niedziela, 23 października 2016

Andy Warhol we Wrocławiu (post_78)


Andy Warhol, Portret Ericha Marxa
Z ogromną ciekawością jechałam do Wrocławia. Po pierwsze - nie znałam przestrzeni  Pawilonu Czterech Kopuł - Muzeum Sztuki Współczesnej. Po drugie - każda nowa wystawa mnie intryguje i nie mogę się doczekać, aby się z nią zmierzyć. Po trzecie - nie do końca rozumiem sztukę współczesną i stale się jej uczę. I wreszcie po czwarte - po prostu lubię Wrocław. 
Powodów więc tej krótkiej podróży miałam aż nadto.
Tradycyjnie w sobotę ruszyłam w trasę. To mój sposób na relaks po wyczerpującym tygodniu. Uwierzcie mi - działa cuda.
Wystawa zatytułowana "Letnia rezydencja", przyciągająca jak magnes, pochodzi ze zbiorów berlińskiego Hamburger Bahnhof - Museum fur Gegenwart. To niewielki fragment znakomitej kolekcji Ericha Marxa, która zagościła na kilka miesięcy w stolicy Dolnego Śląska ( do 22. stycznia 2017r.). Podkreślam słowo "niewielki", bo oddaje moje jedyne rozczarowanie ekspozycją. Mam świadomość mej zachłanności, jeśli chodzi o sztukę i wystawy. Dla mnie zdecydowanie zbyt mało dzieł mimo że tak znakomitych twórców, ale to taki drobiazg...
Nie ma innego rozwiązania, jak tylko wyprawa do Berlina...
Nie jest to pierwsza odsłona fragmentu słynnej kolekcji Ericha Marxa. W 2011 roku 22 obrazy z tego zbioru gościły w łódzkiej galerii Atlas Sztuki.
 
Andy Warhol - ten artysta ciągle pobudza wyobraźnię współczesnych, można nawet stwierdzić, że jest wciąż modny i popularny. Nie dziwię się więc, że stał się symbolem  wrocławskiej wystawy.
Z Andy Warholem "spotkałam się" jedyny raz... w Rzymie w Galleria nazionale d'arte Moderna e Contemporanea( zresztą doskonałej przestrzeni muzealnej).


Obraz powyżej nosi tytuł "Hammer and Sickle" i pochodzi z 1977 roku. Dzieło tak ekspresywne, silnie oddziałujące i pełne energii, ale jednocześnie złowrogości. Wyraźnie zauważa się doświadczenie Warhola w branży reklamowej. Tu artysta próbuje się zmierzyć z symbolem komunizmu i totalitaryzmu - sierpem i młotem. Mojemu pokoleniu motyw doskonale znany i jednoznacznie negatywnie odbierany. Tego obrazu nie można zapomnieć, wpisuje się w pamięć.
A co można obejrzeć w Pawilonie Czterech Kopuł? Obrazy rozpoznawalne, charakterystyczne dla tego artysty. Przyznam -  robią wrażenie, są niezmiernie dekoracyjne i przyjemne dla oka, ale także dla ducha. Nie jest przesadą uznawanie ich za ikony współczesnej sztuki.


"Multicolored Marilyn" 1979/86


"Joseph Beyus", 1980

"Diamond Dust Shoes", 1980

Andy Warhol - artysta, celebryta, w którego życiu prawda mieszała się z fikcją, albo pomijaniem czy zniekształcaniem pewnych faktów. Nic nie było pewne, ani nazwisko, ani data urodzenia, ani to czy był introwertykiem czy wręcz przeciwnie. Kreował swój wizerunek, swój  image, tworzył go przez liczne niedopowiedzenia. Stanowił żywą reklamę swojej twórczości. Osiągnął to, co jest dla artysty najważniejsze, mianowicie rozpoznawalny, indywidualny styl. Proste seryjne kompozycje, wykorzystujące ostre kontrasty kolorystyczne, jak również metoda serigrafii stały się jego znakiem rozpoznawczym. Niebagatelną rolę pełniły oczywiście portretowane przez niego wybitne gwiazdy, także popkultury ze słynną Marilyn Monroe czy Brigitte Bardot na czele.  Dodawały jego twórczości rozgłosu i splendoru, tworzyły markę i mity.
Podobnie się dzieje z osobistymi zdjęciami zrobionymi na tle obrazów Warhola. W jakiś dziwny sposób nobilitują fotografowanego, dodają mu ważności, pewności siebie, wyzwalają swoistą energię. Wypróbowałam na sobie. Działa. Teraz kolej na Was...

