niedziela, 31 maja 2015

Quetzalcoatl, czyli pierzasty wąż w Muzeach Watykańskich (post_26)





Muzea Watykańskie http://www.museivaticani.va/ należą do jednych z najpiękniejszych i najciekawszych muzeów świata. Stale oblegane przez zwiedzających. Powiedziałabym nawet, że tłumy wielojęzycznej i wielokulturowej publiczności podczas wędrówek po salach i wnętrzach muzeów należą do stanów normalnych. To swoista Wieża Babel, gdzie usłyszeć można wszystkie języki świata.
Tu nie sprawdza się zasada przyjazdu poza sezonem, gdyż w Muzeach Watykańskich sezon trwa calutki rok, o czym przekonałam się na własnej skórze.
Praktycznie każdemu eksponatowi, bardziej lub mniej znanemu, można poświęcić osobną uwagę.
Dzisiaj jednak chciałabym skoncentrować się na niewielkiej figurze, mającej pewnie ponad pięćset lat i eksponowanej w Muzeum Etnograficznym.
To Quetzalcoatl - pierzasty wąż.
Rzeźba datowana na 1350-1521 rok pochodzi z Centralnego Płaskowyżu w Meksyku (Central Plateau Mexico) i  stała samotnie na postumencie w dość ciemnym pomieszczeniu. Odniosłam wrażenie, ze niewiele osób tu dociera, a szkoda, bo Quetzalcoatl to obiekt niezwykle rzadki.
Stała, ponieważ w styczniu tego roku, kiedy chciałam ją ponownie obejrzeć, w tej części Muzeów Watykańskich akurat przeprowadzano remont.
Mam nadzieję jednak, że pierzasty wąż ponownie zostanie pokazany, ale w trochę ciekawszym otoczeniu. Rozumiem doskonale, że wielu obiektom światło nie służy czy wręcz jest szkodliwe, ale ekspozycja rzeźby mogła być nieco bardziej interesująca.



Ten monolit z czerwonego kamienia, w odcieniu terakoty, obrazuje boga związanego z mitologią plemion mezoamerykańskich, mało nam znaną.
Zauważa się od razu  precyzję wykonania, dokładność twórcy.  Wąż pokryty piórami jest zwinięty, przyjmuje pozycję stojącą z wyraźnie zaznaczoną grzechotką. Odnosi się wrażenie, jakby czekał na składanie mu darów lub ofiar. Jest władczy i jednocześnie przygotowany na szybki atak.  Wzbudza respekt i lęk.
Quetzalcoatl - to jedno z najważniejszych bóstw, współzałożyciel, współtwórca świata, łączący niebo z ziemią ( pióra symbolizują niebo, a wąż  to symbol ziemi). Kojarzony jest również z płodnością, wiatrem, walecznością i kapłaństwem.
Czcili go Aztekowie, Majowie czy Mikstekowie.
Mnie najbardziej podoba się mit o Quetzalcoatlu władcy innych bóstw, niezwykle lubianemu i szanowanemu przez poddanych, ale mającego brata-wroga o skomplikowanym imieniu Tezcatlipoca. Na skutek czarów Quetzalcoatl został zamieniony w człowieka, co uniemożliwiałoby mu sprawowanie rządów. Ratuje go z opresji kojot Xolotl, ofiarując mu maskę i płaszcz z ptasich piór.
Tezcatlipoca szykuje więc dalej swoje zasadzki i upija brata, który nieświadomie popełnia niegodziwe czyny. Kiedy sobie to uzmysławia, spala sie ze wstydu, a z popiołów powstają urodziwe, wielobrawne ptaki kwezale...
Legenda mówi także , że Quetzalcoatl miał być jedynym bogiem o białej karnacji, a że mit o nim należał do bardzo silnych, to konkwistador Heman Cortes, który przybył na Jukatan, został uznany przez tubylców za powracającego boga....
Przyjrzałam się różnym artystycznym wizerunkom i  wyobrażeniom boga Quetzalcoatla, tym sprzed wieków i tym współczesnym, ale nie doszukałam się przedstawieniu pierzastego węża, jakie można zobaczyć w Muzeach Watykańskich.
Tym bardziej warto przyjrzeć się tej rzeźbie jeszcze z profilu...



Dla porównania przywołam inne wizerunki tego bóstwa:





            http://en.wikipedia.org/wiki/Quetzalcoatl#/media     /File:Teotihuacan_Feathered_Serpent_%28Jami_Dwyer%29.jpg

           http://en.wikipedia.org/wiki/Quetzalcoatl#/media/File:Yaxchilan_Lintel_15.jpg


http://en.wikipedia.org/wiki/Quetzalcoatl#/media/File:Quetzalcoatl_Mural_in_Acapulco,_Mexico.jpg

piątek, 29 maja 2015

Św.Prakseda, św.Zenon i mozaiki (post_25)







Opisując Kaplicę Ciszy w Helsinkach, jej prostotę, przejrzystość i ciepło, przyszła mi na myśl zupełnie inna kaplica, absolutnie przeciwstawna w swej stylistyce, mianowicie Kaplica św.Zenona ukryta w mniej uczęszczanym rzymskim Kościele pod wezwaniem św. Praksedy.
Kaplica niewielkich rozmiarów - uderza bogactwem, wyrazistą kolorystyką i blaskiem złota. Nieprzygotowany na te wrażenia, na uderzenie światła bijącego z mozaikowego wnętrza, odbiorca - przeżywa olśnienie i szok ( wcześniej należy oświetlić kaplicę).
Głowę trzeba mieć ciągle zadartą do góry, gdyż na sklepieniu widzimy postać Chrystusa podtrzymywanego przez cztery odziane w białe szaty anioły, usytuowane na kolumnach łączących złoty strop z bocznymi ścianami pokrytymi również mozaikową sztukaterią.




















