niedziela, 29 marca 2015

Moje spotkania z Igorem Mitorajem (post_10)

Dlaczego Igor Mitoraj?
Przyznaję -  mam do niego słabość, do jego dzieł rozsianych po świecie i do jego pojmowania sztuki czy widzenia otaczającej go rzeczywistości. W jednym z wywiadów stwierdził, że "Sztukę odcina się od emocji i prawdziwych przeżyć, od naszych wspólnych korzeni". Dodałabym nawet więcej,  współcześnie emocjonalny odbiór sztuki odczytuje się jako przejaw jakiejś przypadłości czy niezrozumiałej egzaltacji.
Muszę przy tej okazji przywołać zdarzenie sprzed wielu lat , kiedy zwiedzałam rewelacyjne Museum  d’Orsay w Paryżu www.musee-orsay.fr/. Zmęczona usiadłam na ławce w jednej z sal, do której weszła bardzo wiekowa, schorowana, skromnie ubrana kobieta.Miała ze sobą specjalnie skonstruowane krzesełko, o które się oparła i w ten sposób w skupieniu kontemplowała otaczające nas dzieła. Wydawało się, że "zastygła". Szukała czegoś dla siebie.  Przyjście do muzeum stanowiło dla niej na pewno ogromny wysiłek, ale potrzeba kontaktu ze sztuka był silniejsza niż starość i zniedołężnienie. Powiedziałam wtedy do mojej córki:" Popatrz na tę panią i  ucz się".
 Ta scena utkwiła mi w pamięci. Na wielu zdjęciach ja także wpatruję się w dzieło. I jedno z takich zdjęć wybrałam jako logo mego bloga. Podziwiam na nich właśnie rzeźbę Igora Mitoraja eksponowaną w Ogrodach Boboli we Florencji ( Giardino di Boboli):


Ale z Mitorajem zetknęłam się po raz pierwszy w San Marino, gdzie jedna z wersji "Blasku księżyca" była pokazywana na czasowej wystawie plenerowej przed miejskim ratuszem, w niezwykłej zresztą ze względu na otoczenie scenerii. Zainteresowałam sie wtedy jego sztuką. Zdziwiło mnie, że w Polsce Mitoraj był tam mało znany.
Niewątpliwie Mitoraj to twórca, który szedł swoją własną drogą, wyboistą, ale z szybkimi sukcesami artystycznymi i ekonomicznymi. Liczne podróże wpisywały się w jego sposób na życie, choć odnalazł swe miejsce na ziemi we włoskiej Pietrasancie, gdzie osiedłił się za namową kolumbijskiego rzeźbiarza Fernando Bolero. Tam pracował  w brązie i marmurze. Do Carrary miał niedaleko, zresztą nigdy nie ukrywał swego zamiłowania do tworczości Michała Anioła. Zauważyłam również korelacje z twórczością Salvadora Dali, szczególnie z jego włoskiego okresu. Mam na myśli fascynacje Dalego antykiem i widoczne w obrazach dekompozycje posagów grecko-rzymskich. Podobną tendencję widać u Mitoraja, u którego w centrum zainteresowania znajdował sie człowiek i jego ciało, którym się zachwycał, a jednocześnie je dekomponował i wskazywał na jego ułomności. Mitoraj również fascynował się antykiem  i  mitologią. Jego dzieła stanowią ich swoistą wspólczesną interpretację.

W Paryżu...


W Warszawie...


 W bazylice Santa Maria degli Angeli e dei Martiri w  Rzymie...




W Poznaniu....

                                        Thsuki no hikari Mitoraj Poznan.jpg
                                        http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/b/b8/Eros_Alato_Poznan_Mitoraj.jpg

Charakterystyczne dla dzieł Mitoraja jest także to , że eksponowane są w przestrzeniach miast, krajobrazów czy obiektów komercyjnych (Centrum Handlowe Stary Browar w Poznaniu). Nadają tym przestrzeniom nowy wymiar, doskonale z nimi komponują. Rzeźby Mitoraja uczestniczą w pewien sposób w codzienności miejsc, w którym się znajdują. Funkcjonują  blisko ludzi mogących je oglądać o rozmaitych porach dnia, porach roku  czy różnorodnej pogodzie.
Igor Mitoraj zdecydowanie należy do twórców rozpoznawalnych, którzy wypracowali własny styl. Niektórzy uważają, że żył poza czasem, nie spieszył się, celebrował swoje codzienne rytuały. Mimo wieku planował realizację swoich kolejnych wielkich projektów, w tym wystawę plenerową dzieł w Pietrasancie czy  Grecji.
Zmarł nagle w ubiegłym roku w Paryżu.Czułam żal, iż na temat odejścia do wieczności Mitoraja pojawiły sie nieliczne informacje. Osobiście uważam, że Mitoraj zasłużył zdecydowanie na większe zainteresowanie  i uwiecznienie w ludzkiej pamięci.

