niedziela, 27 września 2015

Misterium szczegółu, czyli Benozzo Gozzoli (post_45)


Capella dei Magi, w której "zderzycie się" z niezwykłym cyklem fresków zatytułowanych "Pokłon Trzech Króli", znajduje się w Palazzo Medici-Ricardi we Florencji. 
Miałam szczęście widzieć freski Benozzo Gozzoli, ucznia Fra Angelico, dwukrotnie, ale to przy drugim spotkaniu mimo że je znałam, wywarły na mnie wyjątkowe wrażenie. Uświadomiłam sobie wtedy geniusz Benozzo Gozzoli i przebiegłość zleceniodawców, jaki byli Medyceusze.
Rzadko kto - nie ulega czarowi i blaskowi malowideł z kaplicy.
Budynek Pałacu Medyceuszy sam jest warty obejrzenia i zwiedzenia wraz z prześlicznym ogrodem, do którego zresztą mam słabość. 
Wspomnę tylko, że  Palazzo Medici-Ricardi to dom rodu Medyceuszy, nieprawdopodobnych wizjonerów, którzy wpłynęli na rozwój Florencji i według mnie ciągle duchowo patronują temu miastu. Kolejne pokolenia zamieszkiwały pałac od 1462 rok do 1540, kiedy  to Cosimo I przeniósł siedzibę do znanego wszystkim Palazzo Vecchio. Ale to już zupełnie inna historia...

Co jest takiego niezwykłego w "Pokłonie Trzech Królów"?

Przede wszystkim zamiłowanie Gozzoli do szczegółów i detali, do szeroko rozumianej ornamentyki. Zainspirowany dekoracyjną stylistyką Gentile de Fabriano, jak również flamandzkimi, dekoracyjnymi arrasami, stworzył freski o wyrafinowanych detalach i widowiskowej, wręcz teatralnej kompozycji.
Cykl fresków, powstałych w latach 1459-61, pokrywa trzy ściany kaplicy i obrazuje pochód trzech króli. Każdemu z nich poświęcona jest jedna malarska opowieść.






Wszyscy królowie siedzą na pięknych, strojnych koniach, wśród orszaków ukazanych na tle fantastycznych motywów górskich i architektonicznych. Wyrazista kolorystyka, szczególnie soczysta, wykorzystana w wielu odcieniach, zieleń, wywiera na odbiorcy silne wrażenie. Dość trudno objąć freski wzrokiem, trzeba skupić się raczej na detalach powoli, aby w końcu zrozumieć całość. Niektórzy historycy określili tę metodę jako "manierę kontynuacyjną".
Benozzo Gozzoli, podobnie jak wielu malarzy quattrocenta, wykorzystywał efekty "pudła scenicznego", ustawiał swoich bohaterów na wprost widza, zarówno poprzez ruch , jak i spojrzenie. Ale w Capella dei Magi to widz usytuowany jest na scenie, a wokół niego niezwykła scenografia! Mnóstwo bogato odzianych postaci jeźdźców i giermków, oczywiście konie, ale również inne zwierzęta - ptaki, gepardy, psy. Orszaki ciągnące się wśród górskich, wijących się ścieżkach. Dość ciężko się skupić, chciałoby się zobaczyć wszystkie detale, ale to chyba niemożliwe.





Medyceusze nie żałowali środków koniecznych na stworzenie dekoracji kaplicy. Samo już jej posiadanie świadczyło o wysokiej pozycji rodu. Do jej ozdoby wykorzystano m.in. 1500 arkuszy płatków złota. Pomieszczenie miało szokować i rzeczywiście szokuje. Kaplica, oprócz funkcji religijnych, miejsca kultu pełniła także rolę pomieszczenia, pewnego rodzaju recepcji, w której goście oczekiwali na audiencję u gospodarzy pałacu.
Należy podkreślić, że Capella dei Magi to komnata dość niewielka. Dlatego też freski dobitnie, wyraźnie uświadamiały i udowadniały bogactwo, gust Medyceuszy, stanowiły preludium spotkania.







Współczesny krajobraz Toskanii, szczególnie wzgórza wraz z charakterystycznymi cyprysami, przypomina ten z fresków Gozzolego. To niesamowite!