Tutaj, w niewielkiej wnęce, przedstawiono Matkę Bożą w otoczeniu sióstr Pudencjany i Praksedy oraz św. Jana.





 
















Zastanawia mnie , kim był św. Zenon, o którym nie wiedziałam zbyt wiele, że poświęcono mu tyle zainteresowania i pracy, tworząc tak niezwykłe wnętrze? Kiedy przeglądnęłam jego biografię, mogę stwierdzić, że upamiętnienie tej postaci niewątpliwie miało swój religijny wymiar.
Św.Zenon  - patron niemowląt oraz rybaków, wędkarzy. Żył w IV wieku i pełnił funkcję biskupa Werony i z tym miastem przede wszystkim jest kojarzony. Wykształcony, bardzo dobry mówca, autor 93 traktatów, kazań opisujących ówczesnych chrześcijanom, jak mają żyć. O jego popularności świadczą liczne kościoły, którym patronuje: w Weronie - osiem, a na terenie diecezji- czterdzieści.
Również i Rzym chciał , utrwalić kult św.Zenona, co zostało wyrażone w kaplicy, a my współcześnie możemy podziwiać nieprawdopodobny kunszt twórców tej mozaikowej"perły".
Nie umiem określić, ilu odwiedzających Rzym zagląda do Św.Praksedy, ja zawsze kogoś spotykam, ale w porównaniu z tłumami nawiedzającymi pobliską Bazylikę Santa Maria Maggiore, nie jest to oszałamiająca grupa. A szkoda, gdyż kościół sam w sobie jest szalenie interesujący, jeden z najstarszych w Rzymie z oryginalnymi mozaikami Cosmatich, no i z ukrytym skarbem, jakim jest Kaplica św.Zenona.
Komu mało zdjęć, zapraszam do obejrzenia krótkiego filmu, pokazującego piękno i bogactwo tego miejsca, który postaram się  umieścić wkrótce na you tube.

https://youtu.be/d-8jMYrPTGg

Mozaika jako technika artystyczna należy do jednych z najciekawszych, wymagających szczególnych umiejętności i świadcząca o nieograniczonej wyobraźni ich twórców. Przykładów mozaikowych wnętrz jest bardzo wiele, a  kościoły rzymskie prowadzą prym w tej dziedzinie.
Nie mogę, przy okazji wizyty w Bazylice Św.Praksedy, nie wspomnieć o artystycznym wyobrażeniu tej mało znanej świętej, przypisywanym Janowi Vermeerowi w obrazie z 1655 roku.

                                                                     http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/0/06/Vermeer_saint_praxedis.jpg
                             http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/0/06/Vermeer_saint_praxedis.jpg

Fotografia nie oddaje do końca intensywności czerwieni, królującej w kolorystyce tego obrazu. Miałam szczęście widzieć i podziwiać to dzieło na wystawie poświęconej twórczości Vermeera, w przywoływanych wielokrotnie przeze mnie wnętrzach, Scuderie del Quirinale w Rzymie. Ciekawostkę i wydarzenie na wystawie stanowiło zestawienie obrazu Vermeera, będącego kopią dzieła florentczyka Felice Ficherelli z oryginalnym obrazem.
Uwielbiam tego rodzaju artystyczny dialog, dyskurs pomiędzy twórcami, czasami rozmowy w czasie, ich wzajemne fascynacje i cieszą mnie pomysły wielu znakomitych muzeów wykorzystujących ten sposób pokazywania dzieł.
Dlatego też zamarzyło mi się, podczas Nocy Muzeów w Muzeum Narodowym w Poznaniu, aby  rysunek od niedawna przypisywany C.Pissarro zestawić w obrazem i wachlarzem, do których być może nasza poznańska rycina jest szkicem...
No tak, ale trzeba przejść do rzeczywistości.

Jeśli więc zawędrujecie w swoich wakacyjnych peregrynacjach do stolicy Włoch, nie omińcie, cudeńka ukrytego we wnętrzach godnej uwagi Bazyliki św. Praksedy - Kaplicy św. Zenona.







poniedziałek, 25 maja 2015

Kaplica Ciszy - Kampin kappeli - Kamppi Chapel of Silence, czyli miejsce wyciszenia w Helsinkach (post_24)

Finowie to niezwykle intrygujący naród, potrafiący wielokrotnie zaskoczyć, najczęściej miło.
I Kaplica Ciszy umiejscowiona w samym sercu Helsinek, przy ruchliwym, stale zatłoczonym Kamppi jest dla każdego właśnie takim odkryciem.
Spoglądając pierwszy raz na tę fascynującą drewnianą bryłę, wpisującą się, mimo swojej odrębności w przestrzeń miasta, zastanawiałam się co to za obiekt, jakie jest jego przeznaczenie. Przypominała kadłub statku. Może to kościół?  Byłam blisko. To kaplica, ale funkcjonująca nieco inaczej niż znane nam w Polsce miejsca kultu. Tu nikt nie pyta o wiarę, tu może wejść każdy bez względu na wyznanie lub jego brak. Warunek do spełnienia jest jeden - musisz uszanować panującą we wnętrzu nieprawdopodobną ciszę.
W środku nikt nie rozmawia, ale zajmuje dogodne do wyciszenia miejsce na ławce, poduszkach i oddaje się kontemplacji. Jedynymi akcentami religijnymi jest ołtarz, na którym leży biblia oraz piękny w swej prostocie krzyż.

