niedziela, 29 listopada 2015

Eila Hiltunen i jej Sibelius (post_51)


Rzeźby  w przestrzeni publicznej, szczególnie miejskiej, odgrywają niezwykle istotną rolę. Pojawiają się wokół nas coraz częściej, ale odnajdujemy ich ciągle zbyt mało. Przynajmniej ja mam pewien niedosyt w tym względzie. Stanowią swoisty dialog pomiędzy sztuką ukrytą w salach i obiektach muzealnych, a odbiorcą, widzem nie zawsze zainteresowanym zwiedzaniem muzeów.
Oprócz naprawdę wielu ról, jakie odgrywają, począwszy od funkcji dekoracyjnej, utrwalającej pamięć o czymś czy o kimś, odzwierciedlającej tożsamość  mieszkańców, czasami angażujących się politycznie czy społecznie, po funkcję miejsca, punktu orientacyjnego, rzeźby przybliżają do sztuki wszystkich bez wyjątku i to bezpłatnie. Podkreślał to niejednokrotnie nasz genialny rzeżbiarz Igor Mitoraj, którego dzieła dedykowane były szerokiej publiczności i zawsze w przestrzeni publicznej.
Poza tym zmieniające się otoczenie dzieła, pory roku, pory dnia, powietrze - wpływają na jego odbiór, jego postrzeganie. Może nawet ludzkie emocje, przeżycia pozwalają widzieć artystyczne wyobrażenia za każdym razem inaczej.  Dzieło w przestrzeni żyje w jakimś sensie "własnym życiem", na które nie ma już wpływu twórca. I to jest według mnie intrygujące...
Pewnie pierwsze zdjęcie, pokazujące fragment rzeźby, nie sprawiło wam trudności w rozszyfrowaniu dzisiejszego tematu, przenoszącego nas tym razem na Północ, do Helsinek.
Wspominałam już o moich zainteresowaniach fińską sztuką i kulturą. Swego czasu miałam okazją przyjrzeć się jej bliżej i częściej. Na pewno pozostała fascynacja stolicą Finlandii, jej rozwojem i tworzeniem nowego, współczesnego wizerunku miasta, zagospodarowaniem przestrzeni publicznej w połączeniu ze środowiskiem naturalnym, bliskością morza. Mimo iż nie przepadam za zimnem i nieustannie wiejącym wiatrem (czesanie staje się zbędne), to właśnie w Helsinkach mogłabym zamieszkać. Znalazłam w nich wiele urokliwych, tajemniczych miejsc, do których także zaliczam Park Sibeliusa usytuowany w dzielnicy Töölö, z cieszącą się nieustanną popularnością rzeźbą - poświęconą twórczości Sibeliusa.




Rzeźba stała się właściwie symbolem miasta, punktem obowiązkowym na trasach  turystycznych Helsinek. Każdy obcokrajowiec chce ją zobaczyć i podziwiać. Znana jest wam na pewno opowieść o dociekliwym Japończyku, który w jedną z rur włożył głowę, a ta utknęła we wnętrzu dzieła. Ciekawość, a może ciekawskość  turystów nie zna granic.

Czy jednak pamięta się o twórczyni rzeźby i jej niezwykłej osobowości ?
Eila Hiltunen (1922-2003) - to fińska rzeźbiarka urodzona we wschodniej Finlandii ( na terenie dzisiejszej rosyjskiej Karelii), która tym abstrakcyjnym dziełem, zrewolucjonizowała myślenie o sztuce Finów. 
Konkurs na projekt rzeźby Sibeliusa miał charakter dwuetapowy i odbył się w latach 1961-62. Miał charakter wydarzenia kulturalnego i społecznego ze względu na bohatera dzieła, narodowego kompozytora. W konkursie wzięło udział pięćdziesięciu artystów, a skład jury II rundy powiększono o międzynarodowych uczestników: Oskara Hansa z Polski, Luciano Minguzzi z Włoch oraz Knuda Hellemose z Danii. Zwycięski projekt, nie od razu zachwycił publiczność, podzielił ją w pewnym sensie na pół.
Rzeźba została zbudowana z 600 rur ze stali nierdzewnej i kwasoodpornej, o zróżnicowanych średnicach, zespawanych razem i osobno. Każda z kilkuset rur była ręcznie teksturowana. Jej długość wynosi 10,5 metra, głębokość 6,5 metra, wysokość 8,5 metra. Cała waży 30 ton !!!
Koncepcja wydawała się Finom zbyt śmiała i niezrozumiała. Odbyła się burzliwa debata publiczna w tej kwestii. Zaskutkowała ona decyzją o włączeniu w projekt elementu realistycznego, przedstawiającego twarz Sibeliusa, co oczywiście wprowadzono w życie.


