poniedziałek, 2 maja 2016

A może byśmy tak najmilszy(a) wpadli na dzień do... Gołuchowa? (post_64), Muzeum Zamek w Gołuchowie, Polska, architektura


To nie zamek nad Loarą, ale wielkopolski Zamek w Gołuchowie, nieco stylizowany na francuskie perełki architektury. Parafrazując słynną piosenkę Ewy Demarczyk "A może byśmy tak najmilszy wpadli na dzień do Tomaszowa?" - zapraszam Was na dzień do Gołuchowa, choć na kilka godzin. I niewątpliwie nie będzie nikt żałował tej decyzji, gdyż miejsce to urzeka niezaprzeczalną urodą i wdziękiem. Zapewniam - wrócicie tutaj ponownie, tak jak ja, przyjeżdżam prawie co roku. Wprawdzie praktycznie za każdym razem, spotyka mnie burza lub deszcz, ale nawet do tej "tradycji" można się przyzwyczaić. 
Gołuchów to niewielka miejscowość, pięknie położona pomiędzy Kaliszem a Jarocinem. Z Poznania nieco daleko, ale warto znaleźć czas na wycieczkę w te strony.



Kiedy już wejdziecie do parku, nie omińcie wejścia do Zamku. Trzeba tu wejść obowiązkowo, dlatego warto sprawdzić wcześniej godziny otwarcia. Zamek w Gołuchowie to od 1951 roku obiekt Muzeum Narodowego w Poznaniu http://www.mnp.art.pl/muzeum/oddzialy/muzeum-zamek-w-goluchowie/
Wejścia są co pół godziny i nie można się zrażać oczekiwaniem. Przekraczając próg zamku, zobaczycie jeden z cudowniejszych, choć niewielkich dziedzińców, stylizowanych na renesansowy. Ulegniecie jego urokowi w ułamku sekundy. Gwarantuję, że zdjęcia wykonane na jego tle w najróżniejszych konfiguracjach, staną się dumą Waszych tradycyjnych czy elektronicznych albumów. 
Współczesny wizerunek zamku powstał z inicjatywy ostatniej właścicielki Izabelli Działyńskiej z Czartoryskich, która z początku niezbyt życzliwie traktowała "prezent ślubny' zakupiony w 1853 roku dla syna Jana ( a jej męża) przez Tytusa Działyńskiego. Młodzi małżonkowie nie mieli szczęścia mieszkać w Gołuchowie za długo razem. Jan Działyński ratuje się przez śmiercią ( za udział w powstaniu styczniowym), ucieczką na emigrację, a jego dobra, w tym gołuchowskie zostają zajęte. Małżeństwo nie darzyło się prawdopodobnie zbyt wielkim uczuciem, niektórzy nawet twierdzą, iż Izabella zainteresowana była bardziej kobietami. Po spłacie długów, Gołuchów przechodzi wyłącznie w ręce Izabelli, kóra poświęca się odbudowie obiektu. Zrujnowany przez ponad sto lat zamek, przechodzi gruntowną renowację pod czujnym i wnikliwym okiem arystokratki, zresztą bardzo pięknej, eleganckiej kobiety, wyróżniającej się niekwestionowanym gustem i wyczuciem. Wyraźnie zaznacza się drobiazgowość właścicielki, dążenie do perfekcjonizmu i zamiłowani do szczegółów.