Gozzoli zaczerpnął temat fresku z umiłowania przez Florentczyków do tradycji rozmaitych pochodów czy orszaków. Doszukałam się w źródłach odmiennych inspiracji artysty, począwszy od inspiracji orszakiem Jana Paleologa, uczestniczącego we Florencji w soborze, który miał połączyć kościół wschodni i zachodni, po inspirację procesjami organizowanymi przez Compagnia dei Magi, wtedy jednej z najbardziej zasłużonych florenckich konfraterni ( czyli stowarzyszeń o charakterze charytatywnym i półreligijnym). Do nich należeli także Medyceusze.

Zachwyceni freskami, nie możemy pominąć niepozornego obrazu ołtarzowego znajdującego się w tym szczególnym miejscu.


To "Madonna z Dzieciątkiem" autorstwa Filippa Lippiego, mnicha znanego także ze swej słabości do płci przeciwnej, ojca wspaniałego artysty Filippo Lippiego.

Po tylu emocjach związanych z próbą obejrzenia fresków i dalszym zwiedzaniu Palazzo Medici-Ricardi, należy koniecznie choć na chwilę zatrzymać się w niewielkim, aczkolwiek niezwykle urokliwym ogrodzie.


Nie wiem, czy jeszcze będzie mi dane zobaczyć to miejsce i freski, których zapomnieć po prostu nie można, ale gdybym się gdzieś "zabłąkała" w tych stronach, Palazzo Medici-Ricardo odwiedziłabym na pewno...

niedziela, 13 września 2015

Donatello i jego Maria Magdalena (post_44)


Zdarzyło mi się zetknąć z takimi dziełami i miejscami, które w niezwykle silny sposób zakodowane zostały w mojej pamięci. Stawały się dla mnie ogromnym, niezapomnianym przeżyciem, mimo iż,  sztuka oddziałuje na mnie dość istotnie i nie ukrywam swej egzaltacji czy nawet swoistej "religijności" wobec wielu artystycznych wizji.
Do takich dzieł, bezsprzecznie należy rzeźba Donatella, przedstawiająca jego naturalistyczną wizję kontrowersyjnej postaci, jaką była... Maria Magdalena.
W tradycji funkcjonowało wiele wizerunków, związanych z jej życiem, nie zawsze dla niej  pochlebnych. Najmocniejszy i najbardziej utrwalony obraz Marii Magdaleny wskazywał ją jako kobietę pokutującą i grzeszną.
Wspomnę jedynie, że dopiero oficjalny przełom w tej kwestii nastąpił w roku 1969, kiedy  Papież Paweł VI oczyszcza ją z utrwalonej przez wieki niechlubnej przeszłości, a w roku 1978 usunięta zostaje z brewiarza rzymskiego inwokacja dotycząca Marii Magdaleny, pokazywanej jako pokutnicy i grzesznicy. To już wiek XX !
Nie wnikając w zagadnienia religijne ( które również wydają się być niezmiernie ciekawe, choć dość skomplikowane), tak fascynująca  i niejednoznaczna postać nie mogła nie inspirować artystów, stać się dla nich natchnieniem.
Do nich należał także Donatello, a właściwie Donato di Nicolo di Betto Bardi ( 1386 - 1466).  Florencki artysta, którego przybliżać raczej nie muszę. Geniusz i wizjoner! Nieprawdopodobnie pracowity, skoncentrowany na  swej twórczości, mający świadomość swych wyjątkowych umiejętności. 
Ale ostrzegam - to wyrafinowany artysta, wymagający od widza uwagi i zainteresowania.  Niełatwo go sklasyfikować, ograniczyć w jakieś ramy.
Przyznam, czym więcej się mu przyglądam, tym bardziej mnie intryguje i zaciekawia.
I pewnie jeszcze nieraz o nim napiszę...
Dlatego też po przekroczeniu progu sali wspaniałego Museo dell'Opera del Duomo we Florencji, co miało miejsce cztery lata temu, doznałam szoku stając przed Marią Magdaleną.


Spojrzenie na postać świętej, zburzyło całe moje dotychczasowe o niej wyobrażenie. Maria Magdalena Donatella "przeszyła" mnie wzrokiem. Czuję go na sobie do dzisiaj...Nie znałam takiego wizerunku...
Chyba mało kto, jak Maria Magdalena, doczekał się tylu różnorodnych artystycznych  wyobrażeń, zarówno w sztuce, jak i w literaturze. Warto przypomnieć kilka z nich, oczywiście subiektywnie przeze mnie wybranych, aby "zderzyć" je z pomysłem Donatella.
Zacznę od mego ulubionego Fra Angelico i dzieła zatytułowanego "Noli me tangere", które można odnaleźć we florenckim San Marco .


