niedziela, 24 stycznia 2016

W drodze do impresjonizmu - malarze Normandii, suplement (post_57)

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/7/73/Angrand_-_Little_Farm.jpg

Niezmiernie satysfakcjonuje mnie fakt, iż tak często wczytujecie się w moje refleksje o trwającej jeszcze do 14 lutego wystawie, eksponowanej w poznańskim Centrum Kultury Zamek, zatytułowanej skromnie "Malarze Normandii" http://rennewmuzeum.blogspot.com/2015/10/w-drodze-do-impresjonizmu-czyli-malarze.html
Autorem obrazu pokazanego na wstępie, jest Charles Angrand, Little farm, 1890, (wikipedia.org).
Mam nadzieję, że zdążę ponownie przyjrzeć się tej interesującej kolekcji obrazów zgromadzonych przez Radę Regionu Dolnej Normandii http://www.peindre-en-normandie.fr/
ostatnimi laty pokazywanej w wielu krajach europejskich, jak i poza Europą. Dla przypomnienia, na stałe kolekcja prezentowana jest  przez Abbaye aux Dames w Caen
Jeśli jednak nie udałoby mi się tego uczynić, to następną okazją do zapoznania się z kolekcją będzie najprawdopodobniej wizyta w Szczecinie.
I to jest wiadomość z ostatniej chwili. Wyczytałam, że dyrekcja szczecińskiego Muzeum Narodowego przekonała stronę francuską do pokazania obrazów w tym pięknym, prawie nadmorskim mieście. Nie piszę tego absolutnie z przekąsem. W Szczecinie spędziłam wspaniałe pięć lat moich pierwszych studiów i pozostawiłam tam bardzo wiele młodzieńczych wspomnień, związanych także ze świetnymi wystawami malarstwa polskiego czy teatralnymi spektaklami.
Prawdopodobną datą wernisażu jest 26 lutego, ale na stronach Muzeum nie znalazłam jeszcze żadnej wzmianki na ten temat. Ciekawostką ma być także możliwość zakupu, oprócz poznańskiego katalogu z wystawy, oryginalnego  francuskiego katalogu kolekcji.
Wystawa "Malarze Normandii" na tyle mnie zaintrygowała, że nie wsłuchując się w głosy niezadowolonych  czy może bardziej rozczarowanych, oddałam się poszukiwaniom wiedzy o niektórych artystach, szczególnie mało lub praktycznie nieznanych w Polsce, których dzieła zwróciły moją uwagę. Poszukiwań nie mogę zaliczyć do prostych. Dlatego też żałuję, że pomysłodawcy tego niewątpliwie istotnego wydarzenia, nie pomyśleli o przekazaniu w jakiejś ciekawej, przystępnej formie, szerszych informacji o twórczości eksponowanych malarzy. Może we francuskiej wersji katalogu takie informacje się znajdą ( podejrzewam, że bez tłumaczenia na język polski...).
Odnoszę także wrażenie, że owo nieprzygotowanie publiczności do odbioru sztuki nieznanej, a skupienie się w reklamie wystawy na wielkich nazwiskach, stało się właśnie powodem przywoływanych przeze mnie negatywnych opinii.
Jak zatem odczytać naczelną ideę pokazywanych dzieł? Przede wszystkim jako odzwierciedlenie rewolucyjnych zmian zachodzących w sztuce, szczególnie w malarstwie na przełomie XIX i XX wieku. A Normandia ze swoimi krajobrazami, kolorystyką i tym wyjątkowym światłem, stała się krainą nowych twórczych poszukiwań, spojrzeń na otaczającą rzeczywistość, jak również miejscem wymiany myśli, poglądów, artystycznych eksperymentów czy wręcz "narodzin" niezwykle wielu artystów, w tym rewelacyjnego Claude Moneta, jak również tworzenia się nowych kierunków w sztuce. Nie wiem czy macie świadomość, że skromny Eugene Boudin, który 1857 roku spotkał młodego Claude Moneta, przez wiele miesięcy pracował z nim razem i wprowadzał w tajniki sztuki malarskiej. Ci dwaj artyści stali się przyjaciółmi na całe życie.
Dla mnie wystawa "Malarze Normandii" - to preludium, forma przejścia pomiędzy dwoma różnymi, artystycznymi epokami i dlatego wymaga zdecydowanie szerszego kontekstu. Tego zabrakło.
Dzisiaj chciałabym Wam przybliżyć kilku malarzy, oczywiście subiektywnie przez mnie wybranych, według mnie wartych odrębnego potraktowania
Rozważania rozpocznę od artysty, którego dzieło rozpoczęło wpis, a mianowicie  - Charles Angrand ( 1854- 1926).
Pochodzący z Normandii malarz, uzyskał artystyczne wykształcenie w Académie de Peinture et de Dessin w Rouen. Zafascynowany twórczością Camille Corot, jedzie na jego wystawę do Paryża. Tam znajduje potwierdzenie dla swego malarskiego powołania. Przełomem w jego życie staje się poznanie w latach 80-tych XIX wieku Georgesa Seurat. Dzięki niemu uczestniczy w Salonie Niezależnych. Poznaje również innych istotnych artystów, w tym Paula Signaca, Vincenta van Gogha, Maxymillien Luce. Jego zainteresowania koncentrują się na technice pointylizmu, różniącej się nieco od tej uprawianej przez  Seurat i Signac. Obrazy zdominowane zostają przez nieco przygaszone barwy, łagodne, zbliżone do pastelowych, tworzące jakby swoiste cienie.

