niedziela, 18 września 2016

"Piękno ukryte w kamieniu", czyli Suiseki (post_75), Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha, wystawa, sztuka japońska, kamień

Japonia

Dzisiaj trochę z opóźnieniem, ale mój blog nie trzyma się specjalnie realnego czasu, wracam do Krakowa i muzeum, w którym gościłam po raz pierwszy. 

Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha  http://manggha.pl/exhibitions powstało  z zamiłowania wybitnego polskiego reżysera Andrzeja Wajdy do Japonii i jej kultury. Od 1994 roku funkcjonowało pod nazwą Centrum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha jako oddział Muzeum Narodowego w Krakowie. W swojej bieżącej działalności współpracowało z  Fundacją Kyoto – Kraków im. Andrzeja Wajdy i Krystyny Zachwatowicz. Swoją samodzielność uzyskało w 2007 roku i funkcjonuje od tego czasu jako muzeum. Niewątpliwie to obiekt warty zainteresowania, choć mnie osobiście trochę rozczarował. Powiem krótko - za mało sztuki Japonii w miejscu, które za cel obrało sobie promocję tej formy aktywności Japończyków. Może przy drugim podejściu będzie lepiej.

Nigdy się specjalnie nie interesowałam Japonią ani sztuką japońską, choć pewnie ze stratą dla mnie. Absolutnie odrębna kultura i mentalność w odniesieniu do Europy i  Europejczyków, może przez to tak fascynująca dla wielu osób. Coś, co na pewno znam i jest mi bliskie, to japońskie... sushi. Wyjątkowe danie, zmodyfikowane wprawdzie przez wielu kulinarnych specjalistów, ale oddających istotę rzeczy. Sushi i owsianka na mleku to dania, które mogę jeść stale, bez ograniczeń i zawsze mi smakują. Wiem, że to dość kontrowersyjne zderzenie, ale jestem szczera w tym wyznaniu...

W japońskiej obyczajowości i tradycji nic nie jest proste, choć w pierwszej chwili takowe się może wydawać.Podobnie było z wystawą "Piękno ukryte w kamieniu", której będzie poświęcony dzisiejszy post. Nie miałam wiedzy o suiseki, czyli sztuce artystycznego eksponowania kamieni. Kamienie? W skrytości liczyłam na malarstwo, może akwarele czy rysunki, ale kamienie?
Z odrobiną rezerwy i dystansu, może nawet lekkiego zawodu podeszłam do ekspozycji. Ostatecznie pokonałam prawie 550 km, żeby przyjechać do stolicy Małopolski, chciałam zobaczyć także i to muzeum, więc nie mogłam się poddać.
Weszłam z letniego, krakowskiego słońca do przyciemnionej, przygaszonej sali, pozbawionej elementów dekoracji, surowej kolorystycznie i zobaczyłam w gablotach poukładane kamienie, każdy osobno, tak jak się prezentuje biżuterię, coś wyjątkowego i wartościowego. Wtedy dopiero poczułam Japonię...