Jak pamiętacie, to Maria Magdalena należała do tych pierwszych osób, które poszły o świcie  do grobu Chrystusa i przeżyły wielkie rozczarowanie zastając go pustym. To ona pierwsza napotkała  Jezusa po jego zmartwychwstaniu, nie rozpoznając go w pierwszej chwili. I tę scenę przywołuje Fra Angelico. Maria Magdalena ubrana jest w piękną, bogatą pofałdowaną szatę, a jej głowę okala złota aureola.

A Piero della Francesca?

 wikipedia.org

Fresk pochodzący z 1460 roku można zobaczyć w Cattedrale di San Donato w Arezzo. Dzieło fascynujące, choć trzeba dobrze uważać, by nie ominąć go podczas zwiedzania kościoła. Maria Magdalena pokazana została jako wyniosła, dumna, odziana w strojną suknię kobieta. Artysta wykorzystuje pełnię symboliki kolorów. Zieleń sukni - to płodność, czerwień peleryny wskazuje na miłość i krew, natomiast biel podszewki - podkreśla czystość.  Włosy Marii opadają na ramiona. W ręku trzyma lampion. Oczywiście Piero della Francesca obdarzył ją  charakterystycznie "nadętymi" ustami.

A co miał do powiedzenia Rubens w "Piecie"? 

  
Obraz powstał w 1602 roku. Aktualnie znajduje się w Galleria Borghese w Rzymie. Miałam okazję widzieć go dwukrotnie, ostatnio w tym roku. Przyjrzałam się bardzo dokładnie bohaterom tego płótna. Ciało Jezusa ukazane, jako mocne i  silne, leży bezwładnie, podtrzymywane przez bolejącą Matkę Bożą, wznoszącą oczy do góry ( prawie jak u Guido Reniego).  A co robi Maria Magdalena? Jedną ręką trzyma Chrustusa, a drugą opiera o twarz odwróconą od niego w przeciwnym kierunku. Jej biała, młoda pierś z wyraźnie zarysowanymi sutkami zostaje odsłonięta. Wydaje się być nieobecna, poza dramatem umierającego Chrystusa.
Widz jest zdeziorientowany, trochę zawstydzony postawą, reakcją pięknej długowłosej Marii Magdaleny...

Do bardzo znanych i ciekawych wizerunków Marii Magdaleny, należą te, zaproponowane także przez Georges'a de la Toura.


wikipedia.org

Oba obrazy przedstawiają Marię Magdalenę siedzącą przy palących się świecach z ludzką czaszką położoną na udach. Malarz wykorzystuje pełnię atrybutów Marii. Ubrana w czerwoną spódnicę i białą bluzkę, wpatruje się w płomień światła. Księga i świeca to symbole kontemplacji, lustro podkreśla odrzucenie dóbr doczesności. Nie widać jej twarzy, osłoniętej przez długie, ciemne włosy. Tutaj widzimy Marię Magdalenę pokutującą, rozmyślającą nad swoim życiem, Marię pokutnicę.

I przyjrzyjmy się jeszcze naszej bohaterce w wyobrażeniu fińskiego malarza Alberta Edelfelta na obrazie zatytułowanym "Chrystus i Maria Magdalena", który eksponowany jest we wspaniałym Muzeum Ateneum w Helsinkach.

wikipedia.org

Dzieło Edelfelta, powstałe w 1890 roku, pokazuje scenę spotkania Marii Magdaleny z Chrystusem. Długowłosa, klęcząca Maria Magdalena, zaskoczona jego widokiem,  przypomina wiejską dziewczynę wpatrzoną w Jezusa. Wydaje się być przestraszona i przerażona. Chrystusa ubrany w białą szatę patrzy na nią i delikatnym gestem swej dłoni próbuje ją uspokoić. Pejzaż, w którym Edelfelt usytuował obie postaci, przypomina brzeg jednego z wielu tysięcy jezior w Finlandii....

Oczywiście wizerunków Marii Magdaleny jest o wiele więcej, często zaskakujących, ale Donatello, według mnie, wysuwa się na pierwszy plan. 