W Kaplicy nie odbywają się ceremonie religijne, ale spotkania wyznawców różnych kościołów, z tym że spotkania te mają charakter wspólnych kontemplacji, międzywyznaniowej ciszy.
Wnętrze, powiedziałabym, bardzo skandynawskie i protestanckie zarazem. Czystość formy, wspaniałe światło, wdzierające się jedynie ze sklepienia umiejscowionego na wysokości 11,5 metra. Jasne, drewniane ściany dają poczucie ciepła i bezpieczeństwa. Idealne miejsce do zwolnienia tempa życia, do zamyślenia, do przemyślenia i jakiejś formy oczyszczenia.
Wnętrze Kaplicy, jej przejrzystość i prostota zmuszają w pewien sposób do skoncentrowania się na sobie, na swoich myślach i uczuciach...
Uwielbiam takie miejsca.
Skąd idea i wyobrażenie takiego obiektu architektury?
Helsinki w 2012  zostały stolicą Word Design Capital. To wielkie wyróżnienie, ale i wyzwanie dla miasta i Finlandii. Kaplica to jeden z bardzo wielu pomysłów tworzących tę imprezę, tak dobry i fascynujący, że można się cieszyć jej widokiem do dzisiaj, mimo wcześniejszego zamiaru jej rozebrania. Myślę, że współcześnie zbyt mocno Kaplica Ciszy wrosła w publiczną przestrzeń Helsinek, aby ktokolwiek wrócił do tego zamiaru. Już sam projekt Kaplicy zdobył prestiżową nagrodę w 2010 roku Chicago Athenaeum Award.
Kim są twórcy, architekci? Kaplicy jest efektem pracy zespołu do którego należy Mikko Summanen, Kimmo Lintula, Niko Sirola - z firmy K2S Architects LTD.
Mnie nie było dane za pierwszym razem wejść do środka, obiekt był akurat już nieczynny. Musiałam nieco poczekać, ale wrażenia we wnętrzu należą do niezapomnianych...
Dlatego też wydaje mi się zbyt krzywdząca opinia, jaką znalazłam na jednej ze stron internetowych, wpisującą Kaplicę Ciszy do katalogu najdziwniejszych kościołów świata. Taką refleksje może mieć ktoś, kto nie zna choć trochę specyfiki Finów i Finlandii.
Jeśli więc zajrzycie do Helsinek ( naprawdę warto!), to postarajcie się znaleźć chwilę na ciszę....w Kaplicy Ciszy...



czwartek, 21 maja 2015

Bunt - ekspresjonizm w Poznaniu (post_23)

                                                           Stefan Szmaj, Pocałunek, 1918

Jeszcze do końca maja można obejrzeć niewielką, ale niezwykle ciekawą i intrygującą wystawę w Muzeum Narodowym w Poznaniu www.mnp.art.pl/  zatytułowaną "Bunt-ekspresjonizm-transgraniczna awangarda. Prace z berlińskiej kolekcji prof.S.Karola Kubickiego".


Zgromadzone dzieła w dużej części stanowią dar syna Margarete i Stanisława Kubickich dla poznańskiego muzeum.
Fascynująca grafika "Pocałunek" zamieszczona na wstępie, autorstwa Szmaja była m.in. przedmiotem skandalu podczas wystawy grupy Bunt zaprezentowanej w Poznaniu 1 kwietnia 1918 ze względu na opinię przedstawicieli Towarzystwa Sztuk Pięknych., którzy oskarżyli artystów o propagowanie nieprzyzwoitych treści, i zażądali wycofania z wystawy niektórych dzieł, w tym właśnie "Pocałunku" Szmaja. Wystawę przeniesiono do pomieszczeń przy ul.Berlińskiej 10.
Kim byli członkowie grupy twórczej Bunt?
To pisarze, poeci, teoretycy i malarze skoncentrowani wokół czasopisma "Zdrój", wydawanego jedynie przez kilka lat od 1918 do 1920. Najbardziej znani to: Jerzy Hulewicz (1886-1941), Margarete Kubicka (1886-1984), Stanisław Kubicki ( 1883-1941), Jan Panieński (1900-1925), Władysław Skotarek (1894-1969).
Artyści ideowo związani z awangardą berlińską i monachijską, z grupami "Die Brucke" czy "Der Blaue Reiter) - reprezentującymi ekspresjonizm niemiecki.