Maurycy August Ouradou, zięć słynnego francuskiego architekta Eugeniusza Violett-le-Duc, stworzył zamek nawiązujący swą stylistyką do renesansu francuskiego, a w szczególności do wspomnianych zamków nad Loarą. Wewnętrzne podcienia, półkoliste, jakby koronkowe kolumnady na piętrach, liczne ozdoby, także rzeźby przypominają także dziedziniec Zamku Wawelskiego czy skromniejszego zamku w Suchej Beskidzkiej. Należy podkreślić, że wiele rzeźb to oryginalne obiekty pochodzące z Francji i Włoch, które kupiła Izabella w zagranicznych antykwariatach. Niewątpliwą ciekawostką są także schody prowadzące na jedno z pięter ( fotografia powyżej) nawiązujące do wspaniałych schodów Palazzo del Bargello we Florencji. Wyczuwa się miłość Izabelli do podróży po Europie i nie tylko. Oczywiście inspiracje piękne, aczkolwiek należy sobie zdawać sprawę, że Gołuchów stanowi w pewien sposób jedynie "miniaturę" obiektów, na których wzorowano jego rekonstrukcję.
Mnóstwo tu intrygujących detali podkreślających gust Izabelli.






Izabella z Czartoryskich w swojej koncepcji renowacji zamku starała się zachować elementy nawiązujące do polskiej historii tego obiektu, przede wszystkim do XVII - wiecznej idei Wacława Leszczyńskiego. To Leszczyński był pomysłodawcą stworzenia zamkniętego dziedzińca, krużganku łączącego krótkie, dwa skrzydła budynków z pozostałą, pochodzącą z XVI wieku częścią zamku.
Wnętrze Zamku także warte zainteresowania, jednakże w niewielkim stopniu oddaje atmosferę muzeum stworzonego przez Izabellę ( z powodzeniem funkcjonującego do 1939 roku). Pieczołowicie zgromadzono kolekcję  sztuki antycznej, w tym waz greckich oraz zbiory obrazów, gobelinów czy mebli. W posiadaniu Działyńskich znalazły się także dzieła podkreślające związki z ojczystym krajem m.in. "Mały Polak" Rembrandta, "Madonna z granatem" Stwosza, portret Kościuszki Grassiego, czy koronacyjny konterfekt Augusta S. Poniatowskiego. Niestety kolekcja została rozproszona przez działania wojenne, a część obiektów ulega zniszczeniu. Aktualne władze muzeum wyposażyły wnętrza we własne eksponaty, zabiegając o powrót elementów dawnych zbiorów.







Po zwiedzaniu zamku można delektować się spacerem po rozległym parku, otaczającym zamek, piękniejącym co roku. Z wielu miejsc roztaczają się widoki gołuchowskiej rezydencji.



Nie brakuje również wyciszających pejzaży, ukazujących piękno przyrody.



Pogoda jeszcze nie do końca sprzyja wiosennym peregrynacjom, ale pomysł odwiedzenia Gołuchowa, oczywiście Zamku i jego otoczenia, dostarczy na pewno wielu przyjemnych wrażeń. Wspaniała historia tego miejsca i wyjątkowych ludzi z Izabellą Działyńską z Czartoryskich na czele, niewątpliwie jest warta poznania.
Może i Wy odnajdziecie już taki obrazek na gołuchowskim krużganku...

sobota, 16 kwietnia 2016

Salon de Fleurus, czyli wystawa podróżująca (post_63), Muzeum Sztuki w Łodzi, wystawa, Łódż, Polska



Tytuł dzisiejszego posta zaczerpnęłam z opisu wystawy przygotowanego przez jej pomysłodawców. Niezwykle trafna charakterystyka ekspozycji, nie tylko w tym dosłownym znaczeniu, wskazującym na motyw drogi, wędrówki wystawy z odległego Nowego Jorku do wielu europejskich miast, ale przede wszystkim podkreślający podróż w czasie i przestrzeni wnętrza, jakim był Salon de Fleurus w Paryżu.
Jadąc do Łodzi zupełnie w innym celu, wiedziałam, że będę mieć bardzo mało czasu i zarazem ogromne pragnienie zobaczenia czegoś ciekawego, oczywiście jakiegoś muzeum. Kiedy więc natknęłam się na informację o przeniesieniu artystycznego salonu Gertrudy Stein z początku XX wieku, w którym spotykali się na cotygodniowych, sobotnich rozmowach o sztuce, literaturze i kulturze znakomici twórcy, tacy jak Ernest Hemingway, Thornton Wilder, Ezra Pound, Henri Matisse, Paul Cézanne, Georges Braque, André Derain, Max Jacob, Henri Rousseau czy Pablo Picasso, do Muzeum Sztuki w Łodzi, nie miałam już wątpliwości, gdzie spędzę ten nader krótki czas ze sztuką.


