Trudno rozstać się z Florencją, miastem sztuki przez wielkie S, czasami nawet "przytłaczającym" swym artystycznym i kulturowym bogactwem. Ale mimo moich ostatnich delikatnych rozczarowań związanych z inną miłością stolicy Toskanii - shoppingiem - wszechobecnym i ogarniającym przybysza, wracam myślami do Florencji niezwykle często.
sobota, 25 marca 2017
wtorek, 14 marca 2017
Las Meninas, czyli obsesja Jerzego Piotrowicza (post_87), Jerzy Piotrowicz, wystawa, Muzeum Narodowe w Poznaniu, Poznań, Polska, malarstwo
Jerzy Piotrowicz ( 1943-1999) i wystawa prezentowana w Muzeum Narodowym w Poznaniu zatytułowana "Piotrowicz i goście" zachwyciła mnie od razu. Weszłam bardzo szybko w część świata stworzonego przez artystę, świata pełnego powtarzających się elementów, w pewnym sensie nawet obsesji. Zawsze doceniam ten wyjątkowy rodzaj dialogu, artystycznej rozmowy pomiędzy twórcami, epokami czy motywami. My odbiorcy jesteśmy świadkami ponadkulturowego porozumiewania się twórców, wchodzimy w ich wrażliwość i doświadczenia, w ich wewnętrzne emocje. Z artystycznej fascynacji sztuką, ich symboliką rodzą się inne dzieła przynoszące nowe znaczenia i doznania...
Stale to powtarzam, nie mówiąc nic nowego, ale wartego podkreślenia, że sztuka jest dla mnie rodzajem przeżywania, widzenia rzeczywistości, przetwarzania jej przez indywidualne emocje i reakcje na otaczający nas świat. Także sposobem na życie, na rozwijanie wrażliwości i ciekawości, odpowiedzią na nurtujące, czasami trudne pytania.
Do jakiego świata zaprasza nas Jerzy Piotrowicz? Niewątpliwie w atmosferę przeszłości, świata obrazów wielkich mistrzów, którymi się fascynował. Obraz, który był mu szczególnie bliski, który go intrygował i wyraźnie fascynował to dzieło Diego Velazqueza "Las Meninas", czyli "Panny dworskie". Powiedziałabym, że przetwarzał to dzieło obsesyjnie, wręcz taśmowo. Infantki Piotrowicza spoglądają na nas z bardzo wielu obrazów. Sam artysta mówił, że obrazy "wypełniają jego życie", że jak malował infantki, to "na całość, na zatracenie" aż do unicestwienia. Oddawał się całkowicie malarstwu. W ten sposób rozumiał swą misję. Dla niego prawdziwe tworzenie, malowanie prowadziło do "wewnętrznego spalenia". Pragnął żyć pośród swoich obrazów, razem z nimi. Dlatego też obsesyjnie przetwarzał intrygujące go motywy, w tym także motyw hiszpańskiej infantki.
Warto choć na chwilę przypomnieć oryginał Velazqueza, który stanowi odniesienie dla licznych interpretacji poznańskiego malarza.
To jedno z najbardziej rozpoznawalnych dzieł sztuki, uznawane za arcydzieło zarówno przez znawców, jak i artystów. Jednocześnie jedno z najbardziej niejednoznacznych obrazów, poddawany różnorodnym interpretacjom. Z pozoru mamy zwykłą scenę rodzajową z życia kilkuletniej infantki Małgorzaty Teresy, będącej córką króla Filipa IV i jego żony Marianny. Dziewczynka odziana w wyjątkowo uroczysty, pełen przepychu strój, charakterystyczną dla tej epoki suknię, usytuowana została w centralnej części obrazu. Wokół niej skupieni są liczni dworzanie. Ale tę pozorna równowagę burzy postać malarza stojącego na wprost swego dzieła, postaci rodziców infantki ukazani w odbiciu lustra czy dworzanin rozchylający kotarę w drzwiach, jakby oczekujący na przyjście tajemniczego gościa. Intrygująca jest również sceneria galerii obrazów licznie wiszących na ścianach. Żadna z postaci nie jest jednoznaczna, każda odgrywa swoistą rolę i opowiada indywidualną historię pełną wielu niedomówień.
