czwartek, 25 sierpnia 2016

Dom artysty, czyli z wizytą u Józefa Mehoffera w Krakowie (post_74), Józef Mehoffer, Muzeum Narodowe w Krakowie, Kraków, Polska, sztuka polska, malarstwo


Kilka ostatnich dni urlopu spędziłam w Krakowie. Nareszcie mogłam spokojnie zaplanować czas na muzea i wystawy. Rzecz jasna, nie byłam w stanie zobaczyć przez ten krótki okres wszystkiego, co chciałabym, ale niedosyt, nawet krótkiej podróży, zawsze ma swój urok. Nawet go lubię.
Trafiłam na prawdziwie letnią aurę, więc Kraków objawił się mi w pełnej krasie. Atmosfera wielojęzycznego tłumu turystów dodawała moim wędrówkom szczególnego kolorytu. 
Moja fascynacja sztuką Józefa Mehoffera zaskutkowała także wizytą w domu przy ul.Krupniczej 26, gdzie mieszkał i pracował, domu zwanym Pałacem pod Szyszkami. Odwiedziny rozpoczęłam od obiadu w dawnym ogrodzie artysty. Zapragnęłam poczuć atmosferę tego miejsca, a jedzenie posiłku i delektowanie się pyszną kawą na świeżym powietrzu należy do wyjątkowych przyjemności.
Poniżej brama prowadząca do ogrodu ukrytego od południowej strony budynku.


Ogród został odtworzony według projektu malarza. Odnosi się wrażenie, iż wymaga jeszcze kilka zabiegów. Wyczuwa się wyjątkową atmosferę tego miejsca. A jeśli jeszcze ma się świadomość, że w tym właśnie domu przyszedł na świat 15 stycznia 1869 roku inny wybitny polski artysta, także związany z Krakowem - Stanisław Wyspiański - to sytuacja staje sie szczególna. Dodam ponadto, że Mehoffer urodził się w tym samym roku, co autor "Wesela". Historia zatacza koło...
Przyznam, zazdroszczę, oczywiście życzliwie, Krakowianom, iż mogą tu wejść na szybką kawę i skoncentrować się na swoich problemach, porozmawiać z przyjaciółmi, podelektować się urodą ogrodu.



Po niezłym obiedzie, weszłam do wnętrza domu. Ten niewielki  obiekt należy do świetnie zachowanych, odtwarzających inną epokę, zamiłowania artysty i historię rodziny Mehofferów. Dla mnie największą wartość stanowią prace artysty, które można podziwiać bez pośpiechu, z bliska i z namaszczeniem. Gdybym mogła, swoje mieszkanie ozdobiłabym ulubionymi obrazami czy rzeźbami, nawet z lekką przesadą....Wiem, że wnętrza pokryte od góry do dołu obrazami nie są łatwe w oglądaniu, ale ten sposób pokazywania dzieł bardzo mi odpowiada. 
Mehoffer kupił nieco zniszczony i zdewastowany po poprzednich użytkownikach dom w 1932 roku, znał jego ciekawą przeszłość. Może to nawet ona właśnie przeważyła w podjęciu decyzji w sprawie zakupie nowego lokum.Oczywiście dokonał wielu zmian w układzie poszczególnych pomieszczeń, dostosowując dom do potrzeb swoich bliskich. Zajął się również ogrodem. Niestety wybuch wojny nie pozwolił na dokończenie remontu, do którego powrócił w lepszych czasach. Ze względu na niemożność korzystania ze swojej pracowni na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, budynek na Krupniczej stał się także miejscem jego pracy twórczej.
Na początek klatka schodowa z pięknymi drewnianymi schodami i słynnymi ozdobami w kształcie szyszek, od których wzięła się nazwa Pałac pod Szyszkami.



Z niewielkiego holu na parterze wchodzi się do części reprezentacyjnej domu, który tworzy pokój stołowy, salon i biblioteka. Salon łączy się tarasem prowadzącym do ogrodu. Wnętrza ozdobione są projektami witraży, studiami rysunków i rzecz jasna obrazami Mehoffera.