Rzeźba datowana na rok 1455, wykonana  została z drewna, a dokładnie z białej topoli ( to jedna z niewielu rzeźb wykonanych w drewnie). Nie jest to prosty materiał do obróbki dla artysty. Wymaga ogromnej precyzji i zręczności, ale przecież Donatello stworzył dla siebie nowe, lżejsze narzędzia, przy pomocy których powstawały niezwykłe dzieła. 
Maria Magdalena epatuje brzydotą, oszpeceniem. To, co stanowiło jej atut - wspaniałe, piękne długie włosy, u Donatella przybierają formę "łachmanów", które ją spowijają. Wychudzona, zmęczona na twarzy, ze złożonymi do  modlitwy rękoma, spogląda na widza, jakby chciała mu coś powiedzieć, uświadomić, może nawet ostrzec. Straciła swoją urodę i delikatność, nawet kobiecość. Wklęśnięte oczy ją postarzają, ale jednocześnie są pełne energii i żywiołowości. To szokuje...
Postać Marii Magdaleny - naturalnej wielkości - prowadzi z odwiedzającymi swoisty dialog. przy niej zatrzymuje się każdy, dotknięty jej wizją. Maria Magdalena "zagląda" w oczy, jakby wnikała w ludzką duszę. To przejmujące. Nie można przejść obok niej obojętnie. To niemożliwe...
Czy brzydota może stać się pięknem?  W jakimś sensie tak, ale potrzeba na to czasu.
Czy artystyczne wyobrażenie Marii Magdaleny przez Donatella miało coś wspólnego z jego cierpieniem, chorobą, starością, osobistymi problemami? Na pewno tak. Osobisty ból, trudne doświadczenia, lęk związany z przemijaniem - znajduje odbicie podczas procesu tworzenia.
Ale trzeba także pamiętać, iż Donatello dodawał swoim postaciom wyrazistości, bardzo wiele ekspresji i indywidualności. W tamtych czasach było to nader nowatorskie podejście do sztuki.
Siła przetrwania rzeźby został udowodniona podczas tragicznego, listopadowego poranka we Florencji w 1966 roku, kiedy na co dzień leniwa i spokojna rzeka Arno, dokonała spustoszenia w stolicy Toskanii. Wiele dzieł sztuki uległo zniszczeniu, w tym Maria Magdalena. Zdjęcia pokrytej powodziowym szlamem rzeźby, robią przygnębiające wrażenie. Ale konserwatorzy uratowali to wspaniałe dzieło i możemy je ciągle podziwiać...
Miałam to szczęście, że mogłam podziwiać i ja...


Myśląc w tym roku o podróży do Florencji, nastawiałam się na ponowne spotkanie z Marią Magdaleną. Niestety spotkał mnie spory zawód, gdyż w muzeum przeprowadzano generalny remont. Nie ukrywam. Byłam rozczarowana, szczególnie że w tym samym muzeum eksponowana jest "Pieta z Nikodemem" Michała Anioła, ale cóż zrobić. Taki jest urok wędrówek i włóczęg...
Museo dell'Opera del Duomo zostanie ponownie otwarte 29 października tego roku. Miałam okazję zobaczyć wizualizację nowej koncepcji muzeum. Rewelacja! Nie mam żadnych wątpliwości, że będzie to ogromne wydarzenie.
Już żałuję, że mnie tam nie będzie...

niedziela, 6 września 2015

Pożegnanie Michała Anioła, czyli Pieta Rondanini (post_43)


Podstawową ideą mego bloga, jak pamiętacie, jest to, że skupiam się przede wszystkim na dziełach, miejscach i przestrzeniach, które miałam okazję czy sposobność osobiście zobaczyć i  "dotknąć". Niewątpliwie istotne w takim kontakcie są okoliczności, otoczenie, współtowarzysze podróży, czasami nawet pogoda, czy inne nieprzewidywalne sytuacje, które wpływają na odbiór sztuki.
Wielokrotnie podkreślam, iż wędrówki po muzeach czy wystawach przynoszą mnóstwo, nie zawsze radosnych "niespodzianek" ( np. w rodzaju wypożyczenia obrazu na wystawę czy jego renowacja), że uczą pokory wobec sztuki, cierpliwości w oczekiwaniu na upragnione dzieło.
W poście o trzech pietach Michała Anioła http://rennewmuzeum.blogspot.com/2015/04/trzy-piety-michaa-anioa.html  wspomniałam, że wrócę jeszcze do Piety Rondanini i jej historii, kiedy ją wreszcie zobaczę ( o czym skrycie marzyłam).

I stało się - podczas ostatniej włóczęgi po Włoszech, specjalnie "zbłądziłam" w Mediolanie, aby dotrzeć do Castello Sforzesco ( nota bene bardzo się cieszę, że ciągle zaglądacie do posta o pietach Buonarottiego)...