Powyżej zdjęcie tego fragmentu instalacji, ale ten dodatek nie wydaje się zbyt ciekawy, więc go później już nie fotografowałam. Odnosi się wrażenie jego sztuczności, niedopasowania do całości, stąd chyba usytuowano  go z tyłu rzeźby, jakby w jej cieniu.
Dzieło odsłonięto 7 września 1967 roku, a następnie zamontowano w urokliwej przestrzeni Parku Sibeliusa, położonego praktycznie nad brzegiem jednej z wielu zatok Morza Bałtyckiego, niezwykle malowniczych.
Widok latem...


Tu w nieco innym ujęciu zimą, z tym samym budynkiem nadmorskiej kawiarenki...





Wybaczcie za zdjęcia ze mną, ale wtedy nie wiedziałam jeszcze, że będę prowadziła bloga o sztuce. 
Po zainstalowaniu Sibeliusa w parku, debaty i protesty ustały. 
Eila Hiltunen poświęciła budowie rzeźby cztery lata życia. Połączenie kilkuset rur wcześniej indywidualnie teksturowanych, stanowiło nieprawdopodobny wysiłek fizyczny. Spawanie stalowych rur stanowiło spore wyzwanie, gdyż stal ulega odkształcaniu pod wpływem ciepła. Użyto więc specjalnych przyrządów i zastosowano nowe techniki, aby utrzymać rury w stanie prostym. Wyobraźcie sobie artystkę siedzącą, w roboczych rzeczach, na rurach, trzymającą w jednej ręce palnik spawalniczy, a w drugiej dłoni wąż z wodą, służący do szybkiego chłodzenia stali. W tej arcyciężkiej pracy pomagał jej asystent metalowiec - Emil Kukkonen. Należy ten obraz mieć w pamięci, aby zrozumieć wysiłek towarzyszący procesowi twórczemu. Mówi się, że przy wiejącym, silnym wietrze, co jak wcześniej wspomniałam jest nader częste, rzeźba potrafi "grać"...
Mimo zabezpieczeń, wytwarzane toksyczne opary naraziły Eila na chorobę, jaką była astma oskrzelowa.





Twórczość Eila Hiltunen odegrała istotną rolę i w dalszym ciągu oddziaływuje na sztukę Finlandii. Towarzyska, władająca sześcioma językami rzeźbiarka, podróżniczka otwarta na inne kultury pozostawiłą swoje dzieła w bardzo wielu krajach m.in. Niemczech, we Włoszech ( gdzie zresztą przez jakiś czas mieszkała w wyremontowanej wieży w Toskanii), Kanadzie, Stanach Zjednoczonych czy w Iranie. 
We wrześniu tego roku w Teheranie miała miejsce niezwykła uroczystość związana z projektem odrestaurowania rzeźby artysty "Palmulehto" ( "Palm Grove") powstałej w 1975 roku i zamontowanej w popularnym Mellat Park.  Prace konserwatorskie prowadzone były pod kierunkiem znanego irańskiego rzeźbiarza Ebrahima Eskandari we współpracy z muzealnikami fińskimi. W inauguracji odsłonięcia rzeźby po renowacji uczestniczyli przedstawiciele wysokich władz państwowych obydwu stron. Samo dzieło jest warte obejrzenia, dostało nowe tchnienie i w dalszym ciągu będzie miejscem spotkań teherańskiej młodzieży. W gorącym słońcu i błękicie bezchmurnego irańskiego nieba nabierze blasku, nie tylko złota www.facebook.com/FinnishEmbassyTehran/posts/986366974746854
Jedna rzeźba, jedno dzieło, a tyle opowieści. Pierwszy raz widziałam Sibeliusa w ulewnym, czerwcowym deszczu. Oczarował mnie. Wtedy nie miałam świadomości, że zobaczę go jeszcze wiele razy. Helsinki  są naprawdę blisko...

niedziela, 22 listopada 2015

Sacrum i sztuka, czyli z wizytą u św.Cecylii na Trastevere (post_50)