                                         Władysław Skotarek, "Danse de Salome", 1918

Twórcy  poprzez swoje dzieła przeciwstawiali się sztuce naturalistycznej czy impresjonistycznej. Uważali, że intuicja odgrywa istotną rolę w procesie twórczym, a wieloznaczność zaciera granice pomiędzy tym, co jest pokazane, a tym, co pozostaje ukryte. Widać ich działania w stronę zmian wyobrażeń o dziele, propagowanie nowych prądów w sztuce. Sięgali również do haseł zrewolucjonizowania społeczeństwa, również w dostępie do kultury. Stąd grafika jako forma artystycznego wyobrażenia zajęła naczelne i wiodące miejsce w twórczości ekspresjonistów. Najczęściej mamy do czynienia z linorytem i drzeworytem.
Wystawa Buntu z 1918 roku skierowana była głównie przeciwko mieszczaństwu  czy uzależnieniu sztuki.
Mnie zaskoczyło zainteresowanie ekspresjonistów tematami religijnymi czy duchowością. Grafiki pokazujące postać św.Franciszka, który ich w jakiś sposób fascynował, potrafią nawet zaszokować odbiorcę.
                                            Jerzy Hulewicz, Głowa św. Franciszka z Asyżu

                                            Jerzy Hulewicz, Św, Franciszek z Asyżu, 1918

Osobowość św.Franciszka kojarzy się ogromną empatią, ciepłem i pokorą. U Hulewicza postać świętego zobrazowana została poprzez ostre, wydłużone rysy, w pewnym sensie geometryczność formy. Św.Franciszek  wydaje się być zdystansowany, jakiś odległy, zimny, nawet apodyktyczny. Takie ujęcie wywołuje emocje i zdziwienie.

                                                               Jerzy Hulewicz, Krzyż

Hulewicz podjął także temat ukrzyżowania, oczywiście w swoisty dla siebie .sposób. Krzyż jest w ruchu, przechylony. Jezus bezwładnie wisi, jakby oderwany czy odrywający się od krzyża. Jakby za chwilę miał spaść w jakąś przepaść. A przecież przed krzyżem, przed Chrystusem siedzi zbolały, pochylony człowiek. On czeka , potrzebuje pomocy i wsparcia, nie patrzy na Jezusa, wzrok ma wbity w ziemię. Ciężar myśli ludzkich jest przygniatający. Bardzo silny przekaz, prawdziwie ekspresyjny, oddziałujący.

                                                       Stefan Szmaj, Św.Sebastian, 1918

Przyznam, że św.Sebastian według Szmaja zrobił na mnie największe wrażenie, wbił się w moją pamięć, szczególnie dlatego, iż wizerunki tego męczennika stanowią przedmiot mych zainteresowań. Widziałam ich nader wiele i bardzo różnorodnych. Generalnie artyści utrwalają go jako pięknego albo co najmniej przystojnego mężczyznę przywiązanego do drzewa lub jakiejś kolumny. Jego nagie ciało przebijają liczne strzały, a on wznosi oczy ku niebu i pokornie znosi cierpienie. Zawsze wizerunkom św.Sebastiana towarzyszy nadzieja.
U Szmaja nadziei nie widzę. Uderza za to rozpacz, potworna samotność i cierpienie. Sebastian został odarty praktycznie z ciała, opleciony drutem...

Warto zwrócić także uwagę na przedstawicielkę płci pięknej, działającą w grupie  Bunt - Margaret Kubicką - żonę Stanisława Kubickiego


                                                      Margarete Kubicka, Autoportret IV

Margarete, niezwykle uzdolniona artystka. Poniżej autoportre jej męża z 1912 roku, który odnalazłam na stałej ekspozycji Muzeum Narodowego w Poznaniu






Praca zwracająca na siebie uwagę  to "Transformacja" Andrzeja Bobrowskiego


Pewnie zauważyliście, że nie wszystkie prace opatrzyłam datami ich powstania. Należy pamiętać , że to w większości grafiki, przede wszystkim linoryty odbite z wcześniej przygotowanych przez artystę płyt. I w tym właśnie  tkwi problem. Nie zawsze można ustalić, z którego roku jest odbitka, gdyż twórcy wykonywali ich wiele, w jakiś sposób różnią się od siebie. Istotne znaczenie ma także jakość płyty i  czasami sposób ich przechowywania w czasie ostatniej wojny. Linoleum jest materiałem dość trwałym, ale jednocześnie kruchym. Aktualnie grafiki stanowią materiał badawczy wielu historyków sztuki.
Kto nie zdąży zobaczyć wystawy w Poznaniu, ma jeszcze okazję zwiedzić ją w Muzeum Okręgowym w Bydgoszczy www.muzeum.bydgoszcz.pl/ , Muzeum J.Kraszewskiego w Dreźnie www.museen-dresden.de czy Dolnośląskim Centrum Fotografii "Domek Romańskich" we Wrocławiu www.okis.pl/.
Zdradzę wam, że jak to przy okazji takich wystaw bywa, w każdym z tych miejsc, projektowana jest nieco inna ekspozycja. Może wybiorę się do Bydgoszczy?
Czasami warto przyjrzeć się temu, co jest blisko, szczególnie, że rośnie zainteresowanie poznańskimi ekspresjonistami. Ich prace gościły na wystawach sztuki współczesnej w renomowanych muzeach, w tym, wiedeńskim Lepolds Museum , berlińskim Natiolanmuseum czy Country Museum of Art w Los Angeles. Oby tak dalej...