Na ścianach zauważyć można rysunki, portrety znajomych malarza. Pomieszczenia wzbogacono o meble z epoki, w części podarowane muzeum lub oddane w depozyt przez wnuka artysty Ryszarda Mehoffera. Poniżej wspaniały sekretarzyk.


Nieprawdopodobna wyobraźnia malarza, giętkość i miękkość linii, jakby zapowiedź "Zaczarowanego ogrodu".


Jak wspomniałam ogromną wartością jest kontakt bezpośredni, trochę niemuzealny ( mimo że jesteśmy w muzeum) z twórczością Mehoffera. Kobieta w długiej czarnej sukni to portret  Zofii Minderowej z 1923 roku zatytułowany "Róża Saronu".


Uwielbiam autoportrety artystów. Odzwierciedlają postrzeganie samego siebie, poprzez swoje widzenie świata i otaczającej rzeczywistości, poprzez doświadczenia. Czasami bardzo realistyczne, niekiedy z poczuciem humoru, inne z próbą zapisu własnego wnętrza. Utrwalenie siebie samego. Takie artystyczne "selfie" lub rodzaj pamiętnika.
Poniżej jeden z wielu autoportretów Mehoffera.


Poniżej natomiast obraz zatytułowany "Czerwona parasolka" z 1917 roku ("Red Umbrella"), pasujący do letniej atmosfery  ogrodu.




Salon - to serce domu, miejsce reprezentacyjne. To tutaj spotykali się Mehofferowie ze znajomymi i przyjaciółmi. Tutaj kwitło życie towarzyskie. Rozmowom, pewnie także o sztuce towarzyszyła muzyka. Stąd fortepian, na którym grali także goście, ale również zapraszani artyści. Inicjatorką wielu spotkań była żona malarza - Jadwiga z Janakowskich, kobieta wykształcona o artystycznej duszy. Na piętrze domu, w pomieszczeniach prywatnych, można zobaczyć kilka obrazów jej autorstwa. Nie mam wątpliwości, że wpływała na urządzanie wnętrz krakowskiego domu Mehofferów.
Na ścianie, przy której stoi fortepian, rozwieszono charakterystyczną tkaninę, wykorzystywaną w niektórych dziełach Mehoffera. Materiał pochodzący z XVIII wieku, zwany "chinoisene" stanowi istotną ozdobę salonu. Na instrumencie natomiast usytuowana jest rzeźba Ksawerego Dunikowskiego  z 1900, odzwierciedlająca głowę mężczyzny.

Na piętrze wartym zauważenia jest pokój urządzony w stylu japońskim, z wieloma grafikami, dość wiernie odtworzony przez konserwatorów. Mehoffer zgromadził ich ponad pięćdziesiąt. Grafiki stanowią wyjątkową ozdobę pokoju, chociaż niełatwo się je ogląda, ze względu na słabą dostępność do wnętrza. Zachowano także charakterystyczny kolor ścian tego pomieszczenia, na zdjęciach widoczny jako czerwony, ale w rzeczywistości to odcień wina.




Moją uwagę zwrócił znakomity obraz 1904 roku pt."Portret żony" ( na letnim mieszkaniu) utrzymany  w pięknej, stonowanej kolorystyce. Mehoffer poświęcił żonie wiele rysunków i obrazów, portretował ją w rozmaitych sytuacjach. Przez te dzieła wyczuwa się uczucia artysty, zachwyt małżonką i jej niepodważalnym gustem.


Często zastanawia mnie fakt, że nasi polscy, doskonali artyści z przełomu XIX/XX wieku ( chociaż nie tylko) należą do tak słabo rozpoznawalnych za granicą.W pewien sposób mnie to boli. Do nich należy także Józef Mehoffer mimo oczywiście wielu dzieł rozproszonych po Europie, a zasługują na zdecydowanie większe zainteresowanie i uwagę. Niewątpliwie taką okazją są wystawy (w kraju i poza Polską) ich twórczości  i wydarzenia im towarzyszące. Ale to my - Polacy- musimy zabiegać o to, by inicjować tego rodzaju projekty czy eventy. Słuszność tej drogi udowodniła wystawa obrazów Andrzeja Wróblewskiego zorganizowana w Warszawie, a następnie w Madrycie. W Hiszpanii obejrzało ją ponad sto trzydzieści tysięcy widzów. To ogromny sukces organizatorów. Kto o tym wie?
Przed wejściem do muzeum można zobaczyć plakaty z wystaw Mehoffera. 