Mam nadzieję, że spotkam jego rzeźby jeszcze wielokrotnie...





niedziela, 22 marca 2015

Kiasma - muzeum na skrzyżowaniu dróg (Helsinki post_9)

Wracam ponownie do Helsinek.
 Zawitam jeszcze na chwilę w mało znanym Muzeum Sztuki Współczesnej,  tak mi się przynajmniej wydaje, natomiast najczęściej odwiedzanym muzeum w Finlandii , jakim jest Kiasma www.kiasma.fi/ ( warto zobaczyć piękne zdjęcie obiektu).
Słowo kiasma właściwie z niczym wprost się nie kojarzy, oznacza ono przecięcie dwóch linii, skrzyżowanie. I tak rzeczywiście jest, gdyż budynek muzeum umiejscowiono na przecięciu dwóch centralnych ulic Helsinek. Ale kiasma to coś więcej niż tylko oznaczenie miejsca tego niezwykle nowoczesnego, intrygującego obiektu architektonicznego zaprojektowanego przez amerykańskiego twórcę Stevena Holla.
Kiasma - to miejsce, w którym mają się spotykać ludzie, zderzać różnorodne idee artystów, w którym ludzie z ulicy "podglądają" to, co się dzieje w muzeum, a zwiedzający obserwują  miasto.
Przyznam szczerze, że nie do końca rozumiem sztukę współczesną, że bliższa mym zainteresowaniom jest sztuka tzw. dawna, ale przyglądam się jej z coraz większym zaciekawieniem. Zawsze wtedy zadaję sobie pytanie, czym jest właściwie sztuka?  Czy to, co oglądam jest sztuką? Pozostawię na razie moje wątpliwości bez odpowiedzi, która wcale nie należy do prostych.
Podobnie, jak w Ateneum, bilet zastępuje kolorowa naklejka. Spore wrażenie robi przestrzeń wewnątrz muzeum; zawiłe korytarze, schody, nietypowe sale. Widz zaskakiwany jest wielokrotnie. Z tego , co wiem ekspozycje muzealne są zmieniane co jakiś czas, więc pokażę twórców, którzy zwrócili szczególną moją uwagę, kiedy zwiedzałam muzeum w lutym 2013 roku.

Dan Perjovschi
Rumuński artysta, obserwator życia we wszystkich jego wymiarach. Tworzy przezabawne , trafne rysunki prezentowane na ścianach:


Topi Ruotsalainen "To do" 1979 Suomi/Finland - to autor mojego ulubionego obrazu z tej wystawy:


Intrygująca artystka Heta Kuchka ( 1974 Suomi/Finland) tworząca serie rysunków o starszych ludziach, którzy zanikają, stają się niewidoczni, niezauważalni, powoli odchodzą do innej rzeczywistości...


Dzamil Kamander (1948 Iran) z koralików zrobi wszystko, nawet paszport czy dowód osobisty. Można go było spotkać w muzeum siedzącego i tworzącego kolejne obrazki z kolorowych paciorków:


To dzieło niezbyt przypadło mi do gustu, ale stanowiło istotną część ekspozycji. 
Autor Jouko Lehtola:

Zawsze ogarnia mnie zachwyt i pewien rodzaj dumy, gdy spotykam w muzeach czy na wystawach poza Polską dzieła naszych rodzimych artystów. Muszę stwierdzić, że nie jest to wcale rzadkie zjawisko. W Kiasmie  mogłam podziwiać Mirosława Bałkę ( 1958 Puola/Finland):

Myślę, że warta utrwalenia jest również swoista wieża Babel zrobiona ze starych odbiorników radiowych. Zdecydowana większość z nich była sprawna i wydawała z siebie różnorodne dźwięki. Kakofonia totalna! Szkoda, że tego nie słychać.


 A na koniec to, co u Finów bardzo cenię i szanuję. Mianowicie chęć aktywizowania zwiedzających. Naprawdę bardzo to lubię i z wielką chęcią w tym uczestniczę. Zaprezentuję tylko jeden z elementów włączających - tworzenie swoistej mapy  ludzkich nastrojów.  Efekty zobaczcie poniżej:


Kiasma , muzeum,  które niewątpliwie oddziałuje na widza, robi wrażenie, zaskakuje, prowadzi swoisty dialog. Jeśli nadarzy się okazja, Kiasmę trzeba koniecznie zobaczyć.
Ja pozostaję jednak ze swoim pytaniem, na które szukam odpowiedzi: Czym jest tak naprawdę sztuka?

piątek, 20 marca 2015

Museum break 2, czyli Andrzej Wróblewski w Warszawie(post_8)