Japonia
Japonia
Japonia
 Japonia

Niewątpliwie trzeba odpowiedzieć na pytanie, czym jest suiseki? Bez wyjaśnienia tego pojęcia, nie zrozumiemy wystawy, a przede wszystkim istoty gromadzenia i przygotowania kamieni. Nawet definicja odnaleziona na stronach Japońskiego Stowarzyszenia Suiseki nie daje jednoznacznej odpowiedzi i wskazuje na pewną trudność. Mówi o patrzeniu na kamienie w szczególny sposób, że jest to zdecydowanie coś wiecej niż tylko hobby oraz ma ścisły związek ze złożoną i wieloaspektową tradycją japońską.
Słowo suiseki to połączenie dwóch słów "woda i kamień". To rodzaj sztuki eksponowania kamieni w sposób artystyczny i szczególny, wydobywający ich wewnętrzne piękno wynikające z natury, czasami delikatnie korygowanej przez człowieka. Owa ingerencja może polegać na szlifowaniu, polerowaniu czy nawet barwieniu kamieni, ale zgodnie z obowiązującymi zasadami kamień powinien być tylko przycięty przy podstawie. Kamienie podlegają odpowiedniej klasyfikacji. Przytoczę część klasyfikacji dokonanej  przez wspomniane już przeze mnie Japońskie Stowarzyszenie Suiseki (Nippon Suiseki Association ) wyróżniające  m.in. kamienie przypominające:  góry widziane z odległości (tōyama-ish), górskie wodospady (taki-ishi ), wiejskie chaty (kuzuya-ishi ), kształt wysp (shimagata-ishi) , nadmorskie skały (iwagata-ishi ) czy nawet kształty świętych, ludzkich postaci, zwierząt (sugata-ishi). Dla zaciekawionych podaję odniesienie na stronie Stowarzyszenia do dalszej klasyfikacji wraz z przykładowymi zdjęciami kamieni  http://www.suiseki-assn.gr.jp/en/fine.html#02
Piękne  i jednocześnie intrygujące zdjęcia!
Warto zauważyć, że sztuka suiseki została przejęta przez Japończyków z Chin i przez nich rozwinięta w tej wyjątkowej formie. W Japonii przyjmuje się rozpoczecie tego za interesowania na  okres Muromachi, zwłaszcza w dobie Nanbokucho (1336-1392). 

Istota eksponowania kamieni tkwi również w sposobie  i formie ich pokazywania. Przycięte u podstawy ułożone z namaszczeniem na dopasowanych do nich podstawkach (specjalnie do tego zrobionych), zwanych daiza lub na płaskich pojemnikach zwanych, suiban. Zdarza się także eksponowanie ich na drobnym piasku czy żwirze.
Włochy
Włochy
Włochy 

Co stanowi istotę w pokazywaniu kamieni? Na co trzeba zwrócić przede wszystkim uwagę przy ich kontemplacji?
Funkcjonuje pięć wyznaczników suiseki. Są to: kształt, jakość i materiał, kolor, powierzchnia i wiek – wizualnie. Według mnie laika, kształt pełni tu rolę wiodącą, szczególny wyróżnik. Kształt staje się symbolem, obrazem , czegoś co odzwierciedla, co przypomina np. postaci ludzkiej czy pasma górskiego. Ale nie tylko. Odnoszę wrażenie, że kształt wskazuje także na pochodzenie kamienia, jego "narodowość", może mentalność  i kulturę zbierajacych je osób. Moja refleksja wynika z charakteru wystawy będącej rezultatem międzynarodowego projektu SAN SEKI (jap. trzy kamienie), w którym uczestnikami są osoby z Czech, Polski i Słowacji. Mistrzem i jednocześnie szefem projektu jest Arishige Matsuura będacego współcześnie najbardziej znanym popularyzatorem sztuki suiseki ( goszczącym także na  otwarcia wystawy w Krakowie). Przedsięwzięcie SAN SEKI jest realizowane od 3 lat i ma na celu, w ramach prowadzonej działalności edukacyjnej,  przygotowanie wystaw - co roku  w innym kraju. Zatem następna możliwość zobaczenia rezultatów prac zespołu będzie za trzy lata.

Słowacja

Słowacja

Jakość i materiał -   odgrywają nader istotną rolę. Zbierane i eksponowane są kamienie jedynie bardzo dobrej jakości. Tego trzeba sie uczyć. Stąd idea międzynarodowego projektu.

Czechy
Czechy

Niektóre kamienie zaprezentowane na tle zwojów tradycyjnego malarstwa tuszowego sumi-e. To oczywiście wzbogaca ekspozycję kamieni i ma na celu rozwinięcie wyobraźni widza. Ociepla także surowa kolorystykę eksponatów.
 