Mehoffer - to malarz, ciągle mnie fascynujący, coraz mocniej. Tym bardziej ucieszyła mnie wizyta w jego domu.
A obiad w ogrodzie artysty będę długo pamiętać...



piątek, 12 sierpnia 2016

Sztuka miłości i prawdy, czyli Marc Chagall wśród mistrzów Awangardy we Wrocławiu (post_73), Marc Chagall, wystawa, Pałac Królewski we Wrocławiu,Wrocław, Polska, malarstwo, akwarela, sztuka rosyjska


Wystawa, na którą dzisiaj Was zapraszam, została zatytułowana "Marc Chagall i artyści europejskiej awangardy". Nazwisko artysty stało się oczywiście magnesem przyciągającym widzów. Chagall należy przecież do niezmiennie popularnych  i  podziwianych twórców, wręcz uwielbianych. Dlatego też każda wystawa jego dzieł wywołuje poruszenie oraz ogromne zainteresowanie odbiorców. O jednej z nich pokazywanej w Rzymie pisałam w jednym z postów http://rennewmuzeum.blogspot.com/2015/05/marc-chagall-w-chiostro-del-bramante.html. Do dzisiaj wspominam ten epizod mego życia ze wzruszeniem i tkliwością. 

Pałac Królewski we Wrocławiu stał się obiektem, w którym w ramach Europejskiej Stolicy Kultury, sprowadzono z odległego Muzeum Marca Chagalla w Witebsku (na Białorusi) www.chagal-vitebsk.com/node/159 , 16 litografii artysty i 43 litografie innych, nie mniej istotnych i wspaniałych malarzy. To pierwsza ekspozycja witebskiej kolekcji w Polsce, dlatego według mnie, tak ważna i "obowiązkowa" dla wszystkich miłośników sztuki. 
Muzeum w Witebsku powstałe w roku 1997, a więc stosunkowo niedawno, zgromadziło niezwykle ciekawy zbiór 300 litografii Marca Chagalla oraz 200 litografii wybitnych przedstawicieli awangardy przełomu XIX/XX wieku. Zastanawiające dla mnie było pochodzenie tej wyjątkowej kolekcji. Okazało się, że są to dary wielu kolekcjonerów. Wystawa trwa tylko do końca sierpnia, więc kto chciałby pojechać do Wrocławia, niech to uczyni w najbliższym czasie.


Skąd wziął się fenomen sztuki Marca Chagalla?
Myślę, że wynika z autentyczności, z afirmacji życia,  z niepowtarzalnej siły i energii artysty oraz jego wieloletniej determinacji w utrwalaniu świata utraconego dzieciństwa. On zresztą sam stwierdził " Wszystko można zmienić w życiu i w Sztuce i wszystko się przeistoczy, gdy pozbędziemy się wstydu wypowiadając słowo Miłość (...). W nim jest sztuka prawdziwa: oto cały mój warsztat i cała moja religia."
Chagall wierzył w prawdziwą miłość do świata, krajów, kultur, ludzi  i  oczywiście kobiet, które napotkał na swej drodze. Miłość go uskrzydlała, nadawała sens istnieniu, motywowała do działania. I tę wzniosłość przelewał na swe obrazy, stąd tyle unoszących się postaci ponad ziemią. Stamtąd widać przecież zdecydowanie lepiej i piękniej. Miłość otwiera człowieka na otoczenie, ułatwia życie i daje poczucie wspólnoty, bycia razem. Miłość nie pozwala nigdy czuć się samotnym. Chagall  doczekał prawie stu lat, oddając się całkowicie swej twórczości. Wystarczy pooglądać zdjęcia Chagalla w podeszłym wieku, szczególnie przyjrzeć się jego oczom, gorejącym żywotnością, aby przekonać się o prawdziwości przytaczanych myśli.