Steen Eiler Rasmussen w książce "Odczuwanie architektury" powiedział  "Sztuki w ogóle nie należy wyjaśniać - należy ją odczuwać" i właśnie to stwierdzenie w niezwykle trafny sposób można odnieść do wystawy Andrzeja Wróblewskiego zaprezentowanej przez Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie  artmuseum.pl/.
Wystawa nosząca tytuł :"Andrzej Wróblewski:Recto/Verso. 1948-49, 1956-57" przenika do uczuć i emocji zwiedzających, szczególnie do młodego pokolenia. Odniosłam nawet wrażenie, że tematyka ich w pewien sposób przeraża i przerasta.
Twórcy ekspozycji skoncentrowali się na dwóch okresach życia artystycznego malarza, co sugeruje już na wstępie tytuł wystawy.
Lata 1948-49 - to czas poszukiwania własnej artystycznej drogi, tego "czegoś", co odróżni artystę od innych. Wydaje się, że Wróblewski odnalazł w tym okresie swój styl i ekspresję, ale nie spotyka się do końca z akceptacją swego środowiska. Jest zbyt awangardowy.
Lata 1956-57 - to okres dość bolesnego rozliczenia twórcy z samym sobą. A Wróblewski ma czas "zauroczenia" ideologią stalinowskiego socrealizmu. Odnosi się wrażenie, że chce odrzucić te lata i powraca do punktu wyjścia, czyli do poszukiwania swej artystycznej tożsamości. Dokonuje swoistego katharsis.
Bez wątpienia dzieła Wróblewskiego, a szczególnie obrazy zaprezentowane na wystawie "dwustronnie"są trudne w odbiorze. Oglądamy oczyma artysty świat wojny, świat brutalny, przepełniony śmiercią, bólem, samotnością człowieka dotkniętego strachem i lękiem ( "Rozstrzelanie na ścianie" 1949, "Rozstrzelanie (Rozstrzelanie poznańskie 1949:


Jest to także świat, w którym człowiek"rozpada się", "rozsypuje na kawałki" tak jak w obrazie " Rozstrzelanie z gestapowcem" 1949:
Śmierć w obrazach Wróblewskiego ma kolor niebieski, chłodny niebieski, niektórzy określają go "trupim". Ten kolor wzbudza niepokój, szczególnie obrazie "Matka z zabitym dzieckiem" 1949.


Dzieła artysty mówią wprost do odbiorcy  - wojna jest złem w czystej postaci i stawiają jednocześnie pytania: Jak  człowiek ma dalej istnieć po przeżyciu tak dramatycznych doznań? Jak stworzyć nowy świat, skoro dotychczasowy rozsypał się w popiole ludzkich dramatów?
Rzeczywistość powojenna nie przynosi ulgi, co Wróblewski odzwierciedla w przejmujących obrazach z cyklu "Ukrzesłowienie" pokazujących odpodmiotowienie człowieka...

Sztuka  często niepokoi, potrafi być orężem w walce, zmusza do głębszej refleksji, wpływa na ludzkie emocje. W czasach, kiedy słowo wojna nie należy, niestety, do pojęć zupełnie zapomnianych, ale przywoływanych ostatnio dość często w naszej współczesności, może warto "zderzyć się" z twórczością Wróblewskiego, ze światem, który stworzył i uzmysłowić sobie, iż  hasło "walka o pokój na świecie" nie jest absolutnie żadnym sloganem.

Świadomie nie formatowałam zdjęć. Chciałam obrazy pokazać w przestrzeni.

P.S.
Drodzy Czytelnicy mego bloga,
 blog istnieje dopiero od trzech tygodni.Bardzo dziękuję zatem za słowa, refleksje, smsy, które od Was otrzymałam. Dodają mi one odwagi i motywacji do dalszego dzielenia się z Wami moimi przemyśleniami na temat sztuki. Mam świadomość, że nie wszyscy macie konto w Google+ i  nie możecie komentować moich postów. Założyłam więc stronę na Fb pod tym samym tytułem , co blog. Liczę na interesujące rozmowy.

poniedziałek, 16 marca 2015

Museum break, czyli Olga Boznańska w Warszawie (post_7)



Wczoraj wybrałam się, mimo deszczowej i depresyjnej aury, do Warszawy, aby obejrzeć dwie wystawy, jedną poświęconą Oldze Boznańskiej, drugą - Andrzejowi Wróblewskiemu.
Spróbuję zmierzyć się z tą pierwszą -  wystawioną przez Muzeum Narodowe. www.mnw.art.pl/.