Oczywiście w pierwszej chwili myślimy o tym, że Velazquez pokazuje majestat władców i ich córki, ich pozycję i znaczenie. Ale nasze myśli są zdekoncentrowane przez postać pewnego siebie, swojej wartości malarza wpatrzonego w swe tajemnicze dzieło. Czy maluje infantkę? Co tak naprawdę jest na obrazie? O czym tak intensywnie myśli? A może Velazquez przedstawia wpatrzonych w córkę rodziców przyglądających się z boku jej życiu, osobistej przyszłości i przyszłości Hiszpanii? A może bohaterem tego arcydzieła jest wszechobecna sztuka, malarstwo? Scena rozgrywa się w galerii obrazów, mamy postać malarza wraz z atrybutami, dokumentowany jest proces twórczy wraz z obrazem, niewidocznym dla widza.
Co natomiast czyni Jerzy Piotrowicz z dziełem Velazqueza? Przejmuje postać infantki będącej centralnym motywem transpozycji Jerzego Piotrowicza. Postać, która pojawia się na wszystkich obrazach z tej serii, młodsza, ale też nieco starsza od pierwotnej, pokazana jako kobieta dojrzała. Artysta podkreśla jej tak charakterystyczną suknię, pokazywaną w najrozmaitszych konfiguracjach. Natomiast nie zawsze odtwarza wszystkich bohaterów dzieła Velazqueza. Powiem więcej wprowadza nowych bohaterów usytuowanych w tworzonych przez artystę układach i rolach.
Oczywiście w pierwszej chwili myślimy o tym, że Velazquez pokazuje majestat władców i ich córki, ich pozycję i znaczenie. Ale nasze myśli są zdekoncentrowane przez postać pewnego siebie, swojej wartości malarza wpatrzonego w swe tajemnicze dzieło. Czy maluje infantkę? Co tak naprawdę jest na obrazie? O czym tak intensywnie myśli? A może Velazquez przedstawia wpatrzonych w córkę rodziców przyglądających się z boku jej życiu, osobistej przyszłości i przyszłości Hiszpanii? A może bohaterem tego arcydzieła jest wszechobecna sztuka, malarstwo? Scena rozgrywa się w galerii obrazów, mamy postać malarza wraz z atrybutami, dokumentowany jest proces twórczy wraz z obrazem, niewidocznym dla widza.
Co natomiast czyni Jerzy Piotrowicz z dziełem Velazqueza? Przejmuje postać infantki będącej centralnym motywem transpozycji Jerzego Piotrowicza. Postać, która pojawia się na wszystkich obrazach z tej serii, młodsza, ale też nieco starsza od pierwotnej, pokazana jako kobieta dojrzała. Artysta podkreśla jej tak charakterystyczną suknię, pokazywaną w najrozmaitszych konfiguracjach. Natomiast nie zawsze odtwarza wszystkich bohaterów dzieła Velazqueza. Powiem więcej wprowadza nowych bohaterów usytuowanych w tworzonych przez artystę układach i rolach.

Na obrazach powyżej, infantka z wydatnie rudymi, prawie pomarańczowymi włosami stoi przy stole pośród towarzyszących jej mężczyzn. Mnie wręcz kojarzy się z układem ostatniej wieczerzy z charakterystycznymi elementami jak kielich i wino.
Z kolei na innym obrazie mamy zachowany układ postaci, jednakże rozmytych, niewyraźnych, jakby tylko zarysowanych wraz z odbiciem w lustrze czy postacią kamerdynera w drzwiach.
Ten sam układ, ale pozbawiony charakterystycznej kolorystyki, będący jakby odbitką obrazu, pewnego rodzaju negatywem dworskiej fotografii.
Tutaj z kolei Piotrowicz koncentruje się tylko na infantce. Jej postać z charakterystyczną, w ostrej tonacji sukni wypełnia cały obraz. Nie ma miejsca na pozostałe postaci. Rudo-pomarańczowe włosy bohaterki wprowadzają ruch i ekspresję a jednocześnie skupiają na sobie uwagę.