Czechy

Kolor - to kolejny wyznacznik suiseki. W Japonii preferowana jest głęboka czerń zwana  manguro, uznawana wręcz za idealną barwę. Odnajdziemy również kamienie w kolorze ciemnoszarym - haiguro czy w odcieniu zieleni wpadajacej w czerń, zwanej aoguro.

Polska
 
Polska

Na pewno zauważyliście, że kamienie nie sa podpisane imieniem czy nazwiskiem. Oznaczenie dotyczy jedynie kraju. To skupia uwagę odbiorcy na samym eksponacie, nie dekoncentruje dodatkowymi informacjami. Nawet mało przygotowany widz zauważa ogromną różnicę w podejściu do tematu przedstawicieli różnych krajów. Najmocniej to widać w kształcie, od prostego, "czystego", gładkiego i czarnego kamienia japońskiego po "barokowe", złożone formy wybrane przez Polaków. To było wręcz uderzajace!

Piękno ukryte w kamieniu? Zdecydowanie tak., ale do tego piękna trzeba dojrzeć, przygotować się, aby je odkryć i dostrzec. Takie podejście wymaga czasu, spokoju i skupienia, oderwania od otaczajacej nas rzeczywistości. Wymaga zaparzenia według rytuału zielonej herbaty. To także hołd i ukłon w stronę natury, jak również zwrócenie uwagi, że urodę, smak i estetykę można odnaleźć w rzeczach pozornie prostych, takich jak kamienie.
Niezmiernie wiele się nauczyłam, przystanęłam na chwilę w chaosie i pędzie czasu. Dzięki kamieniom.
   
Poniżej gmach Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha.






czwartek, 25 sierpnia 2016

Dom artysty, czyli z wizytą u Józefa Mehoffera w Krakowie (post_74), Józef Mehoffer, Muzeum Narodowe w Krakowie, Kraków, Polska, sztuka polska, malarstwo


Kilka ostatnich dni urlopu spędziłam w Krakowie. Nareszcie mogłam spokojnie zaplanować czas na muzea i wystawy. Rzecz jasna, nie byłam w stanie zobaczyć przez ten krótki okres wszystkiego, co chciałabym, ale niedosyt, nawet krótkiej podróży, zawsze ma swój urok. Nawet go lubię.
Trafiłam na prawdziwie letnią aurę, więc Kraków objawił się mi w pełnej krasie. Atmosfera wielojęzycznego tłumu turystów dodawała moim wędrówkom szczególnego kolorytu. 
Moja fascynacja sztuką Józefa Mehoffera zaskutkowała także wizytą w domu przy ul.Krupniczej 26, gdzie mieszkał i pracował, domu zwanym Pałacem pod Szyszkami. Odwiedziny rozpoczęłam od obiadu w dawnym ogrodzie artysty. Zapragnęłam poczuć atmosferę tego miejsca, a jedzenie posiłku i delektowanie się pyszną kawą na świeżym powietrzu należy do wyjątkowych przyjemności.
Poniżej brama prowadząca do ogrodu ukrytego od południowej strony budynku.


Ogród został odtworzony według projektu malarza. Odnosi się wrażenie, iż wymaga jeszcze kilka zabiegów. Wyczuwa się wyjątkową atmosferę tego miejsca. A jeśli jeszcze ma się świadomość, że w tym właśnie domu przyszedł na świat 15 stycznia 1869 roku inny wybitny polski artysta, także związany z Krakowem - Stanisław Wyspiański - to sytuacja staje sie szczególna. Dodam ponadto, że Mehoffer urodził się w tym samym roku, co autor "Wesela". Historia zatacza koło...
Przyznam, zazdroszczę, oczywiście życzliwie, Krakowianom, iż mogą tu wejść na szybką kawę i skoncentrować się na swoich problemach, porozmawiać z przyjaciółmi, podelektować się urodą ogrodu.



