niedziela, 31 grudnia 2017

Happy New Year 2018 i Marc Chagall w Dalineum (post_105)



Dzisiejszy wieczór jest wyjątkowy. Kończy się Stary Rok a za progiem czeka już Nowy 2018 Rok. 
To moment na podsumowania czy nawet krótkie refleksje o tym, co minęło. Zastanawiamy się także nad tym, co przed nami, co niesie przyszłość. 
Podświadomie robię to także ja, choć obiecałam sobie kilka lat temu, że nie będę  robić noworocznych postanowień, że najważniejsza jest teraźniejszość, chwytanie codzienności i cieszenie się, tym co przynosi każdy dzień.
Ale jednak zatrzymam się dzisiaj na chwilę nad  mijającym czasem.
Piszę bloga trzeci rok. Nie wiem czy to długo czy krótko. Najważniejsze, że każdego dnia zagląda tu ktoś z różnych wspaniałych zakątków świata, czyta moje posty i rozważania o sztuce. To nader miłe i satysfakcjonujące. 
Wszystkim za to bardzo dziękuję. Dodajecie mi motywacji i chęci do dalszego pisania. zauważacie moją pasję, której poświęcam wiele czasu. Doceniacie, że robię to z przyjemnością i zaangażowaniem.         
Ale moimi małymi sukcesami jest namówienie was do dyskusji, rozmów o sztuce, do wymiany poglądów  a nawet do odwiedzenia muzeum czy wystaw. 
Ci, którzy mnie znają osobiście, zwracają się do mnie czasami "Renne"   haha.

W tym czasie przechodzenia pomiędzy starym a nowym czasem, przeniosę się do niezwykłego świata twórczości Marca Chagalla. Doskonale nadaje się na zakończenie roku. Indywidualizm artysty, tajemniczość i wieloznaczność interpretacji czynią jego obrazy, ilustracje czy litografie absolutnie wyjątkowymi.
Kontakt z dziełami Marca Chagalla jest zawsze dla mnie świętem, dlatego też w bardzo deszczowe popołudnie grudnia wybrałam się do Dalineum w Poznaniu, aby obejrzeć zgromadzoną tam kolekcję 44 litografii na czasowej wystawie zatytułowanej  "Przeczucie cudu"   http://artexpo-international.com/dalineum/ 
Właścicielami kolekcji jest rodzina Kesauri i zawsze można w tym prywatnym muzeum porozmawiać o sztuce z którymś z członków niezwykłej  rodziny. To miłe.

To był ciepły, kojący okład na moją duszę. Zapomnienie o ciemności, deszczu i zimnie naszego klimatu. Cudne kolory litografii rozjaśniły mój zwykły dzień. W muzeum byłam sama, mogłam się skupić i delektować sztuką. Uwielbiam to. Tę ciszę i bezpośredni kontakt z dziełem.
Na wystawie zobaczyłam litografie  z cyklu Baśnie Tysiąca i Jednej Nocy czy z cyklu poświęconego Dafne i Chloe oraz pojedyncze egzemplarze powstałe w różnym czasie.
Poniżej litografie z pierwszego cyklu przenoszące nas w świat egzotycznych opowieści.

















Zawsze zachwycam się wizją unoszących się ponad światem kochanków, złączonych w miłosnym uścisku, przepełnionych miłością i tkliwością. Z biografii artysty wiemy, że to malarz ze swoją przedwcześnie zmarłą żona Bellą. Ten piękny, powtarzający się motyw twórczości Chagalla wzrusza mnie najbardziej. Czuję wręcz ból i tęsknotę za ukochaną, za jej umysłowością i ciałem, za byciem razem. To wyjątkowe wyznanie miłości  w świecie pomiędzy światami zmarłych i żywych.

Marc Chagall wrócił do niezwykłych, barwnych opowieści zawartych w legendach i opowieściach o królu  Szachrijarze i jego pięknej żonie Szecherezadzie, która uniknęła śmierci opowiadając królowi historie przez 1001 nocy. Ten zaciekawiony darował swej żonie życie. To istny raj dla artysty, niezliczone tematy do wykorzystania w jego artystycznych wizjach. 