"Camouflage", 1986

"Cow Wallpaper", 1966/76

Niektórzy uznają Andy Warhola za twórcę pop-artu, ale znawcy sztuki zaprzeczają temu stwierdzeniu. Pop-art został stworzony w latach 80 - tych przez brytyjskich artystów. Natomiast trzeba uznać mistrzostwo Warhola w wykreowaniu z banalnej, może nawet na pograniczu kiczu techniki serigrafii - dzieła sztuki. Rzeczy codziennego użytku podniesione zostają do tematów  wysokich.  Powstają znane serie dolarów, projekty puszki zupy Campbell’s czy Coca-Coli. Jedna z legend opowiada, jak ktoś zasugerował artyście, aby malował, to co jest mu szczególnie bliskie. Zupa Campbell spełniała ten wymóg, Warhol jadł ją przez całe życie.
Oprócz elektryzującego i rzeczywiście fascynującego Warhola na wrocławskiej wystawie odnajdziecie innych artystów z kolekcji berlińskiego Hamburger Bahnhof. 
Kolekcja Ericha Marxa sięga swych początków do lat 60-tych XX wieku. Przedsiębiorca budowlany z ogromną wrliwością na wytwory artystycznych wyobrażeń, szczególnie mu współczesnych zaczyna kupować obrazy i gromadzić własny ich zbiór. Pomaga mu w tej pasji i jednocześnie przedsięwzięciu znawca sztuki, także marszand Heiner Bastian. Razem pracują nad tworzeniem kolekcji, spotykają się osobiście z artystami.  To z kolei kreuje nowy wymiar i charakter  kupowanych obrazów. Dyskusje, wymiana poglądów, bezpośrednie relacje z malarzami wywierają ogromny wpływ na pomysłodawców. W połowie lat 80. Erich Marx wychodzi z propozycją do ówczesnych decydentów Berlina zachodniego udostępnienia swej kolekcji szerszej publiczności, co zaskutkowało podjęciem decyzji o stworzeniu nowej przestrzeni muzealnej w budynku dawnego dworca kolejowego. Tak narodził się pomysł powstania Muzeum Sztuki Współczesnej, dzisiejszego Hamburger Bahnhof.
Mnie jeszcze w tym muzeum nie było, ale nie tracę nadziei, że w przyszłości i tam zawitam. Ostatecznie 60 prac Andy Warhola to znakomity bodziec do organizacji wyprawy do Berlina.
Przyjrzyjmy się zatem jeszcze dziełom innych artystów ze zbiorów niemieckiego kolekcjonera. To wspaniałe, że tacy istnieją. 
Robert Rauschenberg (1925-2008)  "Summer Rental +3, 1960

Robert Rauschenberg (1925-2008)  "Narcissus", 1990

To dzieło Rauschenberga sprowokowało mnie do zrobienia wspólnego zdjęcia. Chcąc nie chcąc osobiste odbicie w obrazie tworzyło swoisty dialog z dziełem i artystą, tworzyło jakąś głębię, nową przestrzeń. Artysta zapraszał do swojego świata , trochę chaotycznego, pełnego przedmiotów, często niepotrzebnych, może nawet śmieci, wzbogaconego wycinkami z gazet przedstawiających wizerunki znanych osób czy motywów. Gdzie w tym skomplikowanym, dziwnym świecie jest człowiek? Gdzie jestem ja?

Matthew Barney (1967-  ), "Cremaster1:Orchidella", 1995

Ross Bleckner (1949-  ) "Im Memory" , 1987

Keith Haring (1958-1990) "Untitled", 1983

Niezwykle intrygujący amerykański artysta związany ze sztuką graffiti i street artu, co można spostrzec także na powyższym obrazie. Współpracował z Andy Warholem, dzięki któremu został zauważony w szerszych kręgach odbiorców. Mnie odruchowo złożoność i kolorystyka wzoru przywołała arabeski Henri Matisse'a.

Dan Flavin (1933-1996), "Two primary Series and One Secondary", 1968

Dan Flavin (1933-1996), "Untitled", 1978

Mimowolnie świetlne instalacje Flavina przypomniały mi wystawę Leona Tarasewicza w Poznaniu i jego doskonałe świetlne obrazy. Ten znakomity amerykański artysta wykorzystywał w swoich dziełach  kolorowe, wielobarwne  fluoroscencyjne rury i rurki, tworzył z nich rozbudowane obiekty. Nader intrygujące: kolor, światło i przestrzeń pomiędzy nimi.