Na kolejnym obrazie towarzyszem infantki jest postać śmierci w kapeluszu. To przypominająca ślubną, fotografia. A może zapowiedź szybkiego odejścia infantki Małgorzaty z ziemskiego padołu? Trochę kojarzy mi się ze stylem Marca Chagalla, choć postaci Piotrowicza są mocniejsze, jakby cięższe, bliższe ziemi. Brakuje charakterystycznej dla Chagalla lekkości, motywu unoszenia się, ale kolorystyka jest bardzo zbliżona chagallowskiej.
Oczywiście nie może zabraknąć motywu byka, walki z tymi zwierzętami. Sceneria tego obrazu przypomina arenę, na której rozgrywają się walki byków . Infantka umiejscowiona jest w centrum rozgrywającej się na oczach publiczności walki człowieka ze zwierzęciem.
Piotrowicz ciągle poszukuje nowych układów z infantką, wprowadza charakterystyczną suknię, ale wzbogaca ją w poprzeczne pasy. Pojawiają się liczne postaci, także zwierząt,otaczające infantkę. Obrazy przypominają rodzinne fotografie, z których spoglądają ich bohaterowie w dość sztucznych pozach.
Na koniec warto zwrócić uwagę na obraz przedstawiający infantkę malowaną przez małpę. W dosadny sposób, wręcz nachalnie Piotrowicz przyrównuje malarza, artystę do małpy. Dlaczego? Czy to jego interpretacja roli malarza - bezmyślnego naśladowcy rzeczywistości?
Czy jednak jej interpretatora?To niezmiernie ciekawe spojrzenie na sam proces twórczy , który Piotrowicz próbuje utrwalić w swoich dziełach. Odsłania nam warsztat artystyczny i odkrywa częściowo tajemnice tworzenia.
Oczywiście moje dzisiejsze refleksje skoncentrowane są na wybranym motywie w twórczości Jerzego Piotrowicza. Fascynacji artysty było znacznie więcej. W Muzeum Narodowym można obejrzeć także doskonałe martwe natury, choć dla mnie nie tak intrygujące, jak wszechobecne infantki spoglądające na widzów.
Wystawa trwa zadziwiająco krótko, tylko do 2 kwietnia. Nie warto więc zwlekać, ale po prostu przekroczyć progi poznańskiego muzeum...
Ja natomiast spróbuję odwiedzić pozostałe wystawy w miejskich przestrzeniach przybliżające bogatą twórczość artysty: "Arkę", "Czarne i białe", "Zuzannę" czy Sztandary spektaklowe i inne malarskie realizacje w Teatrze Ósmego Dnia.
wtorek, 7 lutego 2017
"Przebudzenie wiosny" i Anna Berent (post_86), Anna Berent, wystawa, Muzeum Narodowe w Warszawie, Warszawa, Polska, malarstwo
Już dawno żaden obraz nie zrobił na mnie takiego wrażenia, jak "Przebudzenie wiosny" autorstwa Anny Berent. Kiedy zobaczyłam go z daleka, pomyślałam w pierwszej chwili, że Muzeum Narodowe w Warszawie kupiło obraz któregoś z fińskich malarzy z przełomu XIX/ XX wieku. W czasie moich krótkich pobytów w Helsinkach udało mi się zapoznać przynajmniej z częścią fińskiego malarstwa ( tak mało w Polsce znanego), którym zresztą zafascynowana jestem do dzisiaj. Przyszło mi do głowy nawet nazwisko Hugo Simberga. Tym większe zaskoczenie stanowiła dla mnie Anna Berent, mało znana polska malarka. Niewątpliwie kupno trzech obrazów ("Przebudzenie
wiosny", "Pieśń wieczorna" oraz "Scena symboliczna na tle morza") w 2015 roku z prywatnej kolekcji, było doskonałym wyborem władz muzeum.
Dlaczego obraz magnetyzuje swoim przekazem?
Wydaje się na pierwszy rzut oka prosty w odbiorze. Oto na tle surowego, chłodnego, jeszcze zimowego krajobrazu widać cztery ludzkie postaci, pokazane w różnych pozach. Łączy je wspólne skupienie się, a właściwe niecierpliwe, nachalne wpatrywanie się w leżące wątłe ciało młodej dziewczyny. Nagie, zziębnięte i niezbyt urodziwe dziewczę z zamkniętymi oczyma kuli się i drży z zimna. Śnieżna kołdra chroniąca ją do tej pory, zostaje odsłonięta przez bohaterów.