Jadąc do stolicy, uświadomiłam sobie ze zgrozą i przerażeniem, że w  Muzeum Narodowym byłam 35 lat temu na początku mej wędrówki ze sztuką, kiedy mój dziecięcy rysunek zawisł w Zachęcie. Może kiedyś o tym napiszę...
Świadomie nie czytałam recenzji z wystawy Olgi Boznańskiej ani tej prezentowanej w Krakowie, ani warszawskiej. Nie chciałam sugerować się opiniami innych.
Kolejka po bilety do kasy zmartwiła moją córkę, mnie natomiast ucieszyła, gdyż zapowiadała wielu zwiedzających.
Na wystawie można zobaczyć głównie portrety, choć pierwszy, który przykuwa uwagę jest portret Marianny Austriaczki królowej Hiszpanii.... autorstwa Diego Velazqueza. Wokół niego ciągle jest tłoczno.


Stworzenie wyjątkowego portretu to nader trudna umiejętność, a hiszpański malarz należał do czołówki portrecistów. Dość tu wspomnieć o jego obrazie Innocentego X, któremu na pewno poświęcę jeden z postów.
Jak zatem poradziła sobie z portretem Olga Boznańska? Co łączy jej dzieła? To niewątpliwie mgła, która przysłania, czasami nawet zasłania w tajemniczy sposób postaci. Takie skojarzenie jest zgodne zresztą  z intencją Boznańskiej, która przywołana zostanie na początku wystawy. Mgła przysłaniająca postaci  stwarza dystans i oddalenie, a nawet chłód pomiędzy odbiorcą obrazu a jego bohaterami. Boznańska zatrzymuje dla siebie ich wyraziste sylwetki, twarze, mimikę - nam pozostawia niewiele, szczególnie, że znajomi i nieznajomi, których utrwala na płótnie zastygają w podobnych pozach wskazujących na ich zamknięcie. Nie pomaga w odbiorze tych dzieł kolorystyka ani żywiołowość pędzla.Wyczuwa się nerwowy pośpiech tworzenia, być może wynikający z problemów finansowych malarki.
W odrębny sposób Boznańska podchodzi do portretów dzieci, z których znana jest najbardziej. Zasłużenie zresztą. Odchodzi od koncepcji "portretów za mgłą", wprowadzą kolor, żywiołowość, osobowość dzieci. Te portrety mnie zachwycają, magnetyzują, im poświęcam najwięcej czasu i te obrazy "zabieram ze sobą"...


Poprosiłam  Klaudynę - moją towarzyszkę podróży o napisanie swoich spostrzeżeń po wystawie. Otrzymujecie w ten sposób dwie niezależne opinie.


Mając w umyśle wizję przedstawiającą obraz z dwójką lekko przestraszonych dzieci na schodach jechałam na warszawską odsłonę wystawy o Oldze Boznańskiej w Muzeum Narodowym.
Zaskoczył mnie tłum ludzi, którzy w długiej kolejce oczekiwali na kupno biletów, ale deszczowa aura zachęcała do odwiedzenia muzeum, a także pasowała jak ulał do sztuki tworzonej przez Boznańską, przynajmniej tej części, którą ona nazwała ‘portretami za mgłą’.
No, właśnie… portrety.  Nigdy przedtem, nie kojarzyłam twórczości Boznańskiej z nimi, a tutaj objawiły się one w liczbie przekraczającej moje wyobrażenia. I zasiały we mnie ziarno wątpliwości czy aby w nich ukazał się największy talent malarki czy były one tylko sposobem na zarobek? Niestety żaden portret nie został w mojej pamięci, a nawet, ich natłok z lekka mnie znudził.
Geniusz malarstwa Boznańskiej ukazał się w dziełach z udziałem dzieci czy martwej natury. Spodobał mi się szczególnie obraz dziewczynki w akwamarynowej sukience. Lekkość i świeżość aż kipią z płótna. Uległam również obrazom z motywami orientalnymi. Piękna wizja europejskiej urody w szatach i akcesoriach japońskich. Miks kulturowy dodaje smaczku i idealnie wpisuje się w inspiracje czasu przełomu XIX i XX wieku.
W obrazach Olgi Boznańskiej widać siłę i chęć przetrwania za wszelką cenę, cenę nawet wątpliwej jakości portretu. Paryskie marzenia i walka z życiem codziennym,w jakiś sposób przerosły malarkę, co ma odbicie w części jej obrazów. Szkoda, że nigdy nie stała się klasyczną przedstawicielką paryskiej bohemy przełomu wieków, jaką ja sobie  wyobrażamy.  Oczekujemy artystki-bogini mającej świat u stóp, dostajemy wojowniczkę. 

 
P.S. z 3 maja 2015r.