Nie zawiodłam się w żadnym calu, jestem pod ciągłym wrażeniem, tego co zobaczyłam. Nie stykając się z oryginalnymi dziełami sztuki czy wnętrzami, mogłam uruchomić moją, być może wybujałą wyobraźnię i przenieść się do przeszłości z doświadczeniem teraźniejszości i osobistych emocji związanych z kontaktem ze sztuką.
Przekraczając próg dziewiętnastowiecznych, zabytkowych drzwi dawnego pałacu Maurycego Poznańskiego, weszłam do przyciemnionego pokoju wypełnionego przede wszystkim wieloma obrazami wybitnych mistrzów, zawieszonymi trochę niedbale na ścianach, starymi meblami, rzeźbami i książkami. W tle usłyszałam dźwięki francuskiej muzyki. Nie umknęły mojej uwadze także "ślady wilgoci" na suficie. 
To Salon de Fleurus - swoiste przeniesienie w czasie. Rozpoznaję tak charakterystycznych bohaterów dzieł Picassa, uwielbianego przeze mnie kolorysty i fowisty Matisse'a czy znakomitego Cezanne'a !!! Nie wszystkie obrazy mają ramy, jakby przed chwilą, w pośpiechu zostały powieszone na ścianie przez malarzy. Oddaję się fotografowaniu, rejestrowaniu tego, co widzę.
Gertrudę Stein kojarzę z filmem Woody Allena "O północy w Paryżu"  i z rolą graną przez Kathy Bates. Kojarzę ją z przyjaciółką i opiekunką odkrywanych talentów artystycznych, które w istotny sposób zmienią sztukę Europy i świata. Wprowadzenie nowoczesnych idei, propagowanie zawdzięczamy właśnie rodzinie Steinów. Nie dziwi zatem fakt, iż Gertruda umożliwiająca zaistnienie takich początkujących malarzy jak Picasso, Matisse czy Cezanne, organizatorka i pomysłodawczyni Salonu, wyróżniała się pewnością siebie, swobodą wypowiedzi artystycznej, szczególnie literackiej. Otoczona wyjątkowymi artystami, prowadziła tryb życia, jaki dostarczał jej przyjemności, pomimo wielu także kłopotów związanych ze swoimi życiowymi wyborami.


Obraz z lewej strony to kopia dzieła Henri Matisse'a "Radość życia" kupionego przez Leo Steina. Za emanującą kolorystykę, emocje i energię uwielbiam tego artystę. Jego dzieła zawsze wprowadzają ruch i żywiołowość. Z prawej strony natomiast spostrzegam portret samej Gertrudy Stein namalowany przez Pablo Picassa. Jej wyrazista, trochę ociężała sylwetka odzwierciedla mocną osobowość, przekonanie o własnym geniuszu. Z przekazów wiemy, że artysta miał problem z nadaniem należytego wyrazu twarzy pisarki. Ponoć pozowała do obrazu około 90 razy i już sam Picasso narzekał, że przestał ją widzieć. Twarz powstała dopiero z pamięci po powrocie malarza z Hiszpanii, wydaje się być płaska, przypominająca nawet maskę z geometrycznymi rysami oczu, nosa i ust. Portret niezmiernie spodobał się Gertrudzie, która uważała, że Picasso namalował prawdę o niej.