niedziela, 17 maja 2015

Krótkie refleksje po Nocy Muzeów (post_22)


                                                  Sebastian Szmaj, św.Sebastian, 1918(67)

Może jestem trochę niewyspana po nocnych, a właściwie wieczornych odwiedzinach  Muzeum Narodowego w Poznaniu, ale muszę się podzielić choć kilkoma refleksjami na ten temat.
Mimo naprawdę szerokiej i różnorodnej oferty, wybrałam jedynie dwa wydarzenia, w których chciałam uczestniczyć, mianowicie  w oprowadzaniu kuratorskim po wystawie  Bunt (którą zresztą już oglądałam) oraz prezentacji domniemanego rysunku kobiety Camille Pissarro. Oba bardzo interesujące, ale wymagające osobnego potraktowania.
Dzisiaj refleksyjnie...
Mam ogromny szacunek dla osób "biegających" z mapą od muzeum do muzeum, ale jednocześnie odczuwam dyskomfort, że na co dzień muzea odwiedza zbyt mało osób i podmioty za to odpowiedzialne, niestety nie zabiegają o to, by było lepiej. Brak środków finansowych na prowadzenie działalności  - to podstawowy argument, który można usłyszeć. To prawda, nie podważam go absolutnie, zgadzam się, że pieniędzy jest zbyt mało, że są niewystarczające, ale...
No właśnie zawsze jest jakieś ale.
Moim skromnym zdaniem powinniśmy się zastanowić nad innym podejściem do funkcjonowania muzeów w Polsce i do sposobu prezentowania dzieł, jak również edukacji w tym zakresie.
Być może powinna się nawet odbyć jakaś poważna debata czy cykl debat w tej kwestii, ale z udziałem nie tylko szerokiego grona muzealników, decydentów do spraw kultury, ale również odbiorców sztuki. Mam wrażenie i  nie jestem odosobniona, że zapomina się o tzw. publiczności, o jej różnorodnych potrzebach od dość prostych do bardziej wyrafinowanych. Moje wczorajsze rozmowy z pracownikami muzeum, jak również z osobami nimi zarządzającymi ( za które bardzo dziękuję) utwierdziły mnie w przekonaniu, iż zmiany są konieczne przy założeniu, że chcemy podjąć się jakiegoś nowego wyzwania.
Poniżej przedstawiam nieśmiało kilka propozycji, które mogłyby się choć trochę przyczynić do wzrostu zainteresowania sztuką, do zwiększenia atrakcyjności naszych muzeów:
1. Zwiększenie liczby wystaw czasowych, tematycznych wykorzystujących zbiory dostępne w polskich muzeach, jak również w  kolekcjach prywatnych i eksponowanie ich w miarę możliwości w kilku miastach.
2. Zwiększenie liczby projektów, programów edukacyjnych przybliżających sztukę ( najlepiej o charakterze systemowym) dla szerokiego grona odbiorców od dzieci po osoby w wieku dojrzałym.
3. Szersze wykorzystywanie zbiorów przechowywanych w magazynach muzealnych, organizowanie czasowych wystaw tych dzieł, wzbogacenie stałej oferty.
4. Zdecydowane zwiększenie działań promujących polskie zbiory,  w tym doskonałą polską sztukę , w formie wystaw ( nawet niewielkich) za granicami naszego kraju ( np. wystawa Wróblewskiego będzie eksponowana w Hiszpanii). To jest świetny kierunek. Może łatwiej będzie nam zabiegać o sprowadzanie dzieł europejskich do Polski ( co stanowi taką ogromną trudność).
Na koniec odwołam się do moich osobistych obserwacji działalności muzeów w Finlandii.
Finowie mają świadomość, że nie mogą konkurować z muzeami europejskimi ( mimo iż są w posiadaniu większej liczby "topowych" dzieł niż Polacy).
Wybrali więc swoistą dla siebie drogę. Skoncentrowali się na fińskiej sztuce, na jej niezwykle szerokiej promocji i wspaniałych działaniach edukacyjnych.
Może więc warto przyjrzeć się tym działaniom...


środa, 13 maja 2015

Hugo Simberg - symbolista z Północy (post_21)






Nabieram trochę oddechu po rzymskich peregrynacjach i przenoszę się ponownie do Finlandii, do Muzeum Ateneum www.ateneum.fi/,  o którym już wspominałam.
Niewątpliwie twórcą silnie oddziałującym na widza jest Hugo Simberg ( 1873 -1917).
Osiągnął to, co pragnąłby, tak mi się przynajmniej wydaje, każdy artysta - swoistość, odmienność własnego stylu. Artystyczne wizje malarza doskonale "wbijają się" w ludzką pamięć, a wobec jego obrazów nie można pozostać obojętnym. Nie wszystkim  twórcom się to udawało, nie zawsze w taki sposób, jak by chcieli. Do przykładów historii o nieprzewidywalności losów artystycznych należy biografia Tove Jansson, która nie osiągnęła sukcesu jako malarka, za którą się przede wszystkim uważała, natomiast niepodważalną popularność przyniosło jej stworzenie opowieści literackich i plastycznych o świecie Muminków. Intrygująca historia! Chciałabym o tym także przy okazji napisać.
Wrócę jednak do Hugo Simberga.