Cieszy mnie bardzo zainteresowanie naszymi refleksjami o wystawie Olgi Boznańskiej. Pewnie związane z finisażem już tej ekspozycji, jaki miał wczoraj miejsce w Muzeum Narodowym w Warszawie.  Autorzy prezentacji przygotowali dla widzów "kącik z portretem malarki" www.facebook.com/MuzeumNarodowe?fref=ts, gdzie można było zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie. Pomysł mi się bardzo podoba, zbliża publiczność do artysty i utrwala go w ludzkiej pamięci.
Mi pozostanie lekki żal, że wystawa Boznańskiej nie zagości w Muzeum Narodowym w Poznaniu, gdzie z pewnością spotkałaby się z szerokim zainteresowaniem zwiedzających...no cóż, może następnym razem...


sobota, 14 marca 2015

Akseli Gallen-Kallela i mit o Aino (post_6)

Zawsze kiedy miałam przyjemność przebywać w Helsinkach, odwiedzałam muzeum Ateneum. Był to taki mój naturalny odruch. Ale nie do końca mogłam być pewna, jakie dzieła ostatecznie tam zobaczę. To fenomen tego fińskiego muzeum, w którym obrazy i nie tylko są wprawiane w ruch, często goszczą obrazy z innych muzeów czy obiektów ( np.Pałacu Prezydenckiego w Helsinkach). Nawet bilety-naklejki są za każdym razem uroczo inne.
 Ale jedna sala stanowi wyjątek - to sala, gdzie gości zwiedzających  - Akseli Gallen -Kallela. Urodzony w szwedzkojęzycznej rodzinie swoje szwedzkie nazwisko Axel Waldemar Gallen przekształca w fińskie Akseli Gallen - Kallela. Zaintrygowany mitami zebranymi w Kalevali, odbywszy podróż do Karelii - mitycznej fińskiej Arkadii -podjął pracę nad malarską wizją fińskiego eposu.

Tryptyk "Mit Aino" (1891),

 
 http://en.wikipedia.org/wiki/Akseli_Gallen-Kallela#/media    /File:Gallen_Kallela_The_Aino_Triptych.jpg

należy do jednego z najbardziej rozpoznawalnych dzieł artysty. Istotny jest również fakt, że to pierwszy z obrazów poświęconych Kalevali.
Obraz znacznych rozmiarów, zajmuje prawie całą ścianę. Bardzo dobrze się go ogląda.Przykuwa uwagę. Na dodatek można usiąść i spokojnie kontemplować.Pierwsze co uderza w tryptyku to przyroda, natura, jaka towarzyszy bohaterom: jezioro, woda, drzewa iglaste, powykręcane i powyginane. Pewnie to pejzaże przeniesione z Karelii, które są tematem innych dzieł artysty, jak również innych fińskich malarzy.
No i oczywiście opowieść o Aino - siostrze Joukahainena, którą obiecano staremu Vainamoinenowi - synowi bogini Llmatar. Młoda, piękna i zmysłowa Aino nie chce zostać żoną starca. Widać to doskonale, on ją podgląda, obserwuje, dotyka wzrokiem, ona wyczuwa jego spojrzenie, obecność, patrzy spode łba. Tradycyjne zestawienie młodości ze starością.
Aino ucieka nad jezioro, siada na skale. Długowłosa, urodziwa, pełna wdzięku zostaje pochłonięta przez wodę, ale starzec czuwa, wyławia ją w magicznych sieciach. Bogini Vellamo jest szybsza, zamienia Aino w rybę.Starzec tego nie wie, chce rybę patroszyć. Ta jednak wpada do wody i Aino znowu przybiera postać kobiety.
Aino ucieka, starzec wyciąga swe ręce, pochyla się, walczy o nią...
Cudowna, magiczna opowieść uwieczniona w artystycznej wizji fińskiego malarza.
Obraz oglądałam kilka razy, za pierwszym razem przyszedł mi na myśl  polski twórca - Jacek Malczewski, podobna kolorystyka, podobny sposób przedstawienia postaci, takich silnych, mocnych.
Mit o Aino zostaje na długo po wyjściu z Ateneum.....
A tak wyglądał Akseli Gallen -Kallela

                        Akseli Gallen-Kallela.jpg
http://pl.wikipedia.org/wiki/Akseli_Gallen-Kallela#/media/File:Akseli_Gallen-Kallela.jpg

Warto przyjrzeć się krajobrazowi, na tle którego zrobił sobie zdjęcie...

czwartek, 12 marca 2015

Miłe zaskoczenie w Helsinkach (post_5)

W trakcie lotu do Helsinek, w towarzystwie praktycznie samych Finów, niewiele wiedziałam o Finlandii. Myślałam stereotypami, czyli że Finowie to zamknięty w sobie naród, milczący, nawet mrukliwy. Miałam jakieś skojarzenia z wódką i oczywiście z telefonem Nokia.
Tym większym zaskoczeniem był dla mnie gwar w samolocie  i głośne rozmowy. Wydawało mi się, że lecę do Rzymu z gadatliwymi Włochami. Na dodatek sąsiadka Finka naciąga mnie na półtoragodzinną rozmowę po niemiecku. Rozstajemy się na lotnisku w Helsinkach prawie jak przyjaciółki.
O fińskiej sztuce mam mgliste pojęcie. Nie spodziewam się niczego, co mogłoby mnie zaskoczyć. Najpierw oglądam pomnik Sybeliusa. Wreszcie mogę podziwiać go z bliska. Z miejsca zakochuję się w miejscu, gdzie jest eksponowany mimo listopadowych szarości i już odczuwalnych ciemności.