Nie ma lepszego dnia na refleksje o Bazylice św.Cecylii na Trastevere w Rzymie niż dzisiejszy. 
22 listopada to dzień patronki tego niezwykłego kościoła, a dokładnie dzień jej śmierci, która nastąpiła w roku 230 n.e. Obchodzimy zatem dzisiaj 1785 rocznicę tego wydarzenia. Nieprawdopodobne!
Zdjęcie powyżej zrobione zostało dokładnie trzy lata temu dość wczesnym rankiem, kiedy miałam szczęście włóczyć się po Wiecznym Mieście listopadowa porą. W kościele panował ruch i ożywienie, odbywała się także próba chóru, przed popołudniowymi i wieczornymi uroczystościami, związanymi z tym pięknym świętem dla Rzymian. Miałam więc sposobność podpatrzenia chaosu przygotowań, mimowolnego w nich uczestniczenia. Ten szczególny dzień umożliwiał także wejście do miejsc, na co dzień niedostępnych dla zwiedzających, co oczywiście mnie zachwyciło. 
A Bazylika św. Cecylii należy do tak intrygujących miejsc, że za każdym razem moich rzymskich peregrynacji, "wpadam" choć na chwilę do tego kościoła. Wspominana już na moim blogu Ewa Bieńkowska, autorka rewelacyjnych książek o sztuce, stwierdziła, że każdy ma swój Rzym. I tak faktycznie jest. Zgodnie z tą tezą - i ja mam swój Rzym, a w nim zawsze otwarte serce na tajemnicze i ciągle do odkrycia (jeszcze) Trastevere i św.Cecylię...


Biegnę do tego kościoła dla rzeźby św.Cecylii, autorstwa Stefano Maderno (1570 -1636), znajdującej się u stóp ołtarza, gdzie pochowano męczenniczkę. Pokazuję rzeźbę w zbliżeniu, abyście mogli przyjrzeć się szczegółom tego arcydzieła. Widzimy leżącą, bezwładnie na boku postać delikatnej kobiety, z głową odwróconą od widza i osłoniętą welonem. Na szyi świętej ( tego niestety już nie dostrzeżecie) zaznaczone są trzy cięcia, zadane jej w czasie męczeńskiej śmierci. Biały, lśniący marmur, z którego wykonano postać Cecylii, wydaje się być miękkim, zwiewnym materiałem, a nie twardym, wymagającym obróbki kamieniem.
Święta zostaje przedstawiona przez Maderno w takiej pozycji, w jakiej odnaleziono jej nienaruszone czasem ciało, pochowane w Katakumbach św.Kalista. Ciało św. Cecylii zostaje ekshumowane decyzją kardynała Paolo Emilio Sfondrati w 1599 roku. Prawdopodobnie w ekshumacji uczestniczył także Maderno, mający wtedy dwadzieścia trzy lata. Młody artysta bardzo silnie przeżył to wydarzenie, co według mnie widoczne jest w samym dziele.
Przyznam - rzeźba magnetyzuje, skupia uwagę i nie pozwala myśleć o czymś innym niż o św. Cecylii. Nie można oderwać wzroku od tej postaci, odnosi się wrażenie realności leżącego kobiecego ciała. Atmosfera kościoła, czasami przenikająca cisza, powoduje, że człowiek odrywa się całkowicie od otaczającej go rzeczywistości. Materialność świata zanika. A może ja, wraz z wiekiem staję coraz bardziej emocjonalna. Nie przypuszczałam, że mogę coś takiego napisać..




Tu w innej perspektywie, w oddaleniu....Zwróćcie uwagę na usytuowane w głównej absydzie, cyborium Arnolfa di Cambio z 1293 roku (!) - fascynujące dzieło artysty. Podtrzymują je cztery delikatne kolumny wykonane w czarnego i białego marmuru wzbogacone postaciami świętych , ewangelistów i aniołów. "Koronkowa" robota !



Opis męczeńskiej śmierci św. Cecylii odnaleziono w rękopisie z V wieku. Pochodząca z senatorskiej rodziny dziewczyna, ponoć olśniewająco piękna, przyjmuje ślub czystości i ukrywa się ze swoją wiarą przed otoczeniem, także rodziną. Przyobiecana poganinowi Walerianowi, w przeddzień ślubu wyznaje mu prawdę o sobie i swej wierze, prosi o uszanowanie dziewictwa. Walerian się nawraca wraz ze swoimi braćmi. Cecylia i Walerian doznają prześladowań i zostają skazani na śmierć. Oczarowani jej urodą oprawcy namawiają ją do wyrzeczenia się Boga. Wielu z nich pod wpływem niezwykłego oddziaływania młodej kobiety się nawraca. Cecylia trwa jednak w swoich przekonaniach. Zostaje powieszona w łaźni swego domu nad ogniem i duszona parą. Nie umiera jednak..
Poniżej zdjęcia z niewielkiej powierzchniowo, ale nader bogato ozdobionej kaplicy bazyliki  zbudowanej nad miejscem kaźni...Metalowa osłona w posadzce pozwala zobaczyć pozostałości po domu św.Cecylii.. Fantastycznie zachowane freski, obrazy i rzeźby. Jest na czym"zawiesić oko", no i emocje związane z tą niezwykłą przestrzenią.
To miejsce można zobaczyć tylko dzisiaj ( chyba że coś się zmieniło)....

