Poniżej wejście ( po prawej stronie) do tej części zamku, gdzie niegdyś znajdował się szpital hiszpański, czyli Ospedale Spagnolo.


To tutaj, od 1 maja tego roku, Pieta Rondanini Michała Anioła znalazła swoje nowe miejsce, swoją nową przestrzeń. Myślę, że niezwykle przemyślaną i korzystną dla tej fascynującej rzeźby. 

Nowa ekspozycja na pewno związana była z przygotowaniami władz Mediolanu do Expo 2015 i z możliwościami finansowymi tej bardzo bogatej metropolii. Ale jeśli decydenci myślą o sztuce i kulturze - ja zawsze jestem "na tak". 
Michele de Lucchi - architekt odpowiedzialny za przygotowanie ekspozycji wybrał jedno ze skrzydeł Zamku Sforzów, które w II połowie XVI wieku pełniło funkcję lazaretu dla żołnierzy hiszpańskiego garnizonu, chorych na dżumę i oczekujących na śmierć. W ten niezwykle intrygujący sposób połączył pietę włoskiego geniusza z przestrzenią, która - jak sam stwierdził "stanowi miejsce wielkiego cierpienia przystosowanego do przyjęcia rzeźby wyrażającej intensywne uczucie matczynej boleści". 
Salę ozdabiają freski z epoki, a oświetlenie zaprojektowano w formie uniemożliwiającej powstawanie cieni. Dla odwiedzających przygotowano miejsca do siedzenia i kontemplacji, w tle słychać muzykę. Całość jest nader przemyślana.
Jako ciekawostkę mogę dodać informację o wykorzystaniu przez Włochów nowoczesnej technologii przy ustawieniu rzeźby na cylindrycznym postumencie, ściśle związanym z podłożem. Zabezpieczono w ten sposób dzieło przed wibracjami powodowanymi przez metro ( którego linia biegnie pod Zamkiem). Platforma wykonana została oczywiście przez włoską firmę, wzorującą się na doświadczeniach Japończyków w konstruowaniu platform antysejsmicznych. I nie ma w tym fanaberii, ja także odczuwałam drżenia w trakcie przejazdu składu podziemnej kolejki.

Czas jednak na przyjrzenie się samej Piecie.


Widać dwie zarysowane, jakby zdematerializowane postaci splecione ze sobą w niezwykłym uścisku. Do końca nie wiadomo, czy to Maryja ( umiejscowiona nieco wyżej na postumencie) podtrzymuje Chrystusa, czy to Jezus trzyma na opuszczonych barkach swą Matkę. 
Tworzą jedność, wspierają się, przenikają. Stary Mistrz odszedł od renesansowej kompozycji piety, w której matka trzyma na kolana Syna. Swoich bohaterów przedstawia w pozycji stojącej, wraca do koncepcji średniowiecznych piet. Rzeźba sprawia wrażenie niedokończonej. Michał Anioł wypolerował jedynie niektóre  jej elementy, u Jezusa nogi, prawe biodro i fragment prawego ramienia, u Maryi  - fragment twarzy z zarysowanymi oczyma, nosem i welonem. Chrystus jest całkowicie pozbawiony szat, nie ma nawet opaski na biodrach. 


Jego ciało wydaje się być bezwładne, osuwające się, co widać wyraźne po ugiętych nogach. Ten układ ciała Chrystusa wprowadza ruch, odnosi się wrażenie, że za moment Jezus upadnie, brakuje mu sił, choć dźwiga na sobie jeszcze Matkę...
Dla mnie to próba uchwycenia chwili odejścia, przechodzenia do innego wymiaru.