Peter Halley ( 1953-  ), Zone,1993

Reiner Fetting (1949-  ), "Van Gogh - Landschaft", 1978

Moją szczególną uwagę zwrócił niemiecki neoekspresjonista, ale także rzeźbiarz Reiner Fetting. Założyciel Galerii Moritzplatz w Berlinie ( koniec lat 70-tych) i członek grupy artystycznej określanej mianem "Młodych Dzikich" ("Neue Wilde"). Ostra, wyrazista kolorystyka obrazów, swoista niedbałość pędzla wprowadzająca ruch i dynamizm, a jednocześnie niedopowiedzenia, konturowość. Mnie te obrazy bardzo ujęły.

Reiner Fetting (1949-  ), "Van Gogh und Mauer V", 1978

 Wilhelm Sasnal (1972-   ), "Untitled", 2003

Na wystawie mamy także polski akcent, polskiego artystę Wilhema Sasnala, którego twórczość do mnie jeszcze nie przemawia, z którą się dopiero oswajam  i potrzebuję trochę czasu. 
Martin Assig (1959-    ), "Schneezeichnerin", 2005

Erich Marx osobiście uczestniczył w otwarciu wystawy w Pawilonie Czterech Kopuł w sierpniu  tego roku.  Wiekowy, ale z niespotykaną energią opowiada o swojej fascynacji czerpanej z kolekcjonowania dzieł sztuki. Zwierza się "Najpierw jest moja osobista radość z obrazu, odczuwam przyjemność w obcowaniu z obrazami, potem następuje punkt, w którym zostaje nie tylko wystawiony i dostępny dla publiczności, ale sam zaczyna do niej przemawiać i je przyciągać". To myślenie o dziele jest mi niezmiernie bliskie, rozumiem je doskonale. Dla mnie kontakt ze sztuką jest także przeżywaniem, czasami nawet egzaltacją w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Świat wokół wydaje się wtedy zdecydowanie lepszy...

sobota, 15 października 2016

Hans Memling i "Sąd Ostateczny" (post_77)


"Sąd Ostateczny" Hansa Memlinga - to jeden z najważniejszych i najbardziej wartościowych obrazów w zbiorach polskich muzeów. Powiem więcej, jedno z najpiękniejszych dzieł w twórczości niderlandzkiego artysty. Wyjątkowy pod każdym względem. Obraz, który każdy miłośnik sztuki i nie tylko powinien zobaczyć. Pewnie przy jakiejś okazji już wspominałam, że miałam szczęście podziwiać retrospektywną wystawę Memlinga w Scuderie del Quirinale w Rzymie. Wydarzenie niezwykłe, cieszące się popularnością wśród zwiedzających, obarczone jednak skandalem związanym z nieobecnością "Sądu Ostatecznego" w stolicy Italii, uświadomiło mi wielkość i geniusz tego dzieła. Nader mocno odczuwałam jego brak wśród innych wybitnych i fascynujących obrazów Memlinga....


Nieprawdopodobna jest już sama historia znalezienia się tryptyku w Gdańsku. Obraz powstawał w  latach 1467-1471 w Brugii, gdzie młody Memling terminował w warsztacie Rogiera van der Weydena. Zamówienie złożył Angeli di Jacopo Tani - bankier rodu Medyceuszy. Jego portret wraz z małżonką można zobaczyć na tylnych skrzydłach dzieła, co zbadał w 1902 roku Aby Warburg.
Obraz wraz  z pozostałymi towarami ruszył statkiem w drogę do zleceniodawców. Nigdy jednak nie dotarł do Włoch. Statek wraz z załadunkiem został okradziony przez gdańskiego pirata Pawła Benecke i w ten dość banalny sposób znalazł się w stolicy Pomorza. Dzieło zostało przekazane do kościoła Mariackiego i związało swój los na bardzo długo z Gdańskiem.
Właściciele nigdy nie odzyskali obrazu, mimo wstawiennictwa znakomitych ówczesnego świata. Ale to nie była ostatnia podróż "Sądu Ostatecznego". Przemierzył on w XIX wieku drogę do Paryża i zawisł w eleganckim Luwrze, by z kolei znaleźć się w Berlinie, skąd powrócił do Gdańska. Ma także za sobą w 1945 roku powojenną podróż do Rhon w Turyngii, aby poprzez Sankt Petersburg i Ermitaż oraz Warszawę zatoczyć koło do Gdańska, tym razem już do Muzeum, gdzie wisi do dzisiaj. Miał swoją szansę w ubiegłym roku poczuć smak Italii, ojczyzny właścicieli, ale nie dotarł tam także...