Cecylia ciągle żyje, więc rozgniewany namiestnik wydaje wyrok ścięcia ją mieczem, który sięga szyi męczenniczki trzykrotnie. Dziewczyna umiera po trzech dniach....
Kult związany z postacią św.Cecylii, patronki Rzymu wciąż jest silny i żywy, o czym mogłam się naocznie przekonać. Stała się ona także inspiracją dla bardzo wielu artystów, przedstawiających naszą bohaterkę jako piękną, uduchowioną kobietę, najczęściej z jakimś instrumentem - cytrą, harfą czy lutnią. Zdarza się, że towarzyszy jej anioł.
Nam dzisiaj pozostała cudowna artystyczna wizja, wyrażona przez Stefano Maderno, wzbudzająca wciąż ogromne emocje i przeżycia. Dla mnie - to jedna z piękniejszych rzeźb, jakie miałam szczęście zobaczyć.
Dla miłośników sztuki - Bazylika św. Cecylii to punkt obowiązkowy.
Skupiłam się dzisiaj jedynie na rzeźbie i postaci św.Cecylii, ale przecież w bazylice jej poświęconej można odnaleźć inne wspaniałe dzieła. Osobnej i szczególnej uwagi wymaga mozaika w Absydzie czy ukryty na chórze świątyni ( niewidoczny z wnętrza obiektu) genialny fresk Pietro Cavalliniego "Sąd Ostateczny" z niezwykłym wyobrażeniem aniołów. Majstersztyk!!! Ale jak to z wyjątkowymi zabytkami bywa, trzeba się trochę natrudzić, a przede wszystkim zorganizować, aby ten fresk zobaczyć. Wędrowanie po Rzymie wymaga często dość wczesnego wstawania...
Do Bazyliki św. Cecylii na pewno wrócę (a przynajmniej mam taką nadzieję), a jeśli ktoś z was "zabłądzi" do Rzymu w najbliższym czasie, a stolica Italii późną jesienią czy zimą należy również do interesujących kierunków podróży,  to znajdźcie chwilę dla Stefano Maderno i jego arcydzieła...


niedziela, 8 listopada 2015

Van Gogh z Nikisza i inni członkowie Grupy Janowskiej (post_49)


Moja praca zawodowa obfitowała ostatnio w krótkie, aczkolwiek nader interesujące wyjazdy służbowe, przynoszące również możliwości zetknięcia się z kulturą czy sztuką danego regionu.
Katowice - miasto, które pamiętałam sprzed trzydziestu lat, zaskoczyło mnie ogromnie wspaniałym wizerunkiem metropolii łączącej nowoczesność z tradycją, dla której kultura stanowi wartość priorytetową. Nowy kompleks budynków tworzących Muzeum Śląskie www.muzeumslaskie.pl/ czy niezwykła sala koncertowa Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia (NOSPR) www.nospr.org.pl/ - to rewelacyjne obiekty, tworzące Strefę Kultury usytuowaną na terenach dawnej Kopalni Węgla Kamiennego Katowice. Wobec takich działań nie można przejść obojętnie. To trzeba bezwzględnie zobaczyć.
Jestem pod wielkim wrażeniem zmian, jakich tutaj dokonano, a widok z 47-metrowej wieży kopalnianej na wieczorne miasto - bezcenny!
Zetknęłam się także, w Dziale Etnologii Miasta ( Oddziale Muzeum Historii Katowic) położonym na terenie klimatycznego Nikiszowca, z malarstwem fascynujących twórców nieprofesjonalnych, związanych  z Grupą Janowską. Pochłonęli mnie od razu, od pierwszego wejrzenia. I to im chciałabym poświęcić dzisiejsze refleksje.
Prawdę mówiąc, to każdy z członków Grupy zasługuje na osobny post. Wyjątkowe osobowości, skomplikowane i barwne biografie, a przede wszystkim intrygujące oryginalne malarstwo. Tytuł posta "Van Gogh z Nikisza"  zaczerpnęłam z tytułu wystawy z 2003r. poświęconej Ewaldowi Gawlikowi - malarzowi, którego obrazy tak mnie zafascynowały, że obejrzałam wczoraj film "Paciorki jednego różańca" K.Kutza, aby wejść w klimat dzielnic zamieszkałych przez dość zamkniętą społeczność górników borykającą się z problemami socjalizmu.
To obraz Gawlika, utrwalający ginący świat Giszowca, umieściłam na wstępie. Tę enklawę pozostałych do dzisiaj  górniczych domów mogłam naocznie podziwiać i chociaż chwilę poczuć atmosferę tego miejsca.