 http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/7/72/The_Wounded_Angel_-_Hugo_Simberg.jpg

upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/7/72/The_Wounded_Angel_-_Hugo_Simberg.jpg

Najbardziej znany jego obraz to "Zraniony anioł" (fin. "Haavoittumt enkeli" ) z roku 1903, okrzyknięty przez Finów w 2006 roku obrazem narodowym. Przed tym obrazem w czasie zwiedzania Ateneum trzeba przystanąć, nie da się przejść obojętnie, wymaga uwagi i skupienia. Nie sposób go ominąć.
Mimo że biała postać anioła umiejscowiona jest w centralnej części obrazu, to wzrok wiejskiego chłopca patrzącego na widza, przeszywa mnie swą mocą i siłą. Wściekły, niezadowolony, naburmuszony, zbuntowany - całą swoją postacią pokazuje dezaprobatę dla sytuacji, w której się znalazł. Odnosi się wrażenie, że wręcz zapiera się lewą nogą, nie chce iść dalej, jest bliski porzucenia prowizorycznych "noszy".
Widziałam "Zranionego anioła" czterokrotnie i wierzcie mi, działa za każdym razem tak samo mocno.  Drugi z chłopców obojętnie idzie dalej, bezrefleksyjny, pogodzony z losem. Nie wiemy, co czuje, czy zastanawia się nad momentem swego życia , w którym się znalazł?
No i oczywiście anioł, dziecięcy, drobny, przygarbiony, zraniony z przepaską na oczach. Czy stracił wzrok, czy będzie jeszcze widział, dlaczego znalazł się w takim położeniu? Po co przybył na ziemię? Ciśnie się mnóstwo pytań. Biel anielskiej sylwetki, jasne, lniane włosy rozświetlają obraz, jak również salę muzealną, w której jest eksponowany.
Krajobraz w tle odtwarza konkretne, realne miejsce. Dla mnie nieistotne jakie. To typowy fiński pejzaż, w który wprowadza nierealne postaci. Czy rzeczywiście nierealne?
"Zraniony anioł" może być interpretowany w różnorodny sposób, nie jest jednoznaczny. Sam Hugo Simberg nie podzielił się ideą przyświecającą stworzeniu tego niezapomnanego dzieła. Pozostawił to odbiorcom. Doceniam go za to szczególnie.
Żeby udowodnić znaczenie "Zranionego Anioła" dla sztuki fińskiej i oddziaływanie na całość kultury, czy nawet popkultury, pokażę ciekawostkę, którą jest teledysk "Amaranth" nakręcony w 2007 roku do jednej z piosenek rockowego zespołu Nightwisch
Znajdziecie tam inspirację obrazem.
Ale chciałabym zwrócić uwagę na jeszcze jedno dzieło Simberga, noszące tytuł "Ogród śmierci" z 1896 roku.


Ogród Śmierci
 /pl.wikipedia.org/wiki/Ogr%C3%B3d_%C5%9Amierci#/media/File:Hugo_Simberg_Garden_of_Death.jpg
Obraz niewielkich rozmiarów jest szokujący i fascynujący zarazem. Mamy do czynienia z typowym przykładem personifikacji śmierci.
Śmierć wzbogacona została o pierwiastek dobra, czułości, troskliwości, wręcz empatii. Z namaszczeniem bohaterowie obrazu pochylają się nad roślinami, podlewają je, przesadzają, dotykają z delikatnością i miłością. Postaci śmierci nie wzbudzają w nas lęku ani strachu. Oswajamy się z ich, mimo wszystko, makabrycznym wyglądem. Czy śmierć może być dobra? Czy wyobrażenie śmierci przez Simberga może przynieść człowiekowi ukojenie i ulgę, pomóc w przejściu do innego świata?
Czy artysta sam nie walczył z własnymi lękami i ludzką bojaźnią? Czy ze względu na swą chorobę , nie przygotowywał siebie do wieczności?
Pytań jest nader wiele. Każdy z nas musi postawić je sam i na nie jednocześnie odpowiedzieć. To dość trudne.
Nie spotkałam się do tej pory z takim sposobem artystycznego wyrażania idei "dobrej śmierci".

Simberg powtórzył motyw "Ogrodu śmierci" w Katedrze św. Jana w Tampere, gdzie powstał fresk pod tym samym tytułem. Tam również powielił motyw zranionego anioła. Niestety tych  dzieł nie widziałam jeszcze. Ale nie tracę nadziei na okazję kolejnej podróży do Finlandii.
Polecam wam rewelacyjną stronę internetową Muzeum Ateneum, gdzie znajdziecie szczegółowe informacje o malarzu, jego obrazach, opisach tych dzieł www.ateneum.fi/en/other-world-hugo-simberg-website. Zajrzyjcie koniecznie.
Do sztuki Hugo Simberga wrócę na pewno...

poniedziałek, 11 maja 2015

Miękkość marmuru, czyli Drugi po Michale Aniele (post_20)