Nie widać tu jednak powabnej, pięknej, pełnej ciepła, energii i kolorów Wiosny. Odczuwamy jedynie chłód i przejmujące zimno. Pojawia się nawet odruch okrycia wychudzonego ciała. Takiej reakcji nie można spodziewać się jednak od tych, którzy zmuszają Wiosnę do przebudzenia.
Oni z utęsknieniem czekają na jej przebudzenie, na nowy czas przynoszący im ulgę w życiu, dający ukojenie i trochę radości, przede wszystkim ciepło i dostatek. Są bezwzględni i brutalni, doświadczeni przez życie. Widać to po spuszczonych oczach i martwym wzroku. Może wypowiadają zaklęcia? Modlitwy?
A wiosna nie jest jeszcze gotowa na przyjście, to jeszcze nie jest jej czas. Ona chce jeszcze spać.
W tle tej sceny artystka umieściła górski krajobraz, wykorzystując do tego chłodne odcienie błękitów. Jedyną nadzieją jest niezmiernie delikatne złotawe niebo. To jedyna nadzieja i światło na tym obrazie, coś czego można się uchwycić i delikatnie ogrzać...
Niezwykła gra kolorów przywodzi mi na myśl jedną cudownych akwareli Emila Nolde, tak niezwykle wykorzystujących paletę granatów i niebieskości także ocieplonych żółcią...
Bez tego nieba, zamarzłabym całkowicie....
Na wprost obrazu znajduje się ławka, siadam. Obok przechodzi grupa dzieci i niektóre z nich zwracają uwagę na jeden z obrazów Anny Berent, ale przewodnik z muzeum nie zatrzymuje się. Trochę szkoda. Ciekawi mnie, jak obraz zinterpretowałyby dzieci ze swoją naturalnością?
Ja - nie mogę oderwać wzroku od tego dzieła.
Czasami w codzienności też tak kurczowo czegoś pragniemy, coś chcemy przyspieszyć, o czymś tak mocno marzymy. Nie patrzymy na skutki, na to co nas otacza, na to czy nasze pragnienia i dobre intencje są okupione czyimś cierpieniem i bólem. Chcemy zmienić na lepsze swoje życie, swój los. I to nasze oczekiwanie jest tak silne jak wzrok zapatrzonych postaci w wychudzone ciało młodziutkiej Wiosny.
Taką ogromną siłę ma ludzka nadzieja, nadzieja na zmiany, na poprawę egzystencji, na ciepło w ludzkiej duszy, na to aby nie czuć się samotnym...
Dlatego tak silne w przekazie jest "Przebudzenie wiosny" Anny Berent.
O samej Annie Berent znalazłam na razie niewiele informacji, oprócz tego, że była córką Polki i Szwajcara. Miała możliwość studiowania malarstwa w Monachium.
Około 1899 roku wyszła za mąż za Stanisława Berenta, brata pisarza
Wacława, autora "Próchna". Mieszkała w różnych miejscach w Polsce i Szwajcarii. Skupiała się na tematach związanych z kwestią przemijania, ulotności życia, także śmierci. Niektórzy badacze kojarzą jej twórczość z malarstwem Ferdynanda Hodlera.
Na pewno przyjrzę się artystce zdecydowanie więcej. Wydaje się być malarką niesłusznie zapomnianą i mało pokazywaną. Dlaczego nie bierzemy przykładu z Finów, którzy tak promują fińskich twórców i fińską sztukę?
Może warto zorganizować jakąś monograficzną wystawę Anny Berent?
Na pewno przyjrzę się artystce zdecydowanie więcej. Wydaje się być malarką niesłusznie zapomnianą i mało pokazywaną. Dlaczego nie bierzemy przykładu z Finów, którzy tak promują fińskich twórców i fińską sztukę?