                               Teofil Ociepka, fruwająca krówka Saturna, bez daty

Opowieść o malarstwie tak różnorodnie określanym, jako prymitywnym, naiwnym, amatorskim, nieprofesjonalnym, a przez Francuzów nazywanym "sztuką gołębiego serca", rozpocznę od dzieł założyciela i lidera grupy - Teofila Ociepki.
Jednakże choć kilku zdań wymaga wyjaśnienie, czym była właściwie Grupa Janowska, na czym polegał jej nieprawdopodobny fenomen?
Grupa powstała w 1946 roku jako "Koło Malarzy Nieprofesjonalnych" i działała w siedzibie  Zakładowego Domu Kultury Kopalni "Wieczorek". Należeli do niej górnicy, często tzw. dołowi, wykonujący najcięższe, najbardziej niebezpieczne prace w kopalni.
Skąd u nich zainteresowanie sztuką, potrzeba uzewnętrzniania swoich myśli czy emocji na papier? Skąd potrzeba cotygodniowego spotkania, przynoszenia swoich dzieł, dyskutowania na ich temat? Czy miała być to przeciwwaga dla ponurej, trudnej i "ciemnej" codzienności? Chęć znalezienia innego sensu życia? Brak możliwości kształcenia? Większość  członków grupy miała za sobą traumę wojny czy nawet zesłania na Syberię, funkcjonowała także poza swoją rodzinną społecznością.
Może zetknięcie się ze śmiercią, cierpieniem, bólem, ulotnością i kruchością istnienia wyostrzyło ich wrażliwość, pozwalało widzieć więcej mimo szarej, otaczającej ich rzeczywistości, skierowało ich zainteresowania ku duchowości? 
To, co łączy malarzy Grupy Janowskiej, to niewątpliwie kolorystyka ich obrazów, ostra, wyrazista, z przewagą czerwieni. Ich obrazy krzyczą, jak obrazy fowistów. Pragną być od razu zauważeni, zwracają na siebie uwagę. Poza tym, wiele ich dzieli i różnicuje, odmienne są ich inspiracje do artystycznych wyobrażeń. I to według mnie jest fascynujące!

Teofil Ociepka (1891 -1978), jak już wspomniałam, był liderem Grupy. Urodził się w Janowie, pracował jako maszynista w kopalni "Wieczorek", często nazywany jest  polskim "celnikiem Rousseau". Przyznam, że nie znając szczegółów jego biografii i ja miałam od razu skojarzenia z obrazami słynnego Henriego Rousseau. Związany z Lożą Różokrzyżowców, zaintrygowany okultyzmem. Na jego sztukę istotny wpływ wywarły także legendy, baśnie czy opowieści o kopalnianych duchach.


Dla porównania Henri Rousseau "Dżungla równikowa", 1909

 

 


















                                                                                         wikipedia.org 
Ociepka nader poważnie podchodził do malarstwa, uważając je za swego rodzaju posłannictwo. Podejmował tematy Dobra i Zła, a wśród jego szczególnych zainteresowań był Saturn  wraz  z wyobrażeniami swoistej fauny i flory. W swe dzieła wplatał idee różokrzyżowców. Stąd obrazy z cyklu Lew Saturn czy Krówka Saturna. Artysta oczywiście nie wpisywał się w ówczesne kanony sztuki. 

Kolejnym malarzem z Grupy Janowskiej wartym zauważenia jest Erwin Sówka ( ur.1936) urodzony w Giszowcu, rzecz jasna związany zawodowo z kopalnią "Wieczorek". 