Mam świadomość, że rzeźby należą do dzieł sztuki nie najłatwiejszych w odbiorze. Jednakże na drodze wędrówek po różnorodnych obiektach muzealnych, jak również w innych przestrzeniach eksponujących ten rodzaj artystycznego wyrazu, napotykamy takie, których zapomnieć po prostu nie sposób.
Marmur stanowi dla mnie najdoskonalszy i jednocześnie najtrudniejszy materiał, z którego artyści wydobywają nieprawdopodobne kształty i postaci. Budulec ten spojony jest w mojej wyobraźni z geniuszem renesansu - Michałem Aniołem i jego spuścizną - pietami, w tym watykańską ( pisałam o nich w odrębnym poście), no i oczywiście z Dawidem - dumnie wynoszącym się w Galleria dell'Accademia we Florencji www.uffizi.firenze.it/musei/?m=accademia. Każdy, kto miał szczęście zetknąć się z florenckim posągiem, pozostaje długo pod jego wrażeniem.
Ja jestem pod tym wrażeniem do dzisiaj i choćby to jedno dzieło, według mojej nader subiektywnej oceny, pozwala mi na określenie Michała Anioła - Pierwszym Rzeźbiarzem Świata. To on tchnął życie i ducha w marmurowe carraryjskie kloce...
Ale tuż za nim stoi ten Drugi, rewelacyjny, także pracowity i niewiarygodnie uzdolniony, uwielbiany przez publiczność - Gian Lorenzo Bernini.


Pewnie nie muszę go specjalnie przedstawiać, ale odnoszę wrażenie, że nie zdajemy sobie sprawy, w jak ogromnym zakresie, wpłynął na kształt współczesnego Rzymu, którym zachwycają się tysiące pasjonatów sztuki i turystów.
Skoncentruję się dzisiaj jedynie na trzech rzeźbach Berniniego eksponowanych w jednym z najpiękniejszych muzeów Europy - Galerii Borghese www.galleriaborghese.it/. Warto przejść niełatwą drogę, aby kupić bilety. Można to uczynić poprzez wcześniejszą internetową lub telefoniczną rezerwację dwugodzinnego pobytu w muzeum. Liczba miejsc jest ograniczona do 300 osób podczas jednego wejścia. Chętnych nie brakuje...
Ale kiedy przekroczycie próg muzeum przenosicie się na wyżyny sztuki i sto dwadzieścia minut okaże się zbyt mało na "wchłonięcie " tego, co zobaczycie.
Galeria Borghese wychodzi naprzeciw potrzebom takich pasjonatów  jak ja i wreszcie można robić bez przeszkód zdjęcia, którymi z przyjemnością się z wami podzielę.

Zacznę od "Dawida" (1623/1624)
Wyczuwa się jego napięcie, koncentrację. Twarz w grymasie, skupiona na celu.










































Teraz "Apollo e Dafne" 1622/1625.
Dafne przeistacza się w drzewo bobkowe, jej piękne ciało pokrywa się listeczkami wyrastającymi nawet z palców u rąk i nóg . Wyczuwalny jest ruch postaci, wiatr rozwiewający włosy bohaterów...
                                         

























































 No i moja ulubiona rzeźba "Ratto di Proserpina " (1621/1622). Zwróćcie uwagę na wgięcie w "miękkim" udzie bohaterki - wyrywającej się z rąk Hadesa. Czuje się siłę ręki próbującej zatrzymać Prozerpinę (Persefonę). To majstersztyk sztuki rzeźbiarskiej!
                                                                






















































Chyba nie można się dziwić, dlaczego odwiedzam Bazylikę Santa Maria Maggiore i nawiedzam grób Berniniego ukryty w schodach papieskiego ołtarza.
W zachwycającej Bazylice pochowany został wraz z rodziną ten genialny artysta, ten który nadał marmurowi miękkość...

niedziela, 10 maja 2015

Giorgio Morandi, czyli skandynawski minimalizm po włosku (post_19)

Ciekawi mnie, o kim pomyśleliście czytając tytuł posta? Skandynawski minimalizm, w dodatku po włosku. Jakiego artystę chciałabym dzisiaj zaprezentować?
Znałam go wcześniej dość słabo, choć obrazy należą do niezwykle charakterystycznych i łatwych do zapamiętania. Według mnie to ogromny sukces artysty, któremu udało się wypracować swój indywidualny styl i rozpoznawalność. 
Pozorna prostota, czystość formy, oszczędna kolorystyka, powtarzalność przedmiotów - to Giorgio Morandi (1890 - 1964).
Wystawę jego około 150 dzieł można podziwiać w bardzo bliskiej mi przestrzeni muzealnej, w Complesso del Vittoriano. Ekspozycja ta stanowi kontynuację projektu, po rewelacyjnych wystawach Renato Guttuso i Mario Sironi,  przybliżającego twórczość wybitnych włoskich malarzy XX wieku.