Drugi z cyklów porusza wątek mitologiczny Dafne i Chloe. To również wspaniała opowieść o miłości, miłości spełnionej i romantycznej, jeden z najsłynniejszych antycznych romansów.  Historia o rodzącym się uczuciu dwojga pasterzy z wyspy Lesbos. Opowieść bogata także w zmysłowe wątki, tak bliskie Marcowi Chagallowi. Ten sielankowy świat fascynuje malarza, trochę przypomina rzeczywistość stworzoną przez samego artystę, ale jednak trochę inną, nieco bardziej skomplikowaną i nie tak idylliczną. Może Chagall marzył o takim spokojnym, pozbawionym trosk życiu, skoncentrowanym na rzeczach najprostszych, ale pełnych emocji i wzajemnej miłości?













Mnie uderza w litografiach kolorystyka, która zawsze energetyzuje mój umysł, delikatność kreski, różnorodność wątków, ukryta symbolika i współistnienie tyle pozornie nie związanych ze sobą elementów. Wchodzę w świat Marca Chagalla bardzo szybko, bez szczególnej namowy z jego strony, bo malarstwo artysty po prostu hipnotyzuje i wchłania. 

Tak, dzisiaj ostatni dzień roku, dzień niezwykły a może jednak zwyczajny? Dlaczego wybrałam litografie Marca Chagalla? 
To dość proste. Artysta próbuje nam powiedzieć, świat jest skomplikowany, trudny, czasami bolesny i niezrozumiały, ale jednocześnie pełen barw i uroku, wyjątkowych zdarzeń i ludzi. Ale najważniejsza jest miłość, ten dar od Boga, który unosi nas nad ziemią, odrywa od codzienności, nadaje sens życiu i istnieniu, pozwala nabrać dystansu do trudności. Wszystko jest wtedy łatwiejsze i piękniejsze.

Dlatego życzę wam w Nowym Roku przede wszystkim wiele miłości. 
Unoście się często nad ziemią jak bohaterowie litografii Chagalla!

Happy New Year 2018!!!!
Szczęśliwego Nowego Roku 2018!!!!





środa, 20 grudnia 2017

Z cyklu: Świat obrazów - Zygmunt Waliszewski "Serwantka" (post_104)



Wizyta w muzeum, to znakomite rozpoczęcie soboty. Już pewną tradycją jest mój udział w spotkaniach z cyklu Świat obrazów w Muzeum Narodowym w Poznaniu. Historie z życia wielu dzieł należą do tak fascynujących! Tylu nieznanych lub mało znanych mi artystów. Ciągle się uczę, poznaję, stale jestem ciekawa. Mam  niewątpliwie naturę dziecka. 

Tym razem wykład dotyczył obrazu Zygmunta Waliszewskiego pod tytułem "Serwantka" powstałego w roku 1931. Widziałam go wiele razy, zatrzymywałam się przy nim na chwilę. Na pewno moją uwagę zwróciła kolorystyka. Tym bardziej z większą motywacją wstawałam w sobotni poranek.



Spodobał mi się cytat rozpoczynający prelekcję "Nie można używać życia do interpretowania dzieła. Ale każdy może wykorzystać dzieło do zrozumienia życia" ( Susan Sontag). 
Niektórzy dziwią się moim zainteresowaniom sztuką, wędrówkami po muzeach czy wystawach, ale dla mnie wielka miłość do sztuki to nic innego, jak sposób na życie, próba zrozumienia ludzkiej egzystencji, często poszukiwanie samej siebie i odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. A jest ich mnóstwo! I wierzcie mi, że wiele razy odnajduję odpowiedzi.

Wróćmy jednak do obrazu. Serwantka - to pojęcie jest dość mało używane i mało znane. Serwantki zniknęły już prawie z naszych domów mimo że to nader urodziwe i funkcjonalne meble. Oszklone z trzech stron, aby móc podziwiać znajdujące się w nich zastawy. Często na tylnej ściance znajdowało się lustro, dające efekt przestrzeni i głębi.