Litografie artysty, choć należą do mniejszych form artystycznego wyrażania, stanowią wyjątkowe uzupełnienie jego malarstwa. To zapisy jego wielu, niezliczonych wspomnień i skojarzeń. Dotyczą przede wszystkim jego dzieciństwa przeżytego w maleńkim , prowincjonalnym, choć wielokulturowym, wieloreligijnym Witebsku, co ciekawe nigdy przez niego nie odwiedzonym po latach, mimo takiej możliwości. Każdy z nas ma zachowany w pamięci swój odrębny świat utraconego dzieciństwa. Świat, w którym nie do końca odróżniamy prawdę od wrażenia czy zmyślenia. To obrazy miejsc, przedmiotów, zwierząt i oczywiście ludzi, z którymi zetknął nas los. Nasza pamięć bogata jest czasami w dziwne rzeczy. Nie potrafimy wyjaśnić, dlaczego akurat coś szczególnie utkwiło w naszej pamięci. Przeszłość dzieciństwa wyświetla się także w naszych snach. O tym opowiada Chagall w swoich pracach. Sam mówi "Nie nazywajcie mnie fantastą! Wręcz przeciwnie, jestem realistą. Kocham świat."


Powyżej litografia, która zwróciła moją uwagę pt."Natchnienie" z wyciszoną kolorystyką i tą wyjątkową "miękkością" postaci, tak charakterystyczną dla artysty. Twórca pochylony nad obrazem z paletą farb, z rękoma złożonymi pokornie na piersiach, wpatruje się w dzieło. Nad nim delikatna, unosząca się postać, a jednocześnie prawie wtopiona w jego ciało. To natchnienie? Bliskie, tak mocno, że czuje się jego oddech.
W litografiach artysty zauważa się wpływy wielu ówczesnych, awangardowych kierunków w sztuce: fowizmu, kubizmu czy symbolizmu, choć Chagall nie lubił, gdy go próbowano przyporządkować do któregoś z nich. Podobają mi się określenia twórczości Chagalla mianem "sztuki w kawałkach" czy "malowaną poezją". To obrazuje wieloznaczność jego malarskich wizji, tajemniczość i niedookreślenie. W tym tkwi również fenomen jego spuścizny.



Poniżej kolorowa litografia Chagalla, będąca symbolem wrocławskiej wystawy. To dzieło z 1969 roku pt. " XXe siecle. Hommage a Marc Chagall".


Spotkanie z Chagallem jest zawsze ekscytujące, ale wystawa daje możliwość kontaktu także z innymi znakomitymi i wybitnymi artystami, jak Fernand Leger, Henri Matisse, Georges Brague, Joan Miro czy Salvador Dali. Każdy z nich to osobowość i legendarne dzieła, odrębna stylistyka. Każdy wymagałby osobnego potraktowania. Dla mnie wszyscy ci artyści są równoważnymi bohaterami wrocławskiej ekspozycji. Oglądam ich prace ze wzruszeniem i podekscytowaniem. Tak rzadko mogę oglądać dzieła tych twórców w polskich muzeach. Tym bardziej doceniam pomysł i wysiłek kuratorów aktualnej wystawy w Pałacu Królewskim, wspominając jednocześnie znakomite wydarzenie, jakim było zgromadzenie dzieł kilku pokoleń rodziny Brueglów.
Ale wróćmy do awangardzistów. Przyjrzyjmy się ich kolorowym litografiom, tak świetnie odzwierciedlających stylistykę poszczególnych malarzy. Rozpoznamy ich bez trudu, nawet bez podpisów.
To oczywiście Fernand Leger z masywnością postaci i rygorystyką kolorów.






Georges Braque w kolorowej litografii z 1949 roku.


Któż nie rozpozna słynnego Joan Miro i niezwykłych bohaterów barwnego świata jego obrazów?