Po niezłym obiedzie, weszłam do wnętrza domu. Ten niewielki  obiekt należy do świetnie zachowanych, odtwarzających inną epokę, zamiłowania artysty i historię rodziny Mehofferów. Dla mnie największą wartość stanowią prace artysty, które można podziwiać bez pośpiechu, z bliska i z namaszczeniem. Gdybym mogła, swoje mieszkanie ozdobiłabym ulubionymi obrazami czy rzeźbami, nawet z lekką przesadą....Wiem, że wnętrza pokryte od góry do dołu obrazami nie są łatwe w oglądaniu, ale ten sposób pokazywania dzieł bardzo mi odpowiada. 
Mehoffer kupił nieco zniszczony i zdewastowany po poprzednich użytkownikach dom w 1932 roku, znał jego ciekawą przeszłość. Może to nawet ona właśnie przeważyła w podjęciu decyzji w sprawie zakupie nowego lokum.Oczywiście dokonał wielu zmian w układzie poszczególnych pomieszczeń, dostosowując dom do potrzeb swoich bliskich. Zajął się również ogrodem. Niestety wybuch wojny nie pozwolił na dokończenie remontu, do którego powrócił w lepszych czasach. Ze względu na niemożność korzystania ze swojej pracowni na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, budynek na Krupniczej stał się także miejscem jego pracy twórczej.
Na początek klatka schodowa z pięknymi drewnianymi schodami i słynnymi ozdobami w kształcie szyszek, od których wzięła się nazwa Pałac pod Szyszkami.



Z niewielkiego holu na parterze wchodzi się do części reprezentacyjnej domu, który tworzy pokój stołowy, salon i biblioteka. Salon łączy się tarasem prowadzącym do ogrodu. Wnętrza ozdobione są projektami witraży, studiami rysunków i rzecz jasna obrazami Mehoffera.



Na ścianach zauważyć można rysunki, portrety znajomych malarza. Pomieszczenia wzbogacono o meble z epoki, w części podarowane muzeum lub oddane w depozyt przez wnuka artysty Ryszarda Mehoffera. Poniżej wspaniały sekretarzyk.


Nieprawdopodobna wyobraźnia malarza, giętkość i miękkość linii, jakby zapowiedź "Zaczarowanego ogrodu".


Jak wspomniałam ogromną wartością jest kontakt bezpośredni, trochę niemuzealny ( mimo że jesteśmy w muzeum) z twórczością Mehoffera. Kobieta w długiej czarnej sukni to portret  Zofii Minderowej z 1923 roku zatytułowany "Róża Saronu".


Uwielbiam autoportrety artystów. Odzwierciedlają postrzeganie samego siebie, poprzez swoje widzenie świata i otaczającej rzeczywistości, poprzez doświadczenia. Czasami bardzo realistyczne, niekiedy z poczuciem humoru, inne z próbą zapisu własnego wnętrza. Utrwalenie siebie samego. Takie artystyczne "selfie" lub rodzaj pamiętnika.
Poniżej jeden z wielu autoportretów Mehoffera.


Poniżej natomiast obraz zatytułowany "Czerwona parasolka" z 1917 roku ("Red Umbrella"), pasujący do letniej atmosfery  ogrodu.




Salon - to serce domu, miejsce reprezentacyjne. To tutaj spotykali się Mehofferowie ze znajomymi i przyjaciółmi. Tutaj kwitło życie towarzyskie. Rozmowom, pewnie także o sztuce towarzyszyła muzyka. Stąd fortepian, na którym grali także goście, ale również zapraszani artyści. Inicjatorką wielu spotkań była żona malarza - Jadwiga z Janakowskich, kobieta wykształcona o artystycznej duszy. Na piętrze domu, w pomieszczeniach prywatnych, można zobaczyć kilka obrazów jej autorstwa. Nie mam wątpliwości, że wpływała na urządzanie wnętrz krakowskiego domu Mehofferów.
Na ścianie, przy której stoi fortepian, rozwieszono charakterystyczną tkaninę, wykorzystywaną w niektórych dziełach Mehoffera. Materiał pochodzący z XVIII wieku, zwany "chinoisene" stanowi istotną ozdobę salonu. Na instrumencie natomiast usytuowana jest rzeźba Ksawerego Dunikowskiego  z 1900, odzwierciedlająca głowę mężczyzny.