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/3/38/Angrand_-_The_Harvest.jpg
                                                                 The Harvest, 1890
                                                                      wikipedia.org 

Po śmierci swego przyjaciela Seurat, Angrand doznaje załamania psychicznego i przestaje malować. Na szczęście wraca do pracy twórczej w 1906 roku. Odnajduje się w rysunku ołówkiem Conte. Powstają prace z cyklu "Macierzyństwo". Następnie obiektem jego aktywności artystycznej stają się pastele, które tworzy do końca życia. 

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/9/93/Charles_Angrand%2C_Mother_and_Child.jpg
                  Mother and Child
                   wikipedia.org 

Odnalazłam jeszcze dwa kolorowe pastele na stronach Galerie Bertran w Ruon 
Zwróćcie uwagę na informacje o wystawach poświęconych twórczości tego artysty, jakie odbyły się w 2011 i 2007 roku. Obie na pewno fascynujące, a szczególne wrażenie robią prace wykonane techniką ołówka Conte/

Pierre Dumont (1884-1936), to kolejny francuski malarz, który zauroczył mnie swoim obrazem pt." Kościół w Vetheuil" z roku 1924 ( pokazywanym przeze mnie w poprzednim poście). Pośród stonowanych w swojej kolorystyce obrazów prezentowanych na wystawie, Dumont wyróżniał się ostrością kolorystyki, gwałtownością, spontanicznością ruchów pędzla. Sposób malowania, prowadzenia pędzla, wyrazistość w nakładaniu farby przywołał skojarzenie z mistrzem Vincenten van Gogh. Niestety nie jestem w posiadaniu zdjęć innych jego obrazów, ale udało mi się odnaleźć galerię dziesięciu płócień z nader fascynującej Galerii Bertran w Rouen. Wystarczy jedno kliknięcie.
Mnie szczególnie urzekł obraz pt. "La Bouille, Rhéa à l’hôtel Saint-Pierre - Huile sur toile signée en bas à droite" przedstawiający kobiete w kapeluszu siedząca na tarasie z widokiem na jezioro. Rewelacyjne, ciepłe barwy, tryskające energią i światłem. Takie zatrzymanie chwili, ulotności istnienia. Piękne ruchy pędzla.
Sztuka Dumonta, bardzo widowiskowa, świetna do prezentacji, jak widać jest pokazywana na indywidualnych wystawach. Odnalazłam także katalog artysty, na tyle interesujący, iż zastanawiam się nawet nad jego sprowadzeniem z Francji.