Przede mną kopie trzydziestu jeden obrazów powstałe w 2015 roku, co zostało wyraźne zaznaczone. Nie mogłam odnaleźć informacji o autorach współczesnych interpretacji dzieł. Niektórzy twierdzą, że kopia nie ma autora, ale ja jestem innego zdania. Zawsze jest autor kopii i oryginału zarazem. Czasami kopia swoją wartością przewyższa oryginał, tak jak się to stało w przypadku "Św.Praksedy" Vermeera, który zaczerpnął inspirację z obrazu Felice Ficherellego o tym samym tytule. Miałam to szczęście podziwiać obydwa dzieła zestawione obok siebie na jednej z rzymskich wystaw. Nieprawdopodobne emocje i możliwość kontemplacji. Kopia staje się zatem przetworzeniem cudzych koncepcji przez własne doświadczenie, emocje i wiedzę. Eksponowane w łódzkim Salonie prace, to rewelacyjny, artystyczny dialog w czasie i przestrzeni, także pomiędzy artystami - znanymi wszystkim twórcami nowoczesnych idei, jak i  artystami - odbiorcami, a jednocześnie twórcami własnych artystycznych wyobrażeń. Uwielbiam te twórcze "rozmowy", odniesienia i nawiązania. Zabrakło mi trochę tej wiedzy i zestawienia, oczywiście w formie katalogu oryginalnych prac z powstałymi kopiami.



Salon Gertrudy Stein funkcjonował przy Rue de Fleurus 27 w latach 1904-34. Rodzeństwo Gertruda i Leo Stein - stworzyli miejsce, gdzie gromadzono dzieła sztuki na tamten czas nowoczesnej, gdzie stykali się początkujący twórcy i krytycy sztuki, także ci zza oceanu. To oni przenieśli nowe idee i dzieła artystów do Ameryki, tworząc swoistą narrację europejskiej sztuki, znaną do dzisiejszego dnia. Obrazy Matisse'a, Picasse'a czy Renoire'a wisiały obok siebie, dyskutowano o nich. Bywalcami salonu byli przecież poeci i pisarze m.in.Ernest Hemingway czy Apollinaire. 
Pierwsza rekonstrukcja salonu powstała w niewielkim mieszkaniu przy Spring Street 41 w Nowym Jorku i funkcjonowała w latach 1992 -2014. Części salonu wystawiane były m.in. w Los Angeles, Paryżu czy Bejrucie. Każda ekspozycja jest nieco inna, odrębna i charakterystyczna dla miejsca, w którym została stworzona. Zainteresowanych odsyłam na stronę http://curatorsintl.org/exhibitions/salon-de-fleurus
Tam można obejrzeć wspaniałe zdjęcia tych wnętrz w rozmaitych miastach świata, próbujących zatrzymać czas, a jednocześnie stworzyć nowy sens, nowe znaczenia. Niewątpliwie kolejne interpretacje Salon de Fleurus stanowią rewelacyjną okazję do rozważań o sztuce nowoczesnej, przypomnienia jej początków i rozwoju. Autorzy kolejnych rekonstrukcji wzbogacają wystawę w tzw.osie czasu.




Mamy do czynienia z tworzeniem dalszego ciągu historii zapoczątkowanej w Salonie Gertrudy Stein, której postać stała się także tematem obrazów.
Oglądając stare zdjęcia, spostrzegam kobietę o silnej posturze, niezbyt urodziwą,  siedzącą na jednej z wielu kanap pod ścianą wypełnioną obrazami mistrzów. Jej osoba jest wpisana w to wnętrze, stopiona z jego atmosferą. Gertruda otoczona dziełami artystów, którzy po jej wyjeździe do Stanów Zjednoczonych w 1934 roku i napisaniu przez nią skandalizującej książki pt."Autobiografia Alicji B.Toklas" powiedzą, że nie zrozumiała do końca ich świata, świata artystów, że patrzyła na nich z zewnątrz.
Alicja B. Toklas  - to wieloletnia partnerka Stein, która stała się także przyczyną poważnego konfliktu pomiędzy rodzeństwem. Wyprowadzka Leo spowodowała podział znaczącej kolekcji obrazów.