No i uwielbiany przeze mnie osobiście Henri Matisse. W wyjątkowy sposób portretował kobiece ciało, czasami kilkoma kreskami. 
Z zawodu prawnik, z wyglądu prawnik i urzędnik, nienagannie ubrany i z taką nieprawdopodobną odwagą kolorystyczną i egzotyką, z nieograniczoną artystyczną wyobraźnią.
 







Lubię niespodzianki i nowych, nieznanych mi artystów. W tym przypadku to Alexander Calder ( 1898 - 1976), amerykański abstrakcjonista, przedstawiciel sztuki kinetycznej.
Ciągle się uczę, poznaję coś nowego, poszukuję i odkrywam. Przypominam sobie słowa Chagalla "Żadna akademia nie dałaby mi tyle, ile odkryłem w Paryżu sycąc się wystawami sztuki, wystawami sklepowymi i muzeami". Mnie to też dotyczy w jakimś sensie. Moja pasja wędrowania po muzeach czy innych artystycznych przestrzeniach, spotkania i rozmowy z napotykanymi ludźmi, sprzyja mojemu rozwojowi postrzegania sztuki, wzbogaca mnie jako człowieka.




Na zakończenie wybitny Salvador Dali w litografii pt."Miasteczko paranoika" z 1931 roku ( własność prywatna). Niestety warunki ekspozycji tej pracy nie są najlepsze, gdyż umieszczono ją w sali, w której wyświetlano film o Chagallu. Brak możliwości skupienia i spokojnego oglądania znakomitego dzieła nieco mnie irytowało, ale cóż...
Hiszpański artysta to doskonały rysownik, szczegółowy i drobiazgowy. Litografia wpisuje się w świat ludzkiej samotności i pustki,  rozpadania się rzeczywistości, jakiejś nadchodzącej zagłady...


Kolejna wystawa za mną. Czuję satysfakcję i zadowolenie, a jednocześnie lekki żal, że coś się skończyło. 
Na szczęście kolejne wystawy czekają. Tym razem może w Krakowie?

niedziela, 31 lipca 2016

"Mistrzowie na prowincji", czyli scuola bresciana (post_72), wystawa, Muzeum Narodowe w Poznaniu, Poznań, Polska, sztuka włoska, malarstwo


"Brescia. Renesans na północy Włoch Moretto-Savoldo-Moroni. Rafael-Tycjan-Lotto" to wystawa, na którą z niecierpliwością czekałam od kilku miesięcy. Nie jest jednak rzeczą prostą wyrwać się z codzienności i wyruszyć do stolicy, ale dla chcącego, nie ma spraw niemożliwych. Wystarczy wstać dość wcześnie rano w sobotę i wsiąść do pociągu.
Tak uczyniłam tydzień temu i mogłam mieć przyjemność kolejnego kontaktu z włoskim malarstwem, do którego, jak wiecie mam szczególną słabość. Poza tym krótka wyprawa do Warszawy i tak jest zdecydowanie prostsza w organizacji niż podróż do Włoch, więc nie mogło mnie zabraknąć na tym wydarzeniu.
Wystawę otwiera obraz Rafaela z lat 1505-1506, zatytułowany "Błogosławiony", który pokazuję na wstępie. To było dość zaskakujące, nieoczekiwane od razu, aby wejść do sali i zetknąć się nagle z dziełem geniusza renesansu! Obraz wprawdzie niewielkich wymiarów, ale uderzający oczywistą doskonałością i mistrzostwem kompozycji. Nagi Chrystus, o łagodnym i wyciszonym spojrzeniu, okryty jedynie czerwonym płaszczem, wskazuje palcem niebo, kierunek ludzkiej egzystencji. Widz otrzymuje nader przejrzysty i konkretny przekaz, wskazówkę, jak żyć i dokąd zmierzać. Siła i moc Chrystusowych oczu, nie pozwala mieć żadnych wątpliwości celu wyznaczonego przez Stwórcę. Majstersztyk! Takie proste i złożone zarazem.
Obraz Rafaela nie działającego na Północy Włoch, stanowi punkt odniesienia dla twórczości artystów związanych z rejonem Brescii, soczewką, od której mogli się odbić.
Na warszawskiej wystawie mamy szansę podziwiania jeszcze jednego obrazu Rafaela pt."Madonna z dzieciątkiem" z lat 1520-30, będącego wersją tego samego motywu w dziele aktualnie eksponowanym w National Gallery w Londynie.