W obrazie Waliszewskiego od razu uderza nas nagromadzenie tak wielu naczyń poukładanych na półkach: filiżanki ze spodkami, talerze, dzbanki, kieliszki, bibeloty czy wazy. Dzieło wydaje się wręcz banalne i płaskie, choć przyciągające wzrok kolorystyką z przewagą zieleni i niebieskości.
Dopiero przy dokładnym skupieniu zauważamy postać mężczyzny odbijającą się w lustrze serwantki. Widzimy głowę i tułów, dostrzegamy, że  w rękach trzyma atrybuty malarza, czyli pędzel i paletę. Bez wątpienia to Zygmunt Waliszewski. To jego odbicie w lustrze podkreślone przez zieloną kamizelkę. Lustro jako takie wyróżnia się swoistą symboliką. To spojrzenie w siebie, czasami we własną duszę. 
Zastanówmy się zatem, co widzi artysta? Co chce, abyśmy my także zobaczyli?
Widzi siebie we fragmentach, ukrytego, ledwo widocznego za przytłaczającą kolekcją naczyń. Dlaczego?
Bez znajomości  dramatycznego życiorysu, nie sposób zrozumieć do końca tego dzieła.  Malarz próbuje odzwierciedlić, to co zostało z jego ciała po amputacji nóg. Domyślamy się że siedzi, widać oparcie na plecy, ale nie widzimy, że to wózek inwalidzki. Waliszewski żyje wtedy ze świadomością zagrożenia amputacją rąk. A przecież ręce dla malarza są najważniejsze, to w nich jest ich talent i emocje. Trudno sobie wyobrazić, co czuje człowiek dotknięty taką chorobą, w jakim jest stanie emocjonalnym. Niemożność samodzielnej egzystencji, kłopoty finansowe, brak perspektyw życiowych i realizacji artystycznych planów, doprowadza do depresji, samotności i pewnego rodzaju wykluczenia.

 Autoportret

Waliszewski staje się naczyniem, kruchym, delikatnym zamkniętym w pięknej serwantce, stającej się dla niego więzieniem. Jego postać ginie wśród innych naczyń, staje się niewidzialny, pozostawiony we fragmentach.
Tak, obraz nie daje nadziei. Ciężka choroba i niepełnosprawność sprowadzają artystę do cienia życia, do świata samotności i czekania na wiadomy koniec.
To dość przygnębiające ale czy tak czasami nie jest? Jesteśmy sami wśród innych, którzy nas nie zauważają z wielu powodów, którzy nas pomijają. Wyklucza nas z piękna świata los, fatum, nie pozwala na normalne życie.
Przypomniałam sobie rysunki skandynawskiej artystki, jakie widziałam w muzeum Kiasma w Helsinkach. Ona widziała to wykluczenie trochę inaczej. Jej bohaterowie zanikali, stawali się niewidoczni, ledwo zauważalni na białych kartkach papieru. Waliszewski uzyskuje ten efekt poprzez fragmentaryzację postaci i ukrycie jej wśród bogatej zastawy naczyń.
Czy zawsze widzimy wszystko? Czy nie pomijamy jakiś ważnych, istotnych szczegółów? Czy skupiamy swój wzrok, zainteresowanie tylko na pozorach, pustych gestach czy słowach? A może tylko na samym sobie?
Czy nie warto wsłuchać się i wpatrzeć się z większa koncentracją w otaczającą nas rzeczywistość, aby nie zgubić istoty życia, a przede wszystkim innych ludzi....