Na piętrze wartym zauważenia jest pokój urządzony w stylu japońskim, z wieloma grafikami, dość wiernie odtworzony przez konserwatorów. Mehoffer zgromadził ich ponad pięćdziesiąt. Grafiki stanowią wyjątkową ozdobę pokoju, chociaż niełatwo się je ogląda, ze względu na słabą dostępność do wnętrza. Zachowano także charakterystyczny kolor ścian tego pomieszczenia, na zdjęciach widoczny jako czerwony, ale w rzeczywistości to odcień wina.




Moją uwagę zwrócił znakomity obraz 1904 roku pt."Portret żony" ( na letnim mieszkaniu) utrzymany  w pięknej, stonowanej kolorystyce. Mehoffer poświęcił żonie wiele rysunków i obrazów, portretował ją w rozmaitych sytuacjach. Przez te dzieła wyczuwa się uczucia artysty, zachwyt małżonką i jej niepodważalnym gustem.


Często zastanawia mnie fakt, że nasi polscy, doskonali artyści z przełomu XIX/XX wieku ( chociaż nie tylko) należą do tak słabo rozpoznawalnych za granicą.W pewien sposób mnie to boli. Do nich należy także Józef Mehoffer mimo oczywiście wielu dzieł rozproszonych po Europie, a zasługują na zdecydowanie większe zainteresowanie i uwagę. Niewątpliwie taką okazją są wystawy (w kraju i poza Polską) ich twórczości  i wydarzenia im towarzyszące. Ale to my - Polacy- musimy zabiegać o to, by inicjować tego rodzaju projekty czy eventy. Słuszność tej drogi udowodniła wystawa obrazów Andrzeja Wróblewskiego zorganizowana w Warszawie, a następnie w Madrycie. W Hiszpanii obejrzało ją ponad sto trzydzieści tysięcy widzów. To ogromny sukces organizatorów. Kto o tym wie?
Przed wejściem do muzeum można zobaczyć plakaty z wystaw Mehoffera. 







Mehoffer - to malarz, ciągle mnie fascynujący, coraz mocniej. Tym bardziej ucieszyła mnie wizyta w jego domu.
A obiad w ogrodzie artysty będę długo pamiętać...



piątek, 12 sierpnia 2016

Sztuka miłości i prawdy, czyli Marc Chagall wśród mistrzów Awangardy we Wrocławiu (post_73), Marc Chagall, wystawa, Pałac Królewski we Wrocławiu,Wrocław, Polska, malarstwo, akwarela, sztuka rosyjska


Wystawa, na którą dzisiaj Was zapraszam, została zatytułowana "Marc Chagall i artyści europejskiej awangardy". Nazwisko artysty stało się oczywiście magnesem przyciągającym widzów. Chagall należy przecież do niezmiennie popularnych  i  podziwianych twórców, wręcz uwielbianych. Dlatego też każda wystawa jego dzieł wywołuje poruszenie oraz ogromne zainteresowanie odbiorców. O jednej z nich pokazywanej w Rzymie pisałam w jednym z postów http://rennewmuzeum.blogspot.com/2015/05/marc-chagall-w-chiostro-del-bramante.html. Do dzisiaj wspominam ten epizod mego życia ze wzruszeniem i tkliwością. 