           Rafael, The Virgin and Child, 1520-230 (Pinacoteca Tosio Martinengo, Brescia)

Przykłady malarstwa włoskiego pochodzą ze zbiorów znakomitej Pinacoteca Tosio Martinengo w Brescia http://www.bresciamusei.com/detgal.asp?n=25&num=8&t=Pinacoteca+Tosio+Martinengo czy Accademia Carrara w Bergamo  http://www.lacarrara.it/, jak również z kolekcji polskich muzeów, które są w posiadaniu pereł renesansowego malarstwa, o czym czasami zapominamy.

Jak zawsze przeżyciem jest dla mnie ujrzenie nieznanego mi obrazu "Matki Boskiej z dzieciątkiem" Giovanniego Belliniego ( 1426?-1516). Tym razem Madonna ubrana w czerwoną suknię ze złożonymi rękoma, pochłonięta modlitwą obserwuje śpiącego małego Jezusa. Z obrazu emanuje cisza i spokój.
Giovanni Bellini, The Virgin and Child, ca. 1470-75 (Fondazione Luciano e Agnese Sorlini Carzago di Calvagese della Riviera)

Kolejnym zaskakującym dziełem jest "Immaculata i Bóg Ojciec" autorstwa Luca Mombello (1518?-1596?). Nie spotkałam się do tej pory z kompozycją ukazującą postać Boga Ojca i Madonny z Dzieciątkiem. Bóg Ojciec w koronie, odziany w bogatą, wytworną szatę, trzymający berło wskazuje palcem na małego Jezusa, jakby chciał powiedzieć "To mój Syn, jemu zawierzcie". Bohaterowie obrazu ukazani zostali na tle nader skomplikowanego krajobrazu, pełnego szczegółów i motywów, zarówno roślinnych, jak i zwierzęcych, także architektonicznych. Ujawnia się niepowtarzalny styl artysty, krytykowanego przez jemu współczesnych za tzw. lęk przed pustką, czyli "horror vakui". Na uwagę zasługuje przepiękna kolorystyka obrazu.


A oto już inny artysta - Lorenzo Lotto (1480?-1557?) w niezwykłej kompozycji "Adoracja Dzieciątka". Uczeń Alvisa Vivariniego, tworzący pod wpływem Belliniego, Correggia czy Rafaela - zapomniany przez prawie trzysta lat i na nowo odkryty w XIX wieku. Na szczęście. To malarz doskonały technicznie i kompozycyjnie, ekspresyjny, wyrazisty. Zauważa się pewną refleksyjność i niepokój w jego stylu, ciągłe poszukiwanie. Może to skutek częstej zmiany miejsc życia i twórczości.
Poniżej scena adoracji przez Marię i Józefa, chroniącego małego Chrystusa, świadomych jego boskości i wyjątkowości.

       Lorenzo Lotto, Adoration of the Child, 1507-1508 (The National Museum in Krakow)