Jeden obraz a tyle myśli i refleksji. To wspaniałe i potrzebne każdemu z nas. To nauka życia przez sztukę.






piątek, 15 grudnia 2017

Od romantyzmu do współczesności, czyli Albertinum w Dreźnie ( post_103)


Obraz "Głowa kobiety i maska" Karla Schmidta Rottluffa to jeden z obrazów, który urtwalił się w sposób szczególny w mojej pamięci, po wizycie w znakomitym Albertinum w Dreźnie. 
W ubiegłym roku odwiedziłam Zwinger i oczywiście Galerię Starych Mistrzów. Czy pamiętasz moje posty https://rennewmuzeum.blogspot.com/2016/12/gemaldegalerie-alte-meister-i-moja-top.html  oraz https://rennewmuzeum.blogspot.com/2016/12/il-divino-czyli-boski-rafael.html?
Zajrzyj tam koniecznie. 

Każdy miłośnik sztuki powinien pomyśleć o podróży do Drezna. To urokliwe i pełne turystów miasto, nawet zimową porą, przyciąga także kolekcjami dzieł znakomitych artystów. Moja droga do stolicy Saksonii zajęła zbyt dużo czasu, ale nadrabiam zaległości.
W tym roku postawiłam na sztukę bliższą naszym czasom i wybrałam się na wspaniałą wystawę w Albertinum zatytułowaną Sztuka od romantyzmu do współczesności.
Kto uwielbia i fascynuje się twórczością romantyków, odnajdzie w kilku pierwszych salach doskonałe obrazy przedstawicieli tego kierunku na czele z Casparem Davidem Friedrichem (1774-1840). Nie jest to przypadkowe miejsce. Malarz był związany z miastem i zmarł w Dreźnie.

  The Cementery, ca.1825


 Landscape with a Bare Tree, c.1798

Tematyka  obrazów przenosi widza w dość ponury, ale zarazem tajemniczy świat przyrody, skupiającej na sobie uwagę. Króluje zgaszona, ciemna kolorystyka od głębokich brązów i szarości po butelkową zieleń. Pojedyncze, pozbawione liści drzewa, czasami wręcz uschnięte, z powykręcanymi jak w konwulsjach gałęziami, przynoszą niepokój, lekki lęk i niepewność. Stajemy się refleksyjni.
Czasami na tle tych  krajobrazów pojawia się człowiek, zawsze samotny, niekiedy odwrócony tyłem do widza, zapatrzony w nieokreśloną przestrzeń. Jest wrażenie pewnej skończoności i kresu.
Obraz poniżej, datowany nieco później, pokazuje już zmiany w stylistyce i kolorystyce artysty, ale wrażenie pustki i samotności pozostaje.

The Groses Gehege near Dresdem, 1832

Inne dzieło przedstawiciela romantyzmu, to obraz samotnej kobiety siedzącej na balkonie, wpatrzonej w przestrzeń zamglonego krajobrazu. Autor obrazu Carl Gustaw Carus to  dla mnie artysta całkowicie nieznany. W pierwszej chwili myślałam, że to kolejny płótno Friedricha. Przyglądając się jednak dokładniej zauważyłam dyskretne różnice. Podobieństwo wynika z tego, że Carus był uczniem Friedricha, więc pewnie przejął coś z mistrza.
Tego rodzaju obrazy zawsze mnie intrygują i zatrzymują mój wzrok. Człowiek wobec przyrody, wobec swoich problemów życiowych czy chwilowe zamyślenie, krótka refleksja nad błahym, nic nie znaczącym zdarzeniem dnia codziennego? Odwrócenie postaci wskazuje na jej wyizolowanie, wyłączenie z rzeczywistości, na chwilę odosobnienia.

Carl Gustaw Carus (1789-1869), Woman on the Balcony, 1824

Z twórczością Arnolda Bocklina spotykałam się do tej pory niewiele razy w muzeach, tym bardziej ucieszyły mnie jego dzieła w Albertinum. Szczególną moją uwagę zwrócił obraz poniżej przedstawiający pejzaż słonecznego dnia. Niebo wyjątkowo czyste, lazurowe. Wyczuwa się oślepiający blask słońca. Prawie mrużę oczy. Postaci kąpiące się w niewielkiej rzece położonej wśród strzelistych drzew i płaskich pól. Obraz przypomina bardziej fotografię poddaną specjalistycznym filtrom, jak na instagramie.