Ale na drugi dzień po przylocie  z ciekawością przekraczam próg muzeum Ateneum  www.ateneum.fi/en/collection-display położonego w samym centrum Helsinek.
Pierwszy szok - to bilet  -maleńka naklejka na ubranie ( tu pierwsze zderzenie z fińską dbałością o środowisko), kolejny szok - to ledwo co rozpoczęta wystawa 52.Sielua - symbolismin maisema 1880-1910, co oznacza w wolnym tłumaczeniu 52 dusze - krajobraz symbolizmu.Wystawa, którą z rozrzewnieniem wspominam do dziś, choć nie mogłam robić zdjęć.
Wśród wielu obrazów artystów światowego formatu, jak Paul Gauguin, Vincent van Gogh, Vassily Kandinsky czy  Edvard Munch odnajduję obraz Jacka Malczewskiego - nieznany mi wcześniej, pozbawiony jego charakterystycznej stylistyki. Czuję dumę, tym bardziej, że obraz został wypożyczony z Muzeum Narodowego w Poznaniu, a z Poznaniem jestem związana zawodowo. Dwie Finki z małymi dziećmi w ożywiony sposób dyskutują o obrazie polskiego twórcy. Po raz pierwszy stykam się z dziełami fińskich malarzy:Vaino Blomstedt, Albert Edelfelt, Akseli Gallen-Kallela, Hugo Simberg czy Ellen Thesleff...
Wychodzę oszołomiona z Ateneum. Już wiem - będę tu częstym gościem....
Właśnie Akseli Gallen-Kallela  to malarz, od którego rozpocznę, w następnym wpisie, moje rozważania o malarstwie fińskim.




wtorek, 10 marca 2015

Niespodziewana wizyta u "Damy z gronostajem" (post_4)

Obiecałam wprawdzie, że przeniosę się na Północ, do Helsinek, ale moja podróż służbowa do Krakowa niespodziewanie zaowocowała wizytą u pięknej kobiety  -  Damy z gronostajem http://wawel.krakow.pl/pl/op/161/Leonardo-da-Vinci-Dama-z-gronostajem. A że obrazów Leonarda da Vinci w muzeach można zobaczyć  niewiele, zaledwie kilkanaście, to tym bardziej kusiło mnie, żeby ujrzeć to niezwykłe dzieło (jedno z najcenniejszych w Polsce). Jeśli komuś się wydaje, iż dostęp do wyjątkowych dzieł jest prosty, to bardzo się myli. W niedzielny, wczesny poranek, stojąc w jakiejś długaśnej kolejce po darmowe wejściówki  na Damę z gronostajem ( bilety na Wawel w niedzielę są darmowe do 31 marca ) zobaczyłam na tablicy liczbę 0, oznaczającą brak wejściówek. Nie poddawałam się, czekałam na swoją kolej. Byłam zawiedziona, nie miałam pomysłu , co dalej. Kiedy podeszłam do kasy spytałam po prostu czy mogę kupić bilety, gdyż zależy mi ogromnie na zobaczeniu tylko obrazu, a nie na zwiedzaniu wawelskich komnat. Chyba było widać moją wielką determinację, bo obsługująca mnie, bardzo sympatyczna zresztą osoba, rozbawiona moja propozycją "znalazła" dla mnie  i mojej  towarzyszki podróży bilety. Zawsze wierzyłam w ludzi....
Ale wracam do obrazu. Po tych perypetiach z biletem pobiegłam, co tchu do Damy z gronostajem.
Zobaczyłam ją po raz drugi. Inaczej wyeksponowaną niż w Muzeum Czartoryskich.


