiego futuryzmu.

Obraz aktualnie można zobaczyć w Muzeach Watykańskich.



Marc Chagall (1887 -1985) - Muzea Watykańskie



 Salvador Dali (1904-1989)   - Muzea Watykańskie


 Na jednej z uliczek urokliwego toskańskiego kurortu Montecatini Terme...


Historia ukrzyżowania "wypalona" na majolikach ( Muzea Watykańskie)


W zbliżeniu scena ukrzyżowania




Współczesna interpretacja krzyża w wyobrażeniu Eugeniusza Geta-Stankiewicza (1942-2011) - Muzeum Narodowe we Wrocławiu


A na koniec Góra Krzyży - Szawle, przestrzeń stworzona przez ludzi składających latami  krzyże intencyjne. Miejsce odwiedzane przez rzesze pielgrzymów, ale także już turystów. Tysiące krzyży tworzy swoistą kompozycję wpisaną w niewysokie wzgórze przy drodze z Kowna do Rygi. Dla mnie to dzieło zbiorowe...