Arnold Bocklin (1827-1901), Summer Day, 1881

Walter Georgi to kolejny artysta, z którym spotkałam się po raz pierwszy. Nie odnalazłam zbyt wielu informacji na jego temat. Na pewno miał profesjonalne wykształcenie. Był nie tylko malarzem, ale także znakomitym ilustratorem. Zaprojektował miedzy innymi cykl pocztówek dla Bahlsen.
W Galerii Nowych Mistrzów odnalazłam piękny obraz trzech dziewcząt w białych sukniach pijących kawę. To scena rodzajowa zatrzymująca na chwilę czas relaksu, przyjemności i wyciszenia.

Walter Georgi (1871-1924), Coffee in the Garden, 1894

Edgas Degas -  zawsze miło go spotkać. Jego tancerki niezmiennie fascynują. Nikt jak on nie potrafi uchwycić tych subtelnych momentów przed i po tańcu. Chwil przygotowań, prób ale również refleksji czy zmęczenia dziewcząt.

Edgar Degas, Two Dancers, c.1898

Henri R. de Toulouse- Lautrec  stworzył swój własny malarski świat, do którego przeniósł głównie kobiety lekkich obyczajów, ich rytuały, emocje, brak nadziei , strach czy zwątpienie. Zachowują się na swój sposób wulgarnie ze względu na ubiór czy pozy ciała,  ale nie czujemy niechęci. Bardziej współczucie i zrozumienie. Ten świat mnie niepokoi przez kolorystykę, wirujące, dynamiczne pociągnięcie pędzla.
Myślę, że artysta dobrze czuł się w środowisku ludzi dotkniętych trudami i bólem życia. Nie widział wtedy swojej ułomności.

Henri R. de Toulouse- Lautrec (1864-1901), Two Friends, 1895

Przechodząc do kolejnej  sali Albertinum uśmiecham się. Dlaczego?
Przede mną obrazy artystów najwyższej klasy. Czuję już smak duchowej uczty, jaką mnie czeka poprzez wrażenia dla duszy i ciała.
Pierwszy Paul Gauguin.
Jego egzotyczne dziewczęta zawsze radują serce. Cudowna, ostra kolorystyka ogrzewa serce.
Paul Gauguin (1848-1903), Parau Api. What's New? , 1892

A oto rzadko oglądany przez mnie Edouard Manet. Dostojna Lady w różu spogląda pewnie przed siebie. Nie patrzy na widza. Jest ponad nim i poza nim. Koncentruje się na swoich myślach, może marzeniach.
Edouard Manet ( 1832 -1883), Lady in Pink

Kolejnego malarza witam z entuzjazmem. To Vincent van Gogh. Zaprzyjaźniłam się z nim bliżej w Amsterdamie, w muzeum poświęconemu tylko jego obrazom. Przenoszę więc myśli do ciepłego maja tego roku i mojej krótkiej, ale fascynującej wizyty w Holandii. Kontakt z prawie 200 dziełami van Gogha pozostawia w człowieku tak wiele emocji, radości i energii. To było dla mnie niezwykłe przeżycie. Nie wierzyłam, że tam jestem, otoczona zewsząd obrazami tego wyjątkowego artysty. Apogeum emocji osiągnęłam, kiedy zobaczyłam skopiowany przez niego japoński miedzioryt autorstwa Hiroshige "Bridge in the rain"  , który zwrócił także moją uwagę na jednej z wystaw. Mieliśmy podobne gusta!.
Już myślę o powrocie do amsterdamskiego muzeum, jednego z ciekawszych , jakie miałam szczęście widzieć.
Poniżej jedna z wielu jego martwych natur.

Vincent van Gogh (1853-1890), Still Life with Quinces, 1887/88

 Nie mogło zabraknąć innego przedstawiciela impresjonizmu, jakim jest Claude Monet.