Robert Antoine Pinchon (1886-1943), wybrany przeze mnie ze względu na bogata kolekcję obrazów, które można odnaleźć w internecie. Fascynujący artysta, nie ograniczający się w tematyce swoich dzieł, od wspaniałych pejzaży z mostami, po wiejskie natury w różnych porach roku czy obrazy marynistyczne.

                                          1904, Triel sur Seine, le pont du chemin de fer
                                                                     wikipedia.org 

                                                                                        
                                               1921, Le Jardin maraicher
                                                              wikipedia.org 
 


                                                   1905, Paysage d'hiver (Le chemin, neige)
                                                                     wikipedia.org 
Liczę, że zaintrygowałam Was choć kilkoma niezwykle ciekawymi artystami, z którymi można przez moment zetknąć się na opisywanej wystawie. Niewątpliwie jest ich więcej i  pewnie każdy z nich przy bliższym poznaniu wyda się fascynujący. Dlatego też do "Malarzy Normandii" należy podejść intuicyjnie i spontanicznie, otworzyć się na coś nowego i nieznanego.
Jestem przekonana, iż wszyscy znajdziemy coś dla siebie, co nam się spodoba, co wywoła pozytywne emocje i piękne wrażenia. Należy jedynie po powrocie do domu, zrobić mały rekonesans, poszperać, przyjrzeć się artyście zdecydowanie głębiej. 
Wierzę, że wtedy nikt nie będzie czuł się zawiedziony.

Całość kolekcji odnajdziecie na stronie











niedziela, 17 stycznia 2016

Jan Chrzciciel, Salome, czyli sobotni poranek z Jackiem Malczewskim (post_56)


Wczorajszą sobotę, po dość pracowitym i wyczerpującym tygodniu, rozpoczęłam od wizyty w Muzeum Narodowym w Poznaniu. Mimo zimna i chłodu styczniowego poranka, wybrałam się na wykład poświęcony obrazowi Jacka Malczewskiego "Święty Jan Chrzciciel", przygotowany w ramach działań edukacyjnych dla dorosłych pt."Świat obrazów". 
Myślę, że od czasu do czasu warto, aby taki skromny miłośnik artystycznej twórczości jak ja, wsłuchał się w opowieści  przekazywane przez znawców i specjalistów -  historyków sztuki. Poza tym forma wykładu, prowadzonego bezpośrednio przez dziełem, należy do wyjątkowo interesujących. Dla mnie - to najlepszy kontakt z artystą, nie do zastąpienia, nawet najlepszym zdjęciem w albumie czy w internecie. Dlatego też zawsze będę namawiała Was i motywowała siebie do osobistego kontaktu, konfrontacji z wytworami ludzkich wyobrażeń, oczywiście w miarę naszych możliwości, chęci, a przede wszystkim czasu. Większości dzieł  nie zobaczymy nigdy, ale nie jest to powód do rozpaczy. Wtedy na ratunek przychodzą właśnie muzea czy galerie online...
Koniecznie muszę dodać, iż chętnych i zainteresowanych prezentacją obrazów Jacka Malczewskiego było naprawdę wielu, co mnie osobiście niezmiernie ucieszyło....
Bohaterem poranka stał się nie tylko pokaźnych rozmiarów "Jan Chrzciciel", zakupiony w 1970 roku, stanowiący stały element kolekcji poznańskiego muzeum, gromadzącej największą liczbą dzieł Malczewskiego w Polsce, ale również dwa "gościnne" obrazy, wypożyczone od prywatnych kolekcjonerów, co niewątpliwie przyciągnęło tak liczną publiczność.