Ulegam atmosferze tego niezwykłego Salonu. Tak właśnie działa na mnie otoczenie obrazów, nawet kopii. To są "moje" wnętrza, w takich mogłabym funkcjonować. Czuję się w nich swobodnie, u siebie, sprawiają mi przyjemność i radość. Powstaje bliskie mi zdjęcie, mój skromny udział w artystycznym dialogu w czasie i przestrzeni...


To "Autobiografia Renne w Muzeum"...

niedziela, 3 kwietnia 2016

Vittorio Matteo Corcos i "Sogni" (post_62), Vittorio Matteo Corcos, Galleria nationale d'arte moderna e contemporanea, muzeum, Rzym, Włochy, sztuka włoska, malarstwo,


Nie powiem nic odkrywczego, ale kiedy stykam się z bardzo wieloma obrazami w krótkim okresie czasu, to w pamięci zachowuję tak naprawdę tylko niektóre dzieła. Te, które zwróciły moją szczególną uwagę, przykuły wzrok, często z nader rozmaitych przyczyn. Mi zdarza się nawet, oczywiście kiedy mogę to uczynić, ponownie do nich wracać w czasie zwiedzania muzeum czy w trakcie wystawy. Dlatego też towarzyszenie mi podczas oglądania dużych wystaw (choć nie tylko) może być nieco uciążliwe i  wymaga cierpliwości. Najpierw zapoznaję się z całością dzieł, a następnie wracam do punktu wyjścia i koncentruję się już dokładnie na wybranych obrazach. 
Tak było i z obrazem, który jest bohaterem dzisiejszego posta, zatytułowanym "Sogni" (1896). Spotkałam się również z nazwą "Marzenia". Mnie zdecydowanie bardziej podoba się "Sogni" i taki tytuł nosi ten obraz w Galleria nationale d'arte moderna e contemporanea w Rzymie, gdzie można go obejrzeć www.gnam.beniculturali.it/
Nie umiem do końca odpowiedzieć na pytanie, dlaczego akurat to dzieło wywarło na mnie mnie wyjątkowe wrażenie, zauroczyło mnie w jednej chwili. Może autor? Nie za bardzo. Vittorio Matteo Corcos - artysta dla mnie wtedy całkowicie nieznany. A obraz cudowny i zachwycający!

Przed widzem siedzi na drewnianej ławce młoda, energiczna dziewczyna. Patrzy na widza z ogromną pewnością siebie (albo przyjmuje taką pozę), co wyraża poprzez prawą rękę opierającą się o ławkę, a lewą  dłoń podtrzymującą podbródek. Ubrana jest w jasnozieloną, długą  i gustowną suknię ze wspaniałymi "bufami". Na ławce leży słomkowy kapelusz, parasol i książki. Widać wypadającą z kartek różę.



Wzrok dziewczęcia nas zatrzymuje, czujemy, że chce zwrócić na siebie uwagę. I to się udaje. Zastanawiamy się od razu, co ta dziewczyna pragnie nam powiedzieć, czy chce się podzielić jakąś radosną tajemnicą, a może raczej  problemem, skrywanym przed światem? Uroda kobiety przyciąga, magnetyzuje, piękne włosy, twarz, a szczególnie wyraziste, lekko nadęte wargi, o które tak zabiegają współczesne kobiety. A może tylko Corcos zapisał swym rewelacyjnym pędzlem ulotną chwilę zamyślenia, rozmarzenia się dziewczyny? Stąd ten drugi tytuł obrazu "Marzenia"?
Nie tylko mnie, skromną miłośniczkę sztuki, intrygują te pytania. Zadawali je przede mną wcześniej krytycy, który twierdzą wręcz, iż portret ten budzi w widzu niepokój, jest niejednoznaczny i tym ocalił autora od zapomnienia pośród wielu portrecistów z  przełomu XIX/XX wieku. Stworzenie dobrego portretu, oddającego osobowość człowieka - to wyjątkowo trudne zadanie dla artystów. Corcosowi  niewątpliwie się to udało.