Wspominałam już o tym, ale marzy mi się wciąż wystawa malarstwa włoskiego XX wieku w Polsce. Niewątpliwie należałaby do wyjątkowych wydarzeń kulturalnych w naszym kraju, a ja nie "musiałabym" jeździć do Rzymu. Chociaż oczywiście pobyt w Wiecznym Mieście zawsze  należy do niezapomnianych.
Przygotowując się do eventu w Complesso del Vittoriano, zwróciłam już uwagę na obrazy Giorgio Morandiego w Muzeach Watykańskich 



Giorgio Morandi koncentruje się przede wszystkim na martwych naturach (" Natura morte"). To silny wpływ i zauroczenie sztuką Cezanne'a i Picasso. Pokazuje przedmioty codziennego użytku: dzbanki, garnki, wazony, butelki. Pozbawia je znaków identyfikacyjnych, jak na przykład etykiety czy jakiekolwiek napisy.  Układa je w różnorodne kompozycje. Dokonuje maksymalnego uproszczenia formy. Ogranicza w zdecydowany sposób gamę kolorystyczną. Nie odnajdziemy na obrazach artysty intensywnych, krzyczących barw, jak np. u Guttuso. 
Na płótnach Morandiego odnajdziemy za to spokój i wyciszenie. W jakimś sensie twórca ujawnia swoją prawdziwą naturę i osobowość, należącą do ułożonych, uporządkowanych i wyważonych. 
Niektórzy nazywali go wręcz "monaco il", czyli mnich  ( nie przepadał za podróżami, spotkaniami) i trudno uwierzyć, ale w początkowym okresie rozwoju artystycznego uważano go za prowincjonalnego malarza ( mieszkał i pracował w Bolonii).
Ekspozycja w Complesso pokazuje drogę twórczą artysty, jego dojrzewanie, poszukiwanie własnego stylu. Ogromną wartością wystawy stanowią obrazy pochodzące z kolekcji prywatnych, których nie zobaczymy w muzeach włoskich, europejskich czy światowych. Morandi to autor  aż 1350 obrazów i 133 akwafort - jest zatem, co oglądać.

                                  "Still life" 1959
                                                                        "Still life" 1932
Może to wydać się nieprawdopodobne, ale Morandi w zaskakujący sposób przywiązywał wagę do pozornie prostego składu przedmiotów tworzących martwą naturę. Ułożenie kolejnej kompozycji zajmowało mu tydzień czasu. Zgromadzone na wystawie obrazy bardzo wyraźnie pokazują powtarzalność przedmiotów, ich zmienną konfigurację. Na wielu  płótnach pojawia się motyw białego wazonu z poprzecznymi lazurowymi wąskimi paseczkami

                                                                     "Fiori" 1950
Część przedmiotów, utrwalonym na dziełach Morandiego, można zobaczyć także na wystawie. To nader  fascynujące.
Doszłam do wniosku, iż obrazy Giorgio Morandiego doskonale prezentują się  w grupie, zestawione ze sobą. W tej wielości spostrzegłam siłę ich oddziaływania i mimo powściągliwej, przygaszonej kolorystyki, pewną formę ekspresji, nawet dynamizmu. Widać również upływający czas, zatrzymany w pamięci malarza przekazującego odbiorcy informację, że ani czas ani przedmioty, szczególnie te najbliższe, niezauważalne na co dzień, nie znajdują sie w tym samym miejscu. Zmiana układów przedmiotów w kompozycjach Morandiego wprowadza ruch, zmianę. Ewidentne przemijanie ludzkiej egzystencji.  Mimowolnie artysta skojarzył mi się w jakiś sposób z polskim twórcą  - Opałką, zapiszącym na obrazach ciągi kolejnych liczb. To także swoiste artystyczne odmierzanie czasu...

                                                         "Still life" 1963
                                                            "Natura morta" 1954

Cisza, równowaga, nieruchomość przedmiotów, powtarzalnośc motywów , wyważona paleta barw, delikatne oświetlenie przywodzi mi na myśl kraje Północy i ich upodobanie do minimalizmu i naturalności.
Morandi znakomicie wpisywałby się w desing skandynawski. Wspominając mój pobyt na wyspie Suomenlinna ( 15 minut podróży promem od Helsinek), dochodzę do wniosku, że mieszkańcy domów kierowali się podobnymi inspiracjami jak Giorgio Morandi. Czyż prostota przedmiotów codziennego użytku nie może awansować do miana dziela sztuki? Warto przypatrzeć się poniższym zdjęciom


Współcześnie uznaje się Morandiego za twórcę nowoczesnego. Znalazłam nawet określenie go prorokiem i ważnym prekursorem minimalizmu w sztuce.
Warto także przywołać ciekawostkę ze świata wielkiej polityki związanej z twórczością artysty. Barack Obama - prezydent USA w 2009 roku wybrał dwa obrazy Morandiego do kolekcji w Białym Domu. I jemu przypadły do gustu dzieła malarza. Ekspozycje dzieł Morandiego stanowią zawsze wydarzenie. W Stanach Zjednoczonych wystawę jego obrazów pokazywano w Museum of Modern Art w Nowym Jorku w 2008  roku, natomiast w 2013 zorganizowano event w Centrum Sztuk Pięknych w Brukseli. Aktualnie Włosi pokazują go w Rzymie, co wam próbuję zrelacjonować.
Giorgio Morandi, cichy, grzeczny, ułożony "bryluje" na  salonach daleko od swojej ukochanej Bolonii, do której warto byłoby się wybrać, aby poczuć atmosferę jego pracowni w "Morandi Muzeum Giorgio"...

Więcej obrazów można obejrzeć na stronach:

www.comunicareorganizzando.it/mostra/giorgio-morandi/
www.artslife.com/2015/03/03/giorgio-morandi-il-vittoriano-racconta-lintero-cammino-dellartista/
www.moma.org/collection/artist.php?artist_id=4079