                                                                      Jacek Malczewski, Jan Chrzciciel, 1911

Życie Jana Chrzciciela, proroka, postaci ewangelicznej, należy do bardzo eksploatowanych tematów, szczególnie w malarstwie, począwszy od malarstwa dawnego po współczesne. Twórcy skupiają się na pokazaniu jego dzieciństwa, młodości, działalności, ale głównie okolicznościom śmierci, opisanym w Biblii, nierozerwalnie związanym z postacią Salome, córką Herodiady.
Kiedy myślę o Janie Chrzcicielu, mam natychmiastowe skojarzenia z obrazami mistrza Caravaggia i cyklem poświęconym młodziutkiemu prorokowi, od wizji prawie nagiego, wręcz wyuzdanego Jana oddanego wielkiej, niczym nieskrępowanej radości i beztrosce z Muzeów Kapitolińskich, poprzez zamyślonego, magnetycznego i wpatrzonego w widza z Galerii Borghese, po Jana ze spuszczoną głową, bez widocznej twarzy, ukrywającego swe oblicze. Ten ostatni wizerunek miałam okazję zobaczyć w urokliwej, niewielkiej Galerii Corsinich w Rzymie ( może dojrzycie go na zdjęciu http://galleriacorsini.beniculturali.it/index.php?it/106/sala-7-camera-verde )
Wtedy właśnie zafascynowała mnie wizja samotnego, jakby poza czasem Jana Chrzciciela...
Wróćmy jednak do historii Salome. Matka pięknej dziewczyny - to wnuczka Heroda Wielkiego, żona Heroda III. Porzuca jednak swego męża i związuje się z Herodem Antypasem. Związek tych dwojga budzie powszechne zgorszenie i oburzenie. Krytyczny głos w tej kwestii zabiera także Jan Chrzciciel. Herodiada wykorzystuje zachwyt swego kochanka, tańcem Salome  i namawia córkę, aby zażądała  w darze głowę Jana Chrzciciela. Herod wydaje rozkaz i życzenie Salome się spełnia - głowa proroka zostaje przyniesiona na tacy. Tekst Ewangelii nie zawiera opisu samego momentu śmierci. I właśnie przestrzeń czasowa pomiędzy wydaniem wyroku a ofiarowaniem Salome głowy Jana Chrzciciela, jest od wieków wypełniana artystycznym wizjami niezliczonych, wybitnych artystów. Nie wiem czy pamiętacie uładzoną, niewinną dziewczynę w turbanie z obrazu Guido Reni, trzymającą w obu dłoniach tacę, na której leży ucięta głowa proroka, z postu poświęconego temu Bolończykowi http://rennewmuzeum.blogspot.com/2015/07/guido-reni-malarz-z-bolonii.html ?
Z motywami Jana Chrzciciela i Salome nie sposób się nie zetknąć.
Zainteresowanych odsyłam do galerii, pokazującej w przekrojowej formie, różnorodne postrzeganie tych postaci https://pl.wikipedia.org/wiki/Salome_III
Wartoteraz przyjrzeć się bliżej obrazowi Malczewskiego...
"Jan Chrzciciel" uderza mnie niewątpliwie od razu mocną, wyrazistą, choć nieco chaotyczną kolorystyką. Żydowski prorok zostaje umiejscowiony w centralnym miejscu. Wszystko poza nim stanowi jedynie tło, można je spokojnie ominąć, nie zauważyć. Jego silna, umięśniona sylwetka budzi respekt, przypomina nieco renesansowych bohaterów fresków Michała Anioła. Moja wyobraźnia przenosi mnie do Kaplicy Sykstyńskiej i postaci mocarnego Chrystusa. Duchowo obie postaci są nierozerwalnie z sobą związane. Jan Chrzciciel tak mocny, pewny siebie, z rozwianymi, pięknymi długimi włosami, głową lekką uniesioną do góry, z półprzymkniętymi oczyma, jakby chciał powiedzieć "Jestem spokojny, gotowy, wiem co się wydarzy, czekałem na ten moment chwilę, nie ma we mnie lęku i strachu -  niech się stanie, niech się wypełni". Jan Chrzciciel emanuje ogromną mocą i siłą, wręcz razi przekonaniem o słuszności wydarzeń. Milkniemy... wiemy, co się za chwilę wydarzy...Zestawiam tę siłę z delikatnym, dziecięcym Janem Caravaggia.
Prowadzący wykład sporo czasu poświęcił na rozwikłanie zagadki, kim był model, pozujący do roli Jana Chrzciciela. Mnie się to wydaje mało istotne, choć niewątpliwie ciekawe.
Czy postać masywnej kobiety przedstawionej z prawej strony, w karminowej sukience, z demonicznym, dziwnym uśmiechem, to Salome? Pojawiają się wątpliwości, także ze względu na powtórzenie fragmentu kobiecego ciała z lewej strony dzieła, już bez twarzy. A może to Śmierć, która przyszła po proroka, która go zaczyna osaczać i otaczać z każdej strony, jest już blisko. Widać jakieś narzędzie, przypominające kosę, a u nóg Chrzciciela widnieje topór - przedmiot zbliżającej się zbrodni...
Natomiast nad Janem Chrzcicielem widnieje naga, leżąca postać, leniwie wylegująca się na łonie natury, jakby przyglądają się nadchodzącym wydarzeniom.
Doskonale korespondują z powyższym obrazem dwa pozostałe, pochodzące z prywatnych zbiorów, przedstawiające wyobrażenia Malczewskiego o Salome.