Czuję z bohaterką obrazu pokrewieństwo dusz. Ta pewność i niepewność jednocześnie, ta siła i słabość obok siebie, ta ogromna ciekawość i lęk przed światem zarazem. Odkrywam także, że w podobnych "pozach" zdarza mi się robić zdjęcia.
Nie mogę się oprzeć pokusie zrobienia wspólnej fotografii z Sogni.


To czysty przypadek, że zieleń była moim kolorem tego dnia ( zielonych spodni nie widać)...

Po powrocie z Rzymu szukam informacji o malarzu - Vittorio Matteo Corcosie - nic o nim nie wiem. Odkrywam wspaniałego, niezwykle płodnego portrecistę z czasów Belle Epoque. Zachwycam się rewelacyjnymi obrazami kobiet. Rozmarzam się. Jeżeli mogłabym wybierać artystę - autora mego portretu - wybrałabym od razu Corcosa.
Zainteresowanych galerią jego dzieł, odsyłam na stronę https://commons.wikimedia.org/wiki/Category:Vittorio_Matteo_Corcos

Na zakończenie krótkie przybliżenie biografii artysty. I tu ciekawostka. Kiedy zobaczyłam autoportret Corcosa z 1913 roku, doznałam lekkiego zdziwienia, nawet szoku. Dlaczego?

                                                                             wikipedia.org

Zobaczyłam mężczyznę z podobnym wąsem przypominającego osobę, którą znam, z którą doskonale się rozumiem, wyróżniającego się artystycznymi zdolnościami. Pierwsze imię też się zgadza....
Źródła podają, iż powyższy autoportret znajduje się w kolekcji Galerii Uffizi, ale akurat tego obrazu nie widziałam, a przecież w ubiegłym roku miałam to szczęście ponownie odwiedzić tę świątynię sztuki. Być może wisi w korytarzu Vasariego, który jeszcze wtedy nie był dostępny dla przeciętnego turysty albo obraz przechowywany jest w przepastnych magazynach muzeum.

Vittorio Matteo Corcos urodził się 4 października 1859 roku w Livorno. od roku 1870 rozpoczął studia we Florencji w Akademii Sztuk Pięknych pod kierunkiem Enrico Pollastrini. W latach 1878-79 przebywał w Neapolu, gdzie dosknalił swój warsztat artystyczny w pracowni Domenico Morelli. Sam mistrz Morelli stał się inspiracją dla Corcosa.. W 1880 roku wyjeżdża do Paryża, gdzie podpisuje kontrakt na 15 lat z Galerią sztuki Goupil. Malarz poświęca się tworzeniu kobiecych portretów, jak również utrwalaniu scen z życia codziennego mieszkańców miasta. Po powrocie do Włoch, Corcos zamieszkał w stolicy Toskanii. Poślubia wdowę - Emmę Ciabatti. Małżeństwo umożliwiło mu wejście do elit ówczesnej Florencji. Obrazy Corcosa cieszyły sie dużym powodzeniem i zainteresowaniem. w 1904 roku zyskuje sławę w Niemczech, gdzie portretuje Wilhelma II i cesarzową Augustę. Artysta umiera w 1933 roku we Florencji. Zostaje pochowany na urokliwym cmentarzu, położonym przy wspaniałej Bazylice San Miniato al Monte.
O miejscu pochówku wyczytałam zupełnie niedawno. Szkoda, gdyż ostatniego lata odwiedzałam tę nekropolię, o tyle niezwykłą, że można z niej podziwiać najwspanialszą panoramę Florencji, szczególnie w blasku zachodzącego słońca...
Zawsze istnieje powód, aby znowu tam wrócić.