Malarstwo Brescii powstawało w obszarze zderzenia wpływów kultury ekspansywnej potężnej  Wenecji, poszerzającej swe granice aż do Brescii, Bergamo i Cremony oraz oddziaływania Mediolanu i Lombardii z geniuszem Leonarda da Vinci na czele. Artyści czerpali inspiracje ze wszystkich stron, tworc  odrębność reprezentowanego regionu, wyrażaną w swoistym wyrażaniu wierności rzeczywistości oraz doskonałym malarstwie portretowym. I to Brescia stała się swoistym centrum rozwoju sztuki, na tyle istotnym, iż znawcy, w tym Roberto Longhi zaczęli posługiwać się pojęciem "scuola bresciana". Artyści reprezentujący tę grupę to Savoldo, Romanino, Moroni czy Moretto.
Dla mnie odkryciem jest pochodzący i działający w Brescii i okolicach niezmiernie interesujący i intrygujący Alessandro Bonvicino zwany Moretto  (ca.1498-1554). Malarz, prawdopodobnie uczeń Tycjana, pod wpływem szkoły weneckiej, ale także lombardzkiej, wyróżnia się doskonałą techniką i świeżością w tworzeniu sztuki religijnej. 
Do wyjątkowych dzieł można zaliczyć obraz, pokazywany poniżej, zatytułowany "Chrystus z narzędziami męki i aniołem" z 1550 roku. Uderza  w nim postać siedzącego na schodach, zbolałego Chrystusa z przechyloną w dól głową. Spogląda na leżący u jego stóp krzyż. Adoruje go, kontempluje. Jest poza rzeczywistością, czuje ciężar tego, co się już wydarzyło. Czuję dyskomfort, niezręczność, jakbym podglądała czyjeś cierpienie. Anioł patrzy również w stronę krzyża, czuwa przy Chrystusie z szatą w rękach, jakbym chciał go otulić, dać poczucie bezpieczeństwa i pewności. Jest możliwie najbliżej. 
Przejmujący obraz, wzbudzający emocje, zmuszający do refleksji i przemyśleń. 


Moretto podjął także fascynujący artystów motyw zwiastowania w obrazie z 1535 roku. Od razu uderza piękna, ciepła kolorystyka. Anioł z lilią w dłoni, z podniesioną reką wyznaje Maryi swą misję. Ona z ręką na piersiach, przyjmuje Boże przesłanie z pokorą i namaszczeniem. Nad obojgiem unosi się obłok z symbolem Ducha Świętego. Za oknem, w tle dostrzegamy krajobraz charakterystyczny dla regionu środkowych Włoch.


Nie byłam zaskoczona widokiem obrazu, który doskonale znam i jest mi wyjątkowy bliski. To "Gra w szachy" autorstwa niezwykłej malarki Sofonisby Anguissola (1532-1625), dzieło na co dzień zdobiące galerię malarstwa w Muzeum Narodowym w Poznaniu, systematycznie wypożyczane na polskie i europejskie wystawy. Spodziewałam się więc zobaczyć ten obraz na wystawie, także tutaj. Przyznam jednak, że kuratorzy tak doskonale wyeksponowali dzieło,  iż wydało mi się jeszcze ciekawsze niż zazwyczaj.


Wielką radością było dla mnie zobaczenie innych obrazów tej autorki, oczywiście portretów, szczególnie "Autoportretu przy sztaludze" pochodzącego z 1556 roku ( Muzeum w Zamku w Łańcucie). To znakomite płótno odzwierciedla nam młodą, wyważoną malarkę przy pracy. Skupiona, skoncentrowana, pewnie, ale bez zarozumiałości, spogląda na widza mówiąc mu, że pokonuje tyle trudności jako kobieta, by móc zajmować się malarstwem. W ówczesnych czasach niewiele kobiet malowało i osiągało jednocześnie sukcesy. O tym należy zawsze pamiętać.


Giovanni Battista Moroni (1520?-1578) to artysta, który zwrócił już moją uwagę w Pinacoteca di Brera w Mediolanie jako bardzo dobry portrecista. Na wystawie przekonałam się jednak, że to zbyt skromne określenie. Moroni należy do doskonałych i wyjątkowych autorów portretów. Jego talent i umiejętności dostrzegł nawet sam Tycjan i jak podają źródła "podrzucał" mu klientów, nie mogąc zrealizować zamówień. Moroni portretował głównie mężczyzn, zwykle w pozycji stojącej do kolan, wydobywając wnikliwie osobowość, ale również odzwierciedlić to, czym się zajmują. Dostrzegał na swoich portretach nie tylko ludzi wysoko urodzonych, zajmujących istotną pozycję w społeczeństwie, ale także wykonujących zwykłe czynności, np. krawiectwo. Jego "Portret krawca" to dzieło wybitne i wyjątkowe, które współcześnie można podziwiać w londyńskiej National Gallery. U "takiego" krawca każdy z nas pragnąłby uszyć sobie ubranie. Z malowaniem kobiet nie szło mu już tak dobrze. Jego bohaterowie patrzą wprost na widza, może z lekką nieśmiałością, ale jednocześnie zachętą. Niewątpliwie skupiają na sobie uwagę. Poniżej przedstawiam dwa portrety prezentowane na wystawie.