Może warto zorganizować jakąś monograficzną wystawę Anny Berent?
wtorek, 31 stycznia 2017
Jerzy Kalina i "Przejście" (post_85), Muzeum Narodowe we Wrocławiu, Jerzy Kalina, Wrocława, Polska, sztuka polska,
Pawilon Czterech Kopuł - nowa przestrzeń Muzeum Narodowego we Wrocławiu - to wyjątkowe miejsce eksponowania sztuki współczesnej, które na pewno jeszcze odwiedzę i to może niebawem. Opisywaną z zachwytem przeze mnie przy okazji debiutanckiej wystawę "Letnia rezydencja" wspominam do dzisiaj http://rennewmuzeum.blogspot.com/2016/10/andy-warhol-we-wrocawiu.html
Ale zgromadzone tam dzieła współczesnych polskich artystów zasługują niewątpliwie na szczególne zainteresowanie. Pośród wielu znakomitych eksponatów moją uwagę przykuła instalacja Jerzego Kaliny zatytułowana " Przejście" ( "Passage").
Powstała w 1977 roku kompozycja nosiła pierwotnie tytuł "Pomnik anonimowego przechodnia” i ustawiono ją w Warszawie na skrzyżowaniu ulic Świętokrzyskiej i Mazowieckiej w nocy z 12 na 13 grudnia 1977 r. Dzieło Kaliny miało stać się pretekstem do dyskusji telewizyjnej na temat odbioru sztuki. Moderatorzy rozmowy Zygmunt Kałużyński i Szymon Kobyliński prezentowali przeciwstawne punkty widzenia sztuki współczesnej. Nowatorski pomysł stał się wyjątkowym eventem w 1977 roku. Oto sztuka wyszła do widza, a nie odwrotnie. Prowokowała do przemyśleń, jakiejś refleksji czy wyrażenia swojej opinii. Każdy widział w instalacji co innego, co wypływało z jego wiedzy, emocji i życiowych doświadczeń. Zrealizowało się to, o czym zawsze marzył Igor Mitoraj broniąc dostępu sztuki dla wszystkich, wprowadzania artystycznych dzieł w przestrzeń życia człowieka i w naturę rzeczywistości. Takie eksponowanie dzieł daje szanse każdemu na swobodę interpretacyjną, demokratyzację odbioru. Instalacja trafia jako dar Telewizji Polskiej dla Muzeum Narodowego we Wrocławiu.
Jerzy Kalina w zbiorze 14 postaci wykonanych z gipsu, odzwierciedla przeciętnego człowieka, począwszy od matki z dzieckiem, kobiety z laską, ale także kobiety z zakupami, mężczyzny z
walizką aż do postaci przeciętnych, niczym nie wyróżniających się osób. Niektóre z nich ukazuje w całości, inne tylko w części a niektóre zapadają się w chodniku, zaczynają znikać, zapadają się...Możliwości interpretacyjne nieskończone i na tym polega genialność tej artystycznej kompozycji. Możemy widzieć samotność człowieka idącego w tłumie, zagubionego wśród innych ludzi. Może to symbol natury politycznej, wskazujący na potrzebę zmiany systemu państwa, zejście do działalności "podziemnej". Niektórzy upatrywali w instalacji symbol walczącej Warszawy w czasie powstania warszawskiego, symboliczne zejście do kanałów.
To, co mnie urzeka w takich kompozycjach, to możliwość wejścia w przestrzeń artystyczną, wtopienia się w dzieło, podjęcia się wewnętrznego dialogu. Nie mogłam sobie odmówić w nawiązaniu dialogu z przedstawionymi postaciami. Intuicyjnie ustawiłam się wśród nich. Szarość mojej sukienki (zupełny przypadek!) ułatwiała mi wejście w ten artystyczną rozmowę .Stałam się jednym z przechodniów, uczestników swoistego marszu, przechodzenia czy przejścia na druga stronę, cokolwiek by to nie znaczyło.
Niestety, czego bardzo żałuję, ale nadrobię to następnym razem będąc we Wrocławiu, nie weszłam w dialog z postaciami repliki kompozycji powstałej w 2005 roku i usytuowanej na skrzyżowaniu ul.Świdnickiej i Piłsudskiego. Doskonały pomysł odtworzenia "Przejścia" na ruchliwym, wrocławskim skrzyżowaniu! W pierwszym momencie rzeźby zaskakują, trochę szokują, ale zaciekawiają i wzbudzają emocje. Wywołują właściwy efekt, tworzą atmosferę tego miejsca. Sztuka narzuca się spieszącemu przechodniowi, często zamyślonemu, może zmęczonemu. Rzeźby nie pozostawiają nikogo obojętnym.