Od razu uderzyła mnie wielkość obrazu. Wydał mi się mniejszy niż ostatnio.Bohaterka spotkania to  Cecylia Gallerani  - nieprzeciętnie delikatna, zalotna, młoda dziewczyna spoglądająca w nieokreśloną przestrzeń, lekko zamyślona. Właśnie sposób ułożenia jej ciała należy do nowatorskich. Leonardo tchnął w tę kobietę energię i ruch. Poza tym w subtelny sposób oświetlił  twarz i dekolt Cecylii, jakby chciał podkreślić jej pewność siebie i  poczucie kobiecości.Cecylia ma świadomość, może nawet więcej, ona wie ,że jest piękna i pożądana przez mężczyzn. Nienaturalnie wyolbrzymiona dłoń kobiety, to popis znajomości ludzkiej anatomii przez Leonarda (anatomią  fascynowało się w tamtym czasie wielu artystów m.in.Michał Anioł).
A gronostaj? Czuje się pewnie w rękach swej właścicielki. Spogląda w tym samym kierunku, co ona.
To - co mnie troszkę drażni w tym portrecie  - to czarne tło, będące dowodem obcej ingerencji w obraz. Toskańscy artyści tak nie malowali. Podejrzewam jednak, że zamalowanie oryginalnego tła było spowodowane tym, że Leonardo mógł nie ukończyć obrazu, tak jak nie ukończył Świętego Hieronima  znajdującego się w Muzeach Watykańskich. Oczywiście to moja osobista teoria w tej kwestii (poparta jedynie intuicją).
To zawsze niesamowite - zobaczyć dzieło Mistrza, Geniusza i człowieka o nieprawdopodobnej wyobraźni.
Jestem szczęśliwa, co widać chyba po wyjściu z galerii...

W następnym wpisie spotkamy się już w Helsinkach...

wtorek, 3 marca 2015

O Fra Angelico słów kilka jeszcze (post_3)

Ostatni wpis zakończyłam refleksją, że Fra Angelico powtarzał motyw Zwiastowania. Mnie dane było zobaczyć inną jego wersję we Florencji, w malowniczym i tajemniczym Museo di San Marco http://www.polomuseale.firenze.it/musei/index.php?m=sanmarco. Muzeum umiejscowione jest w murach klasztoru podominikańskiego. Obiekt sam w sobie uroczy i intrygujący.



Do wyciszenia i kontemplacji idealny ( do ochłody przed upałem również). Po wejściu na piętro od razu zderzamy się z freskiem przestawiającym Zwiastowanie, zbliżone w koncepcji do obrazu z Cortony. Barwy są jednak zgaszone, nie ma blasku purpury i złota, choć siła przekazu jest równie mocna.  Rozpoczyna się wędrówka po celach mnichów. Dla wytrwałych ponad czterdzieści. Praktycznie wszystkie ozdobione freskami naszego pracowitego, świątobliwego Fra Angelico. Freski nie pozwalające na zapomnienie celów pobytu w odosobnieniu od świata. Od razu bardzo żałuję, że nie można robić zdjęć. W "sprzyjających" warunkach udaje się jednak sfotografować kilka cel. I w tym miejscu nie mogę się do końca zgodzić z interpretatorami twórczości Fra Angelico twierdzącymi, że z jego obrazów emanuje spokój. Ja widzę coś zupełnie innego - spływającą z Krzyża, jak rwące potoki krew Chrystusa . Wyczuwa się cierpienie, podniosłość. Najbardziej jednak utkwiła mi w pamięci scena Chrystusa wstępującego do Piekieł, depczącego ich wrota, spod których próbują się wydostać szkaradne, odrażające postaci diabłów. Nieprawdopodobnie ekspresyjna scena ( niestety jej nie sfotografowałam).
Utknęłam w Museo di San Marco na ponad cztery godziny. Nie myślałam o czasie, o upale za grubymi murami klasztoru. Fra Angelico mnie pochłonął....


Komu będzie dane odwiedzić Florencję, dłużej niż na kilka godzin, to niech pokusi się na tę fascynującą podróż po mnisich celach. Nie pożałuje...
Za te doznania , kiedy jestem w Rzymie, "odwiedzam" skromny, prosty nagrobek Fra Angelico w bazylice Santa Maria sopra Minerva, zapalam świecę i mówię : "Dziękuję Ci Fra Angelico..."

W następnym wpisie przeniosę się na Północ, do Helsinek. Tam zetknęłam się ze sztuką fińską. Okaże się, że oprócz znanej wszystkim Nokii (chociaż to już przeszłość) i prawie wszystkim wódki Finlandia - Finowie mają także coś do zaproponowania.

poniedziałek, 2 marca 2015

Na początek - Fra Angelico (post_2)