Giovanni Battista Moroni, Portrait of Gian Gerolamo Grumelli, 1560 ( Lucretio Moroni Collection, Fondazione Museo di Palazzo Moroni, Bergamo)

Giovanni Battista Moroni, Portrait of a Gentleman, 1560 ( Pinacoteca Tosio Martinengo, Brescia)

Na wystawie w Muzeum Narodowym w Warszawie można także zetknąć się z obrazami reprezentującymi styl kultury  "villeggiatury", rozwijanej szczególnie w posiadłościach i wiejskich rezydencjach. Wyznaczył on również motywy dla artystycznych wyobrażeń w malarstwie. Należały do nich idylliczne światy wypełnione rajskimi krajobrazami szczęśliwości i radości życia. Królowała w nich bogini miłości Wenus, oczywiście ujawniająca i  podkreślająca piękno swego nagiego ciała. Nie można zapomnieć, że nagość fascynowała i inspirowała renesansowych twórców, na czele z Michałem Aniołem. Mam w pamięci scenę z życia Buonarotiego, kiedy pokazuje wreszcie zniecierpliwionemu papieżowi swoją wizję Sądu Ostatecznego w Kaplicy Sykstyńskiej, a ten widzi 340 nagich postaci z pozbawionym szat Jezusem Chrystusem w centralnej części fresku !!! Wyobrażacie to sobie?
Wracam jednak do obrazów z urokliwą i  wyidealizowaną Wenus mającą jednocześnie symbolizować uporządkowanie i harmonię, a z drugiej strony zmysłowość, będące podstawą udanego związku małżeńskiego. Takie płótna stanowiły często wyposażenie sypialni małżonków. Jak połączyć te pozornie sprzeczne oczekiwania? Czy artystom się to udało?

Paris Bordone (1500-1571), Venus and Cupid, 1530 (The National Museum in Warsaw)

Alessandro Bonvicino known as Moretto, ca.1548-1550 ( privata collection, Brescia)

Obrazem wprowadzającym w wystawę jest obraz boskiego Rafaela "Błogosławiony", wprost przenoszące do czasów włoskiego renensansu.
Natomiast na dzieło wieńczące ekspozycję, kuratorzy wybrali płótno Dosso Dossiego (1490-1542) zatytułowane "Jupiter Painting Butterflies, Mercury and Virtue" z 1524 roku.
Przyznam - wybór doskonały, dzieło znakomite, pozostawiające widza z wieloma pytaniami, refleksjami, może wątpliwościami. 
Oto Jowisz staje się malarzem skupionym, skoncentrowanym na pracy przy obrazie. Co takiego go fascynuje, pogrąża w myślach, odrywa od otaczającej rzeczywistości? To motyle...Jowisz maluje motyle. Czy to właściwy, odpowiedni temat? Czy warto mu poświęcać swą energię i czas? Czy malarz powinien być ograniczony problemami, które chce poruszyć? Czy sztuka powinna podlegać jakimkolwiek ograniczeniom?  Dossi w symboliczny sposób podkreśla wartość profesji, którą reprezentuje, wskazując, że malarz, artysta musi być wolny, aby mógł wyrazić pełnię swego kunsztu i mądrości, pełnię siebie.Tylko sztuka pozbawiona granic może spełnić swą misję. Artysta nierzadko pochłonięty pracą, nie do końca interesuje się codziennością, co może utrudniać funkcjonowanie w otoczeniu. Pojawia się nader wiele znaków zapytania i z tymi wątpliwościami zostajemy...


Wystawa trwa jeszcze do 28 sierpnia. Nie pozbawcie się przyjemności obcowania z tak interesującymi dziełami, ale oczywiście wybór należy do Was.
Zapewniam - każdy znajdzie tu obraz dla siebie, z którym wróci do swojego świata.