                         
                                                   Jacek Malczewski, Portret kobiety jako Salome, 1909


                                                                Jacek Malczewski, Salome, 1909

Interesujące są daty ich powstania, wcześniejsze niż "Jan Chrzciciel". Jakby Malczewski chciał najpierw uporać się z postacią Salome, pozornie niewinnej śmierci proroka, a później dopiero szukał artystycznego wyobrażenia o Chrzcicielu. Na obu obrazach odnajdujemy motyw głowy położonej na tacy. Sposób przedstawienia uciętej głowy, szczególnie w perspektywie widzianej na drugim obrazie, nawiązuje do fascynacji Malczewskiego "Martwym Chrystusem" Andrea Mantegna, widzianym przez niego w Pinacoteca di Brera w Mediolanie ( jeszcze mocniej zauważalnej w obrazach "Śmierć Ellenai"). Tace z głową Jana Chrzciciela umiejscowione są jednak w innych miejscach. Na pierwszym obrazie na plan pierwszy wysunięta zostaje Salome z silną sylwetką, mocnymi ramionami, w jasnej, delikatnej sukience. Czysta niewinność, delikatność, ale jednocześnie pewność siebie, swej urody i pozycji, na co wskazuje ułożenie ciała. Dalszy plan obrazu nie jest już tak pogodny i wyciszony. Za Salome schowana jest jakaś postać, która w sinych, wręcz fioletowych, zimnych dłoniach trzyma tacę z głową żydowskiego proroka, owiniętą w jasne płótno. Do bardzo intrygujących należy kwiat, pokazany w lewym górnym rogu.