Od czego, od kogo zacząć wędrówkę po muzeach? To przerażająco trudne.Chciałabym napisać o wszystkim, ale to przecież niemożliwe.
Przyjmując zasadę, że piszę tylko o tych dziełach, które faktycznie widziałam, o moich przeżyciach z nimi związanych, o fascynacjach, jakie towarzyszą przy ich kontemplacji, rozpocznę od twórcy znanego i nieznanego zarazem. Od Fra Angelico, Fra Giovanni da Fiesole.
Powinnam w zasadzie używać określenia Beato Angelico , bo to postać błogosławiona, patron historyków sztuki i artystów, ale dla mnie to zawsze Fra Angelico - skromny, pobożny, pokorny , skupiony na swoim powołaniu dominikanin, żyjący w XV wieku.
Zetknęłam się z nim przypadkowo, w czasie jednej z objazdowych wycieczek po toskańskiej "prowincji". Cortona -  urokliwe miasteczko na wzgórzu - jest w posiadaniu maleńkiego Museo Diocesano  http://www.diocesiarezzo.it/. Wchodząc do jednej z sal doznałam olśnienia - przede mną znajdował się obraz ołtarzowy, który poraził mnie swoją kolorystyką, ekspresją i jednocześnie urodą. Takich obrazów się nie zapomina! Ujrzałam Annunciazione di Cortona ... Zwiastowanie z Cortony (1430r.)
Przepiękny, olbrzymi anioł, w nieprawdopodobnie purpurowej szacie, pofałdowanej sukni pokrytej złotymi zdobieniami, pochylał się w stronę Matki Bożej. Z jego pleców wyrastały olśniewające skrzydła.Wpatrywał się w Maryję, wskazywał na nią palcem. Maria w czerwonej sukni, przykrytej lazurowym ,obszernym płaszczem, trzyma skrzyżowane dłonie na piersiach. Pochyla się również w stronę anioła, wyciąga szyję chcąc uchwycić każde słowo. Pragnie zrozumieć...Scena pełna napięcia, czuję się nieswojo, jakbym podsłuchiwała czyjąś rozmowę. Purpura i złoto rażą oczy. Obraz oszołamia. Od tego momentu już zawsze Zwiastowanie będzie kojarzyć mi się z dziełem Fra Angelico.
Myślę, a wręcz jestem pewna, że miał świadomość siły, oddziaływania swego obrazu, stąd powtarzał ten motyw jeszcze kilkukrotnie, ale o tym w następnym wpisie...

Nie można było oczywiście robić zdjęć, więc korzystam z innego źródła

http://it.wikipedia.org/wiki/Annunciazione_di_Cortona#mediaviewer/File:Angelico_Annunciation_%28Cortona%29.jpgAnnunciazione di Cortona

niedziela, 1 marca 2015

Powitanie (post _1)

Myślę, że każdy, kto zdecyduje się na prowadzenie bloga, czyli tak naprawdę jakiejś formy publicznego pamiętnika, zadaje sobie pytanie: po co chcę pisać i czy takie odsłanianie swoich myśli ma sens?
Piszemy właściwie o wszystkim, chyba już nie ma tematów tabu.
Zauważam w tym globalnym dzieleniu się myślami niezwykłą chęć nawiązywania kontaktów z innymi, chęć zaznaczenia swojej obecności.
Pewnie z tych samych powodów i ja przyłączam się do piszących.




Wprawdzie temat, jaki chciałabym poruszyć nie jest zbyt popularny, a może to tylko moje wrażenie.
Renne w Muzeum, czyli moje spojrzenie na sztukę poprzez peregrynacje po rozmaitych muzeach, wystawach czy innych przestrzeniach, gdzie można zetknąć się z tzw. dziełem. Rozumiem zatem pojęcie muzeum znacznie szerzej niż używa się go potocznie. Nie jestem odosobniona w takich sposobie  myślenia, bo przecież już dzisiaj wiele miast czy ich fragmentów nazywa się muzeami np.Wenecja, Rzym czy Florencja.
Nie lubię po muzeach "włóczyć" się sama, ale towarzyszy mi w tych wędrówkach mąż lub córka.
Wtedy "na gorąco" można porozmawiać o tym, co się ogląda i co się czuje.
Sztuka - to dla mnie coś więcej niż samo jej oglądanie, to także przeżywanie, czasami wręcz egzaltacja ( jakkolwiek to źle nie zabrzmiało).
Ostatnio, kiedy opowiadałam o siedmiogodzinnym pobycie w Muzeach Watykańskich, mój rozmówca zadał mi pytanie, co można robić tyle czasu w muzeum? To bardzo istotne pytanie.
Mam nadzieję, że właśnie mój blog będzie na nie odpowiedzią.

P.S. z 11 czerwca
Bardzo cieszy mnie fakt, iż trzy miesiące, od kiedy zaczęłam pisać bloga , ciągle ktoś zagląda do powitalnego posta. To mnie motywuje do dalszego pisania i dodaje mi skrzydeł. Zauważam pewne Wasze preferencje w czytaniu. Zastanawiam się, skąd ta lekka niechęć do rzeźby? To tak interesujące formy przestrzenne...




, a ja mam tyle ciekawych opowieści na ten temat!
Miłego czytania...