Claude Monet (1840-1926), Jar of Peaches, 1866

Ale artystą, który wywołał u mnie entuzjazm był mniej mi znany ekspresjonista Karl Schmidt-Rottluff. Założyciel w 1905 roku słynnej grupy "Die Brucke", w skład której wchodzili  Kirchner czy  Heckel. Ośrodkiem ich działalności było Drezno. Z kolei w Monachium powstała w 1911 roku inna grupa artystyczna "Der Blaue Riter "(Błękitny Jeździec), kierująca się jednak w stronę ekspresjonizmu abstrakcyjnego. Wśród jej znakomitych członków odnaleźć można takich malarzy jak: W. Kandisky, F. Marc, A.Macke czy P.Klee.
Nie można pominąć  polskich ekspresjonistó skupionych wokół poznańskiego czasopisma "Zdrój" na czele z Jerzym Hulewiczem.Tym artystom poświeciłam jeden z postów przy okazji wystawy w Muzeum Narodowym w Poznaniu. 
Ekspresjoniści odrzucili realizm i naturalizm. Dążyli w swej sztuce do Absolutu, ponad piękno postawili prawdę, stąd tyle w ich obrazach deformacji, groteski czy przekształcenia formy.

Wrócę jednak do Rottluffa. Jego obraz przedstawiony na wstępie dzisiejszego posta pod tytułem "Głowa kobiety i maska" wywarł na mnie ogromne wrażenie, wręcz mnie zahipnotyzował swoją wyrazistością i właśnie ekspresją.


Wywołał u mnie tak wiele emocji. To było jak olśnienie! Ostra, krzycząca kolorystyka jak u fowistów. Twarz kobiety ukryta w geometrycznych formach i wyłaniająca się jej dłoń z maską. Bohaterka ma opuszczoną głowę, spuszczone oczy. Nie spogląda na widza, nie szuka kontaktu, ale widoczne jest jej zadowolenie z dwulicowości. Dotyka maskę z uwielbieniem. Odsłania swą prawdziwą twarz, ale czy na pewno? Ile twarzy ma tak naprawdę człowiek? Dlaczego ukrywa się za maskami kolejnych wcieleń czy ról? Robi to w sposób świadomy czy nieświadomy? Czy krzywdzi w ten sposób innego człowieka? Czy można do końca być autentycznym, prawdziwym i szczerym? Wydaje się to niemożliwe, a jednak każdy z nas oczekuje od innych prawdziwości i dobrych intencji. 
Obraz Rottluffa zadaje mnóstwo pytań, na które warto poszukać odpowiedzi.
Mój zachwyt przeradza się w fascynację artystą. Niewątpliwie zainteresuje się nim w najbliższej przyszłości. Wielka szkoda, że w  1939 wiele z jego obrazów zostało zostało zniszczonych. Był jednych z tych twórców, których dzieła zaliczono do sztuki zdegenerowanej. To efekt zetknięcia polityki, historii i sztuki, nie zawsze z korzyścią dla tej ostatniej.
Poniżej jeszcze choć dwa obrazy Rottluffa.

Karl Schmidt-Rottluff (1884-1976), Lanscape with Trees, 1928

Karl Schmidt- Rottluff (1884-1976), After a Beach, 1912

W Galerii Nowych Mistrzów odnalazłam także obraz innego przedstawiciele grupy "Die Brucke" .To  Erich Heckel.
Erich Heckel (1883-1970), Studio scene, 1910/11

Oczywiście miło było ponownie spotkać obrazy P.Klee. Poznaję go z daleka.


Paul Klee (1879-1940), Sun Gold, 1920

Albertinum może poszczycić się również obrazem znakomitego Pablo Picassa. W tej sali odkrywam, że Galeria Nowych Mistrzów zadbała o doskonałe oświetlenie obrazów. Nawet mój aparat w telefonie komórkowym robi bardzo dobre zdjęcia. Jestem zachwycona.