                                                     Erwin Sówka, Łza św.Barbary, 2005

 
                                                              Erwin Sówka, Iluzja snu, 2001

                                             
                                               Erwin Sówka, Życie wewnętrzne, 1997

Artysta w charakterystyczny sposób przedstawia kobiety. Fascynował go Daleki Wschód , kultura sumeryjska, także okultyzm. W scenerię znanych sobie miejsc, często Nikiszowca wprowadzał bohaterów obrazów. Jego dzieła przenikają nurtujące go pytania o sens ludzkiego życia. Jak sam mówi "Jo bez przerwy myśla nad światem". 
To jedyny dzisiaj żyjący artysta należący do pierwotnej Grupy Janowskiej.

Paweł Wróbel ( 1913-1984) także urodził się na Śląsku, w Szopienicach. Górnik kopalni "Wieczorek", mający za sobą doświadczenia w łagrze na Kamczatce. Doczekał się miana śląskiego Brueghela i coś w tym jest, szczególnie w scenach rodzajowych pokazujących wszelkie uroczystości rodzinne. Jego twórczość wyróżnia się niezwykłą kolorystyką. Podobnie jak inni artyści utrwalał znane mu krajobrazy, przede wszystkim Szopienic, Janowa czy Nikiszowca.






Zwróćcie uwagę na charakterystyczne czerwone kominy, hałdy węgla czy kopalniane szyby. Mimo pozornej prostoty, obrazy Wróbla zawierają mnóstwo szczegółów czy niuansów. Nie należą do jednoplanowych.

A na zakończenie Van Gogh z Nikisza, czyli Ewald Gawlik (1919-1993). Jestem pod wrażeniem jego twórczości, najmocniej mnie zaintrygowała.
Malarz urodził się w Nikiszowcu, z górnictwem związany poprzez ojca, który pracował w administracji kopalni Giesche w Janowcu, a następnie zmuszony sytuacją życiową i mieszkaniową do pracy fizycznej w kopalni "Wieczorek". To jedyny artysta z Grupy Janowskiej, który marzył o malarstwie, nieco kształcił się w tym kierunku, a nawet zdał egzaminy do Drezdeńskiej Akademii Sztuk Pięknych, ale wojna brutalnie przerwała te zamierzenia. Wojna, przymusowe wcielenie do Wermachtu, wyjazd na koło podbiegunowe do Finlandii - odcisnęły swe piętno na dalszym życiu artysty. Zmuszony do podpisania oświadczenia o rezygnacji ze studiów i dożywotniej pracy fizycznej, nie może odnaleźć swej dalszej drogi, jego los związuje się ze środowiskiem górników.



 

 

 Wstąpienie się Gawlika do Grupy Janowskiej w 1955 roku, dawało mu możliwość powrotu do malarstwa, odnalazł zrozumienie w artystycznym środowisku, łagodziło ból pracy fizycznej. Utrwalał krajobrazy i pejzaże, które zaczynały odchodzić w niepamięć. Często tematem jego dzieł stawał się Giszowiec, gdzie ostatecznie zamieszkał.  
Warto przyjrzeć się postaciom przywoływanym w obrazach Van Gogha z Nikisza - zawsze mają zamknięte lub przymknięte oczy, nie spoglądają na widza. Według Gawlika człowiek powinien skupić się na swym wnętrzu. Nie potrafię tego potwierdzić, ale ponoć tylko kilku bohaterom Gawlik otworzył oczy: Judaszowi, diabłu i starej kobiecie. To niezwykle interesujące. Jeśli pamiętacie moje opowieści o florenckich freskach przedstawiających ostatnią wieczerzę, to na jednym z nich Judasz, samotnie siedzący poza stołem, spogląda wprost na widza, wręcz wpatruje się w niego. Na obrazie Gawlika spogląda na Jezusa, dość ironicznie zresztą.


U Gawlika nawet Bóg zamyka oczy. Oprócz tematyki obrazującej sceny z okolicznego życia, artysta wiele uwagi poświęcił obrazom religijnym. Rewelacyjny jest obraz przedstawiający ukrzyżowanie Chrystusa.

Czy takiego artystę można określić mianem twórcy malarstwa naiwnego czy nieprofesjonalnego? Nie wydaje mi się. Ja - widzę bardzo dojrzałego, świadomego swych uzdolnień malarza.

Nie wyczerpałam tematu, ledwo powierzchownie skierowałam uwagę na malarstwo mniej znane, ale warte szczególnego zainteresowania.
Pewnie kiedyś do Nikiszowca czy Giszowca dotrę już sama, własnym szlakiem,co lubię najbardziej, aby przyjrzeć się malarstwu górników, dla mnie wyjątkowych artystów.