Na Pietę Rondanini można spojrzeć wielowymiarowo, jest bezsprzecznie wieloznaczna. Znając jednak nieco biografię i osobowość artysty, nieśmiało twierdzę, że tym ostatnim dziełem Michał Anioł chciał się pożegnać, a  jednocześnie szukał w tej rzeźbie pocieszenia, pojednania z Bogiem, poszukiwał sposobu na lęk przed nadchodzącą śmiercią.
Wprawdzie pracował nad pietą od 1552 roku i  niezadowolony częściowo ją zniszczył ( co jest widoczne na prawym ramieniu Chrystusa), ale dopiero w ostatnim roku swego życia, czy wręcz, jak podają źródła jeszcze na tydzień przed śmiercią, pracował nad nową jej koncepcją. Sam Vasari opowiada o tym, jak odwiedził Starego Mistrza w nocy pracującego przy rzeźbie. Michał Anioł upuszcza lampę na ziemię, nie chce zdradzić nad czym tak intensywnie skupia swa twórczą energię...
Buonarotti jest starym, schorowanym człowiekiem, jak sam mówił "jestem workiem kości i kłębkiem nerwów". Zdawał sobie sprawę, że koniec jego długiego życia się zbliża, że nadchodzi czas rozliczenia. Intensywnie myśli o zbawieniu swej duszy, wyznaje bliskim, że zbyt mało w tym kierunku uczynił. Boi się, lęka... I ja ten strach w Piecie, zwanej Rondanini widzę.
Jednocześnie nie mam pewności, czy postać uznawana za Chrystusa to Chrystus, czy to umierający Michał Anioł, potrzebujący wsparcia, wołający o zbawienie, o ratunek dla swej duszy?  A może w tej osuwającej się postaci chciał pokazać każdego człowieka zmagającego się ze śmiercią, ze świadomością ulotności życia? Tak bardzo wtedy potrzeba oparcia, zdjęcia z siebie części ciężaru, tak mocno potrzeba drugiej osoby, kogoś bardzo bliskiego, kogoś - kto będzie towarzyszył w tej ostatniej drodze, kto podtrzyma zbolałe, ludzkie ciało...






Niezwykle ciekawy fakt związany jest z kupnem rzeźby przez władze Mediolanu w 1952 roku od Conte Sanseverino.  Od tego czasu jest dostępna dla publiczności, a nie ukryta w kolejnych siedzibach swych właścicieli.
Pieta nosi zniekształconą nazwę markiza Rondinini. To w jego pałacu odnaleziono rzeźbę w 1807 roku. Myślę, że to kolejna intrygująca historia z życia dzieła sztuki...Może kiedyś znajdę czas, aby odnaleźć jakieś ciekawe informacje na ten temat. Już kilka tropów mam...
Pozwolę sobie jeszcze na osobiste zdjęcie, kiedy fotografuję ( trochę "w transie") dzieło geniusza. Włosi wreszcie "się poddali" i zniknęły ograniczenia w używaniu aparatów czy telefonów komórkowych. Ku mojej radości...


Jak wiecie, fascynuje mnie przenikanie się wzajemne rozmaitych obszarów sztuki i kultury, swoisty dialog międzypokoleniowy czy międzykulturowy. A artyści są niewątpliwie bardziej wyczuleni na otaczającą ich i oczywiście nas rzeczywistość, którą próbują odzwierciedlić na swój sposób. Może to banalne stwierdzenie, ale często to banał zawiera prawdę "w czystej postaci". 
Tym bardziej ucieszyło mnie odnalezienie pieśni polskiego barda Jacka Kaczmarskiego zatytułowanej "Stary Michał Anioł i Pieta Rondanini", której tekst zamieszczam poniżej http://www.tekstowo./piosenka,jacek_kaczmarski,stary_michal_aniol_i_pieta_rondanini.html 

Kaczmarskiego intrygowało wiele obrazów, które stawały się inspiracją dla powstających tekstów. Dla mnie to nowe wyzwanie, obszar do poznania. Poezja zawsze była mi bliska, choć ostatnimi laty niewiele się nią zajmowałam...

Za oknem pada deszcz, a właściwie rozpętała się ulewa. Lato odeszło...
Niech będzie zatem refleksyjnie....Niech zaśpiewa Jacek Kaczmarski...

Nie dźwigniesz Matko swego Syna
Ja nie oddzielę Go od skały
Już nie mam zresztą dłut
Proch się o Niego upomina
A tak jest ciężkie Jego ciało
Jak ciężki bywa trup

Nie nie uniosę Go pod stropy
Kaplic skąd w gniewie sprawiedliwym
Rozsądza marszczy brew
Niech moim uchem stukot łopat
Usłyszy, póki jestem żywy
I niech powstrzyma gniew

Przed Twoim żalem mą odrazą
Do życia, które chorą nocą
W bólu opuszcza mnie
Niech powie tylko: "Po co? Po co?
Po co lepiłem lalki skoro
W ziemię zamieniam się?"

P.S. 
Przeczytaliście najbardziej popularny post mego bloga! Systematycznie tu zaglądacie. Serdecznie dziękuję, szczególnie, że Pieta Rondanini jest mi wyjątkowo bliska, podobnie jak jej autor.
Czuję się szczęśliwa, że mogłam się podzielić swoimi refleksjami...
18 lutego 2016r.