Pablo Picasso (1881-1973), Fruit, Bowi, Mandolina, Bottle, 1924

A przede mną kolejne odkrycie - kilka obrazów Oskara Kokoschki. Wybieram portret Gitty. Trudno uwierzyć, że w początkowej fazie twórczości jego mistrzem był słynny Gustaw Klimt. Kokoschka jednak kieruje swoje zainteresowania artystyczne w stronę awangardy, także ekspresjonizmu.

Oskar Kokoschka (1886-1980), Portrait of Gitta Wallerstein, 1921
Wcześniej pisałam, że ekspresjoniści odeszli od realizmu, wykorzystywali deformację i brzydotę jako formę odzwierciedlania otaczającej ich rzeczywistości. Ale Otto Dix robi to w wyjątkowy sposób. To nie jest łatwa w odbiorze twórczość. Dla mnie zbyt depresyjna i nie dająca nadziei. Świat jednak ma elementy piękna, mimo wszystko. Do prezentacji wybrałam jeden z łagodniejszych obrazów.

Otto Dix (1891-1969), Family Portrait, 1925

Na zakończenie ciekawy portret Juty. Ostatnio fascynują mnie portrety, oczywiście nie wszystkie. W Albertinum ogromne wrażenie wywarła na mnie sala, nazwana przeze mnie właśnie "portretową". Wśród licznych obrazów odnalazłam dzieło całkowicie nieznanego mi malarza Conrada Felixmullera. Ciągle się uczę, poznaję coś nowego. To zawsze intryguje.

Juta w różowej sukience z założonymi na kolanach rękoma, figlarnie spogląda na widza.

Conrad Felixmuller (1897-1977), Portrait of Juta Kirchhoff, 1928

Od razu zakochana w tej przestrzeni pełnej portretów, zrobiłam zdjęcie. Moim marzeniem jest mieć ścianę pełną obrazów w swoim mieszkaniu. Może kiedyś się spełni?


W czasie jednej z rozmów o moim blogu ktoś nazwał go swoistą autobiografią. Jest w tym zdaniu wiele prawdy. A może to jedna z moich masek?

niedziela, 26 listopada 2017

Ocalić od zapomnienia - Leon Dołżycki "Żałobnica" ( post_102)



Kiedy zobaczyłam zaproszenie na kolejne spotkanie z cyklu Świat obrazów w Muzeum Narodowym w Poznaniu i zdjęcie obrazu "Żałobnica", nie miałam wątpliwości, że muszę znaleźć czas w ostatni sobotni poranek.
Spanie odkładam na emeryturę.
Leon Dołżycki (1888-1965) to nazwisko nie mówiło mi nic. Nie kojarzyłam go z żadnym dziełem. Ty bardziej byłam zaintrygowana nieznanym mi artystą.
Obraz od razu urzekł moją duszę mimo tematu. Doskonała kolorystyka i forma. Był tak czytelny i niejednoznaczny zarazem.


Kim był Leon Dołżycki? Jego biografię można znaleźć w kilku źródłach, choć nie jest ich za wiele. Ukończył znakomitą na tamte czasy Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie, pod czujnym okiem wyjątkowych artystów Mehoffera i Ruszczyca. Ale podążał swoją drogą zachwycony nowymi prądami i kierunkami w sztuce, z jakimi zetknął się podczas podróży po Europie, szczególnie kubizmem czy impresjonizmem. Mieszkał i pracował w różnych miastach Polski. Do ciekawostek, z racji patriotyzmu lokalnego, należy jego dwukrotny pobyt w Poznaniu i praca scenograficzna w Teatrze Wielkim. Przygotowywał oprawę takich do oper jak: "Straszny dwór", "Madame Butterfly" (1919), "Dama pikowa", "Stara baśń", "Aida" (1920), "Młyn diabelski", "Iris" (1931) czy "Quo vadis" (1932). 
Mam wrażenie, że na jego twórczości w istotny sposób zaważył fakt, że większość jego przedwojennych dzieł zostałam zniszczona w czasie Powstania Warszawskiego. Historia i los zabrały mu dorobek artystyczny. Przetrwało tylko kilka obrazów , w tym "Żałobnica". To ogromna strata, trauma dla Dołżyckiego. Także przyczyna wielu jego stanów depresyjnych i zniechęcenia do pracy.
Z życia artystycznego wyłączyła go również decyzja o niewłączeniu się w nurt sztuki okresu realizmu socjalistycznego. Dlatego też żalił się, że trzy czwarte czasu musi poświecić na pracę, która pozwalała mu egzystować. a nie na pracę twórczą.