Pałac Królewski we Wrocławiu stał się obiektem, w którym w ramach Europejskiej Stolicy Kultury, sprowadzono z odległego Muzeum Marca Chagalla w Witebsku (na Białorusi) www.chagal-vitebsk.com/node/159 , 16 litografii artysty i 43 litografie innych, nie mniej istotnych i wspaniałych malarzy. To pierwsza ekspozycja witebskiej kolekcji w Polsce, dlatego według mnie, tak ważna i "obowiązkowa" dla wszystkich miłośników sztuki. 
Muzeum w Witebsku powstałe w roku 1997, a więc stosunkowo niedawno, zgromadziło niezwykle ciekawy zbiór 300 litografii Marca Chagalla oraz 200 litografii wybitnych przedstawicieli awangardy przełomu XIX/XX wieku. Zastanawiające dla mnie było pochodzenie tej wyjątkowej kolekcji. Okazało się, że są to dary wielu kolekcjonerów. Wystawa trwa tylko do końca sierpnia, więc kto chciałby pojechać do Wrocławia, niech to uczyni w najbliższym czasie.


Skąd wziął się fenomen sztuki Marca Chagalla?
Myślę, że wynika z autentyczności, z afirmacji życia,  z niepowtarzalnej siły i energii artysty oraz jego wieloletniej determinacji w utrwalaniu świata utraconego dzieciństwa. On zresztą sam stwierdził " Wszystko można zmienić w życiu i w Sztuce i wszystko się przeistoczy, gdy pozbędziemy się wstydu wypowiadając słowo Miłość (...). W nim jest sztuka prawdziwa: oto cały mój warsztat i cała moja religia."
Chagall wierzył w prawdziwą miłość do świata, krajów, kultur, ludzi  i  oczywiście kobiet, które napotkał na swej drodze. Miłość go uskrzydlała, nadawała sens istnieniu, motywowała do działania. I tę wzniosłość przelewał na swe obrazy, stąd tyle unoszących się postaci ponad ziemią. Stamtąd widać przecież zdecydowanie lepiej i piękniej. Miłość otwiera człowieka na otoczenie, ułatwia życie i daje poczucie wspólnoty, bycia razem. Miłość nie pozwala nigdy czuć się samotnym. Chagall  doczekał prawie stu lat, oddając się całkowicie swej twórczości. Wystarczy pooglądać zdjęcia Chagalla w podeszłym wieku, szczególnie przyjrzeć się jego oczom, gorejącym żywotnością, aby przekonać się o prawdziwości przytaczanych myśli.




Litografie artysty, choć należą do mniejszych form artystycznego wyrażania, stanowią wyjątkowe uzupełnienie jego malarstwa. To zapisy jego wielu, niezliczonych wspomnień i skojarzeń. Dotyczą przede wszystkim jego dzieciństwa przeżytego w maleńkim , prowincjonalnym, choć wielokulturowym, wieloreligijnym Witebsku, co ciekawe nigdy przez niego nie odwiedzonym po latach, mimo takiej możliwości. Każdy z nas ma zachowany w pamięci swój odrębny świat utraconego dzieciństwa. Świat, w którym nie do końca odróżniamy prawdę od wrażenia czy zmyślenia. To obrazy miejsc, przedmiotów, zwierząt i oczywiście ludzi, z którymi zetknął nas los. Nasza pamięć bogata jest czasami w dziwne rzeczy. Nie potrafimy wyjaśnić, dlaczego akurat coś szczególnie utkwiło w naszej pamięci. Przeszłość dzieciństwa wyświetla się także w naszych snach. O tym opowiada Chagall w swoich pracach. Sam mówi "Nie nazywajcie mnie fantastą! Wręcz przeciwnie, jestem realistą. Kocham świat."


Powyżej litografia, która zwróciła moją uwagę pt."Natchnienie" z wyciszoną kolorystyką i tą wyjątkową "miękkością" postaci, tak charakterystyczną dla artysty. Twórca pochylony nad obrazem z paletą farb, z rękoma złożonymi pokornie na piersiach, wpatruje się w dzieło. Nad nim delikatna, unosząca się postać, a jednocześnie prawie wtopiona w jego ciało. To natchnienie? Bliskie, tak mocno, że czuje się jego oddech.
W litografiach artysty zauważa się wpływy wielu ówczesnych, awangardowych kierunków w sztuce: fowizmu, kubizmu czy symbolizmu, choć Chagall nie lubił, gdy go próbowano przyporządkować do któregoś z nich. Podobają mi się określenia twórczości Chagalla mianem "sztuki w kawałkach" czy "malowaną poezją". To obrazuje wieloznaczność jego malarskich wizji, tajemniczość i niedookreślenie. W tym tkwi również fenomen jego spuścizny.