Podczas kolejnego spotkania odbiorca zachowuje się już inaczej, czeka na spotkanie z przechodniami Kaliny, chce się zmierzyć ze światem, który go zaczyna intrygować. Zadaje sobie pytania...
Muszę przejść razem z postaciami stworzonymi przez artystę na drugą stronę ulicy. Podejmę dialog z bohaterami instalacji. Zawsze fascynowali mnie ludzie przypadkowi, spieszący się, smutni, zamyśleni albo tajemniczo uśmiechnięci, pewni siebie i zakompleksieni. Próbuję odgadnąć ich myśli i problemy. To fascynujące...
Nie dziwi mnie wcale fakt, że wrocławska instalacja "Przejścia" została dostrzeżona przez media, także zagraniczne, a w 2011 roku trafia
na listę 15 najpiękniejszych miejsc w naszym kraju przygotowanej przez
"Newsweeka". Natomiast amerykański magazyn "Budget Travel" widzi w ulicznej kompozycji Jerzego Kaliny jedno z wyjątkowych miejsc na świecie.
Tak więc oprócz słynnych i wrosłych już w przestrzeń miasta krasnoludków ( których darzę dziecięcą sympatią) nie omińmy dzieła Jerzego Kaliny ani w Pawilonie Czterech Kopuł ani na skrzyżowaniu ulic.
Tak więc oprócz słynnych i wrosłych już w przestrzeń miasta krasnoludków ( których darzę dziecięcą sympatią) nie omińmy dzieła Jerzego Kaliny ani w Pawilonie Czterech Kopuł ani na skrzyżowaniu ulic.
niedziela, 29 stycznia 2017
Donatello, czyli mistrz perspektywy (post_84), Donatello, Florencja, Włochy, rzeźba, sztuka włoska,
Il pulpito della resurrezione di Donatello, czyli ambona Zmatwychwstania mistrza Donatella, znajdująca się z prawej strony nawy Kościoła św. Wawrzyńca we Florencji, to jedna z dwóch ambon rzeźbiarza. Obie znakomite i zachwycające, które czasami omijamy albo poświęcamy im zbyt mało czasu, podziwiając architekturę tego niezwykłego renesansowego kościoła i jego liczne zabytki. Zastanawiacie się pewnie dlaczego wybrałam tylko jedną z nich jako temat dzisiejszego posta. Odpowiedź jest banalna.
Podczas ostatniej mojej wizyty w tym obiekcie, miałam cudowną okazję zobaczenia tej odrestaurowanej ambony z bliska, z odległości kilkudziesięciu centymetrów, oczywiście zza szyby. Zbudowano w tym celu specjalne rusztowanie, umożliwiające bezpośredni kontakt z dziełem, oczywiście za opłatą, symboliczną zresztą. Zwiedzając Florencję należy się przyzwyczaić do faktu, że płaci się praktycznie za wszystko, łącznie z wejściami do niektórych kościołów. To denerwujące, ale musimy mieć na względzie, że utrzymanie tylu zabytkowych miejsc, ich konserwacja jest nader kosztowna. Rozumiem więc Florentczyków, choć mam świadomość także ich swego rodzaju "pazerności".
Podekscytowania i pełna zachwytu nad szczegółowością i drobiazgowością artysty, nad jego uwielbieniem dla detali, nad jego niedoścignionym ujęciem perspektywy, już wtedy wiedziałam, że muszę na moim blogu przybliżyć to dzieło. Donatello zdawał sobie sprawę, że być może ambona będzie ostatnim jego artystycznym wyrazem. Chorował i powoli żegnał się z doczesnością. Ambona to jego pożegnanie. Wzruszające...
Zdjęcia fragmentów ambony nie są może najlepszej jakości, ale niestety przeszkodą w utrwalaniu kunsztu rzeźbiarskiego tego florenckiego artysty była niestety szyba...