W centralnej części obrazu Memling umieścił postać Michała Archanioła w złocistej zbroi i w bogato zdobionym płaszczu, trzymającego szalę, na której są "ważone" uczynki człowieka. Tutaj dokonuje się rozliczenie egzystencji człowieka i jego życia. Szczęśliwi, wybrani przez Boga kierują się w stronę Królestwa, do raju, natomiast straceńcy idą na wieczne potępienie do piekła. To fascynująca, dla mnie mnie najistotniejsza scena tego dzieła. Zmusza widza, odbiorcę niewątpliwie do refleksji, być może nawet dokonania wewnętrznego rachunku sumienia. Memling zmusza nas do zatrzymania się i zadaje nam dwa trudne pytania: Po pierwsze: gdzie jesteś dzisiaj, w jakim miejscu twego życia? Czy twoja egzystencja bogata była w dobre działania czy pełna rozmaitych przewinień i grzechów? Kim jesteś? Drugie pytanie dotyczy przyszłości: Co możesz jeszcze zrobić ze swoim życiem? Jak je zmienić? Czy chcesz tak naprawdę coś zmienić? A wszystko w obliczu nieuchronnej dla każdego człowieka śmierci, przejścia do innego świata. Temat niewygodny, budzący wiele emocji i lęków  w człowieku, ale niezmiernie ważny bez względu na przekonania czy religijność człowieka.
Memling wyraźnie i bardzo dobitnie daje nam wskazówkę życiową. Człowiek nie może być bezrefleksyjny, nie może skupiać się wyłącznie na doczesności i materialności świata, musi sięgać wzrokiem i myślami poza ramy swego życia na ziemi.
To wyjątkowo skomplikowane i trudne zadanie.
Dlatego też w obrazowy, sugestywny sposób pokazuje człowiekowi dwie drogi po śmierci.
Lewa część obrazu  przedstawia drogę do raju, wiecznej szczęśliwości. Ludzie znajdujący się na niej, idą tam w spokoju, radości i wyciszeniu.  Rzucające w oczy jest swoiste wyciszenie tłumu kierującego się do światła.



Całkowicie przeciwstawna jest droga ludzi ku piekłu. Nie ma tu ciszy i radości. Nie ma powitania. Na plan pierwszy wybija się lęk, przerażenie i emocje. Tłum kłębi się w gestach rozpaczy i ogromnej bojaźni. Może wtedy dopiero do niektórych dotarła groza ich sytuacji, żal za grzechy, ale jest już za późno. Przerażające postaci czarnych diabłów wrzucających ludzi do piekielnych czeluści, rozdzieranych żarem ognia budzą przerażenie, działają na emocje odbiorców obrazu. Nienaturalne ułożenia ludzkich ciał, jakby broniących się przed przekroczeniem bramy piekieł pozostają długo w pamięci.




Warto także zwrócić uwagę na scenę obrazującą walkę anioła i diabła o duszę człowieka. To chwila, w której człowiek znajduje się pomiędzy światami, nie jest jeszcze stracony, ma jeszcze szansę być w drodze do raju. Zarówno anioł, jak i diabeł trzyma mocno ludzką postać. Wyczuwa się wielkie napięcie, silne emocje. Kto wyjdzie zwycięsko z tej bitwy?
To niezwykła scena tego obrazu.


Tu scena w zbliżeniu. Odnosi się wrażenie, że człowiek przeciągany jest już na stronę piekła, choć anioł walczy do końca. A raj wydaje się tak blisko. Niektórzy z tych, co zmierzają ku wiecznej szczęśliwości, oglądają się za siebie. Są świadkami tej strasznej walko o ludzkie zbawienie...

I wreszcie tryptyk w całej swojej okazałości. Można w spokoju go podziwiać, usiąść na ławce i zanurzyć się w kontemplacji. A jest nad czym się zastanowić. Bo przecież  nic nie jest takie proste czy oczywiste.
Nasuwa się to najważniejsze pytanie: gdzie my chcemy być? po której stronie?
Z tym metafizycznym pytaniem Was zostawiam....