Poniżej kolorowa litografia Chagalla, będąca symbolem wrocławskiej wystawy. To dzieło z 1969 roku pt. " XXe siecle. Hommage a Marc Chagall".


Spotkanie z Chagallem jest zawsze ekscytujące, ale wystawa daje możliwość kontaktu także z innymi znakomitymi i wybitnymi artystami, jak Fernand Leger, Henri Matisse, Georges Brague, Joan Miro czy Salvador Dali. Każdy z nich to osobowość i legendarne dzieła, odrębna stylistyka. Każdy wymagałby osobnego potraktowania. Dla mnie wszyscy ci artyści są równoważnymi bohaterami wrocławskiej ekspozycji. Oglądam ich prace ze wzruszeniem i podekscytowaniem. Tak rzadko mogę oglądać dzieła tych twórców w polskich muzeach. Tym bardziej doceniam pomysł i wysiłek kuratorów aktualnej wystawy w Pałacu Królewskim, wspominając jednocześnie znakomite wydarzenie, jakim było zgromadzenie dzieł kilku pokoleń rodziny Brueglów.
Ale wróćmy do awangardzistów. Przyjrzyjmy się ich kolorowym litografiom, tak świetnie odzwierciedlających stylistykę poszczególnych malarzy. Rozpoznamy ich bez trudu, nawet bez podpisów.
To oczywiście Fernand Leger z masywnością postaci i rygorystyką kolorów.






Georges Braque w kolorowej litografii z 1949 roku.


Któż nie rozpozna słynnego Joan Miro i niezwykłych bohaterów barwnego świata jego obrazów?








No i uwielbiany przeze mnie osobiście Henri Matisse. W wyjątkowy sposób portretował kobiece ciało, czasami kilkoma kreskami. 
Z zawodu prawnik, z wyglądu prawnik i urzędnik, nienagannie ubrany i z taką nieprawdopodobną odwagą kolorystyczną i egzotyką, z nieograniczoną artystyczną wyobraźnią.
 







Lubię niespodzianki i nowych, nieznanych mi artystów. W tym przypadku to Alexander Calder ( 1898 - 1976), amerykański abstrakcjonista, przedstawiciel sztuki kinetycznej.
Ciągle się uczę, poznaję coś nowego, poszukuję i odkrywam. Przypominam sobie słowa Chagalla "Żadna akademia nie dałaby mi tyle, ile odkryłem w Paryżu sycąc się wystawami sztuki, wystawami sklepowymi i muzeami". Mnie to też dotyczy w jakimś sensie. Moja pasja wędrowania po muzeach czy innych artystycznych przestrzeniach, spotkania i rozmowy z napotykanymi ludźmi, sprzyja mojemu rozwojowi postrzegania sztuki, wzbogaca mnie jako człowieka.




Na zakończenie wybitny Salvador Dali w litografii pt."Miasteczko paranoika" z 1931 roku ( własność prywatna). Niestety warunki ekspozycji tej pracy nie są najlepsze, gdyż umieszczono ją w sali, w której wyświetlano film o Chagallu. Brak możliwości skupienia i spokojnego oglądania znakomitego dzieła nieco mnie irytowało, ale cóż...
Hiszpański artysta to doskonały rysownik, szczegółowy i drobiazgowy. Litografia wpisuje się w świat ludzkiej samotności i pustki,  rozpadania się rzeczywistości, jakiejś nadchodzącej zagłady...


Kolejna wystawa za mną. Czuję satysfakcję i zadowolenie, a jednocześnie lekki żal, że coś się skończyło. 
Na szczęście kolejne wystawy czekają. Tym razem może w Krakowie?