Powstanie ambony datuje się na lata 1459-1460, po powrocie Donatella ze Sieny. Jeden z reliefów przedstawiających scenę męczeństwa św. Wawrzyńca pochodzi nawet z roku 1465, czyli na rok przez śmiercią artysty. Istnieje wiele sporów wśród badaczy i historyków sztuki wokół autorstwa poszczególnych scen i elementów ambon. Pozostawię ten temat do dalszych rozważań, natomiast warto zwrócić uwagę, że wśród wielu nazwisk wymienia się dwóch wyróżniających się współpracowników Donatella. Byli to Bartolomeo Bellano i Bertoldo di Giovanni.
Niekwestionowany jest jednak fakt, że ambony uznawane są za punkt zwrotny w karierze mistrza, za dzieło badające ludzką duszę, za genialną, swobodną kompozycję. Powiem od razu, że oglądając dzieło "z dołu" nie ma możliwości ujrzenia mistrzostwa Donatella. To jest tylko wiara w talent artysty. Konfrontacja bezpośrednia, prawie dotknięcie reliefu daję niepowtarzalną okazję do przyjrzenia się detalom tym niezwykłych płaskorzeźb. Dopiero wtedy widzimy genialnego rzeźbiarza, jego niczym nieograniczoną artystyczną wyobraźnię i kunszt techniczny.
Wierzcie mi, to dzieło zapiera dech w piersiach.
Wierzcie mi, to dzieło zapiera dech w piersiach.
Kompozycja ambony Zmartwychwstania złożona jest z ośmiu scen. Na dwóch głównych bokach, Donatello umieścił po trzy sceny, krótsze boki zawierają po jednej. Poszczególne reliefy opisują epizody z życia Jezusa Chrystusa po jego śmierci na Krzyżu. Dodatkowo artysta umieścił scenę obrazującą Męczeństwo Świętego
Wawrzyńca (San Lorenzo), będącą hołdem dla patrona kościoła.
Tematy kolejnych epizodów to:
- Święte kobiety w grobie ( od zachodu),
- Zejście do otchłani (na południe) ,
- Zmartwychwstanie(na południe),
- Wniebowstąpienie(na południe),
- Pięćdziesiątnica (wschód),
- Męczeństwo świętego Wawrzyńca (na północ),
- Szydercy Chrystusa (północ, polerowane drewno, XVII wiek) ,
- Św Łukasz Ewangelista (północ, polerowane drewno, XVII wiek).
Całość scen południowych przedstawia zdjęcie poniżej.
Dopiero teraz widać złożoność kompozycji, układ poszczególnych scen. Ja niestety takiego zdjęcia zrobić nie byłam w stanie, nawet jak bym bardzo chciała.
Obie sceny, Zmartwychwstania, jak i Wniebowstąpienia zdominowała postać Chrystusa - Triumfatora. Strażnicy śpiący w rozmaitych pozycjach, których zbroje odtworzone zostały z ogromną starannością i szczegółowością, łącznie z symboliką tarcz ( np. skorpion, chłopiec na koniu).
Chrystus z krzyżem i flagą, w niezwykły sposób zrzuca z siebie
bandaże, jego noga oparta jest o grób. Donatello przedstawia go jako Odkupiciela. Widać ciężar śmierci, ale także zwycięstwa. Niektórzy badacze twierdzą wręcz, iż w tej scenie obraz Chrystusa odbiega od tradycyjnej chrystologii.
Wniebowstąpienie umieszcza Donatello w zamkniętym pomieszczeniu, widzianym poprzez rozmaite przeszkody. Tu także dominuje postać Chrystusa wznoszącego się ku przestworzom pośród zgromadzonych apostołów i Maryi. W lewej ręce trzyma księgę, symbolizującą Słowo Boże. Wspomagają go postaci aniołów.
Niektóre sceny z perspektywą zamkniętego pomieszczenia, które w znakomity sposób tworzą głębię reliefu, wielowymiarowość obrazu, powiedziałabym nawet, że dynamikę i ekspresję przedstawianego wydarzenia. Nie dziwi więc wcale określenie, że Donatello to mistrz perspektywy.
Jeden z reliefów - fryzów zdobiących ambonę
Podpis rzeźbiarski Donatella, żebyśmy nie mieli wątpliwości, kto jest autorem tego wyjątkowego dzieła.