Moim zdaniem najciekawszy okres jego twórczości, to czas jego związków z formizmem, kierunkiem zapoczątkowanym przez Zbigniewa Pronaszkę.
I bardzo krótko o formizmie, który przeciwstawił się realizmowi w sztuce. Artyści odchodzą od naturalnego pokazywania otaczającej ich rzeczywistości, podkreślają znaczenie formy, także geometrycznej czy rytmizującej. Do głosu dopuszczają kolor, często intensywny i dziki. Formiści nie mogli w ówczesnych czasach być odbierani pozytywnie. Zaczynał się przełom w światowej sztuce, także w Polsce. Inspiracją dla Polaków staje się fowista Matisse czy kubista Picasso.

Niestety z tego okresu twórczości Leona Dołżyckiego zachowało się tylko kilka obrazów. Oprócz "Żałobnicy"  można wymienić "Kosiarza" z 1920 roku  (inny tytuł to "Żniwiarz") czy "Rozmowę" z 1917.

Wrócę jednak do obrazu, dla którego wstałam skoro świt, mimo że dzień wcześniej miałam wyjątkowo wyczerpujący dzień w pracy.


"Żałobnica" - już sam tytuł jest bardzo interesujący i intrygujący. Dość trudny do przetłumaczenia. W języku polskim  słowo żałobnica ma dwa znaczenia. Pierwszy to kobieta uczestnicząca w pogrzebie, drugie wskazuje na gatunek papugi australijskiej z podrodziny kakadu ( czarna z długim ogonem przypominającym welon).
Nie musi być to zatem osoba, która straciła kogoś bardzo bliskiego, ale po prostu w jakikolwiek sposób znała zmarłego.

Bohaterka obrazu siedzi w ciemnoszarej sukni skulona na kanapie. Zajmuje centralną pozycję. Jej głowa jest spuszczona w dół. Układ jej ciała, jego ułożenie zmusza nas do patrzenia na postać z lewej strony. Niewątpliwie uderzają widza intensywne, wręcz krzyczące kolory: fiolet tła, czerwień kanapy, głębia szarości. Ale intensywna kolorystyka obrazu jest łagodzona przez miękkość i obłość  czarnych konturów.
Szukam  światła. Odnajduję je na twarzy żałobnicy wyraźnie podkreślonej i doświetlonej. Na uwagę zasługują czarne, silnie zaznaczone oczy, które podobnie jak ramiona, są opuszczone w dół. Usta wydają się być niejednoznacznie rozchylone.
Żałobnica jest sama, zatopiona w swoich myślach, jakby wyłączona z otaczającej ją rzeczywistości. Artysta uchwycił moment po zakończeniu uroczystości pogrzebowych. Nie wiemy czy to był ktoś bardzo jej bliski, kogo darzyła wielką miłością, być może skrytą i zakazaną. Może pogrążyła się w refleksjach o kruchości życia i przemijania? Wystraszyła się śmierci nieuniknionej dla wszystkich, także dla niej. Czuje się samotna. Wyczuwam jej odosobnienie.
A może to tylko emocje związane z wydarzeniem, zmęczenie? 

Wspaniały obraz. Czym więcej o nim myślę, tym bardziej wydaje mi się niejednoznaczny i wielowątkowy. Tym mocniej mnie intryguje i zmusza do zastanowienia.
Selfie z dziełem obowiązkowo.
Z niecierpliwością czekam na kolejne spotkanie z cyklu Świat obrazów w poznańskim muzeum.