Nie może także dziwić w ogóle fakt, że grób genialnego Donatella znajduje się w Bazylice San Lorenzo. To tak naturalne i oczywiste, jak to, że zawsze wschodzi słońce. Nie mogło być inaczej. Doceniany i wyróżniany za życia, także przez mecenasów, artysta spoczął w tym wyjątkowym kościele i miejscu, któremu poświęcił wiele lat swojego pracowitego życia. Warto poświęcić choć chwilę temu twórcy, wśród szału zwiedzania Florencji, oddać mu należny hołd. Ja siadam w pobliskiej ławce i oddaję się rozważaniom o sztuce i tych, którzy wprawiają nas w zachwyt.
Nie jestem w tym kościele pierwszy raz, ale czuję wyjątkowość i majestatyczność tego miejsca.
Mój zachwyt wynikający z bliskości ambony Donatella, której detale mogę wreszcie ogarnąć wzrokiem, tyle ile potrafię, jest widoczny. Nie czuję upału, żaru, rozgrzanej do czerwoności letniej Florencji. Próbuję chłonąć chwilę, cieszyć się z niej. Wiem, że to nie jedyne dzieło, które mnie zachwyci, wzruszy i przyniesie autentyczną radość, taką trochę dziecięcą...
Ale tak odbieram sztukę.
sobota, 31 grudnia 2016
Happy New Year, czyli kilka refleksji... (post_83), muzeum, rennewmuzeum
Ostatni dzień starego roku...To zawsze wyjątkowy dzień. Każdy z nas ma swoje refleksje i przemyślenia. Zastanawia się, jaki był mijający rok? Martwimy się, że życie tak szybko przemija i będziemy znowu o rok starsi....
Ja jednak dzisiaj postanowiłam nie dokonywać żadnych podsumowań ani nie robić żadnych postanowień na Nowy Rok 2017. W przyszłym roku spróbuję "chwytać dzień", czyli to, co przyniesie mi los, dość spontanicznie, niczego konkretnego nie planując..
A ponieważ mój blog jest także formą autopamiętnika, w którym dzielę się swoim spojrzeniem na rzeczywistość, pozwalam sobie na kilka osobistych myśli.
Dlaczego wybrałam powyższe zdjęcie, jedno z setek fotografii, które robię w czasie wędrówek po muzeach czy wystawach jako symbol dzisiejszego dnia?
Wejście do jednego z polskich muzeów pokazuje moją przeszłość i przyszłość, czyli pasję i fascynację sztuką wymagająca ode mnie licznych podróży, czasami bardzo krótkich i bliskich, czasami nieco dłuższych i dalszych. Wszystkie są dla mnie zawsze przeżyciem i przygodą. Ich symbolem stała się moja walizka stojąca przy ławce. Podróże to oczekiwanie, emocje, nowi ludzie w świecie rzeczywistym, ale także przyjaciele w świecie internetu, no i przede wszystkim kontakt z dziełami intrygujących artystów, dostarczających odbiorcy tyle niezapomnianych wrażeń...
Marzę o tym, aby zawsze przekraczać progi wspaniałych obiektów czy miejsc, aby drzwi były dla mnie otwarte i przyjazne, abym była w stanie oczekiwania na koleją podróż...
Dziękuję wszystkim, którzy czytają moje posty i którzy w ten sposób są razem ze mną w tej wędrówce. To mnie szczególnie motywuje i dodaje energii do dalszych peregrynacji po sztuce.
Życzę wszystkim moim cudownym Czytelnikom wyjątkowego Nowego Roku!
Może przyniesie Wam to, czego szukacie?
Szczęście, zdrowie, uśmiech, rodzina i przyjaciele, marzenia oraz pieniądze też się przydadzą.
Niech instalacja Leona Tarasewicza będzie dla Was inspiracją.
Zawsze jest jakieś wyjście czy rozwiązanie problemu. Z różnych miejsc i spojrzeń nasz kłopot wygląda nieco inaczej. Dlatego trzeba wejść do środka i się rozejrzeć. Inni ludzie też się znajdą w tym labiryncie. Nigdy nie będziecie sami. Pozytywne myślenie to podstawa....
Szczęśliwego Nowego Roku 2017 !
Happy New Year 2017 !
Wasza Renne
Subskrybuj:
Posty (Atom)











































i