Rozpoznajecie ten kwiat? To passiflora, potocznie zwana męczennicą (passio - cierpienie, flos - kwiat). Symbolika tego niezwykłej rośliny należy do nader złożonych: 5 pylników to pięć ran Chrystusa, trójdzielne znamię słupka - to trzy gwoździe, 5 płatków i 5 działek kielicha to 10 apostołów ( bez Piotra i Judasza). Dodam od siebie, gdyż swego czasu udało mi obserwować passiflorę w moim domu, że kwitnie zawsze tylko jeden cudowny, z reguły fioletowy kwiat, przez dokładnie trzy dni...
Wydaje się, iż nieprzypadkowo Malczewski wykorzystał w obrazie akurat ten motyw.
Drugi wizerunek Salome pokazuje również kobietę silną, pewną siebie, z włosami wysoko upiętymi, ubraną w czerwoną, wyrazistą suknię. Misę z głową Jana Chrzciciela trzyma w rękach przed sobą. To zmarły prorok wysuwa się na pierwszy plan. Salome jednak pokazuje zwycięski uśmiech, zadowolenie, przewagę. Uwagę zwraca różnica w kolorze jej rąk. Prawa jest jakby ciemniejsza. Czyżby przez krew, którą się splamiła? Lewa - nader blada, symbolizująca śmierć. Tło obrazu przypomina toskańskie krajobrazy i pejzaże, cyprysy, wierzchołki rozłożystych gór. W ogóle "Salome" według mnie nawiązuje do... Mona Lisy - Leonardo da Vinci. Ułożenie ciała, sylwetka, tajemniczy uśmiech, kompozycja obrazu. Mimowolnie mam skojarzenia z renesansowym geniuszem. Uwielbiam ten międzyczasowy i  międzyartystyczny dialog...
Zimowy poranek i trzy obrazy, a tyle refleksji, rozmaitych myśli i skojarzeń. Fascynujący początek weekendu.
Obraz "Jan Chrzciciel" niewątpliwie nie należy do jednoznacznych, prostych w odbiorze. Wymaga dalszych badań i zainteresowania, szczególnie interesującego zdjęcia karty obrazu, przedstawiającego koncepcję dzieła. Na razie trudno ustalić ze zdjęcia rok powstania zastanawiającego szkicu: 1898 czy 1918 ? To istotna różnica. Malczewski obraz datuje na rok 1911. Tak tworzy się kolejna historia...
A ja naładowana energią i myślami snuję się jeszcze powoli po muzeum i przyglądam się pozostałym obrazom Malczewskiego. Teoretycznie je dobrze znam, ale z ciekawością, może nawet ciekawskością patrzę i fotografuję. To taki rodzaj delektacji duchowej, zatrzymania miłych chwil...
Dołączycie do mnie?
Zacznę od cyklu Zatruta studnia...

                                                                       Zatruta studnia, 1906

 
                                                                        Zatruta studnia, 1905

                                                                        Zatruta studnia, 1905

Niedawno pożegnaliśmy czas świąteczny, a teraz wspomnienie jasełek.

                                                                               Jasełka, 1920

Nie można pominąć monumentalnego, wizyjnego dzieła Malczewskiego, dzięki któremu jest tak rozpoznawalny. Wspaniała zabawa kolorem, perspektywą i przestrzenią! Wyczuwa się namacalnie ruch i dynamizm.

                                                                              Błędne koło, 1895-97

Jest przecież sobota. Może odpoczniemy w cieniu upalnego dnia...

                                                                   Pejzaż z Lutosławic, 1924

I obraz, przy którym zatrzymuję się zdecydowanie na dłużej. Nawet jeszcze raz wracam, aby nacieszyć nim oko. Taki inny, wyciszony i oszczędny, jak na Malczewskiego. To "Wiosna - Krajobraz z Tobiaszem" z 1904 roku. Natura nader delikatnie budzi się do życia, pustawymi polami kroczą dwie postaci...
Z "Janem Chrzcicielem" i również z tym  intrygującym płótnem Was dzisiaj pozostawiam....








środa, 6 stycznia 2016

Włoscy futuryści i Giorgio Morandi, czyli pierwszy spacer po Pinacoteca di Brera (post_55)

     Gino Severini, Grande natura morta con la zucca, 1917 (Large Still Life with Pumpkin)

W ubiegłym roku, w sposób wyjątkowy, spełniły się moje marzenia dotyczące "podróży ze sztuką". Odbyłam ich sporo, w tym trzy niezapomniane do Italii. Czuję się więc niezwykle spełniona pod tym względem. Otrzymałam szansę odwiedzenia wielu znakomitych, znanych i popularnych muzeów, jak i obiektów, do których zdecydowanie rzadziej się zagląda. Te ostatnie są zresztą zawsze warte szczególnego zainteresowania, gdyż często w takich miejscach można odnaleźć fascynujące dzieła artystycznej wyobraźni twórców. Nie wspomnę o komforcie ich podziwiania.
Od wielu lat pragnęłam zmierzyć się z bogatą kolekcją zgromadzoną w Pinacoteca di Brera w Mediolanie, chcąc ujrzeć wreszcie słynny obraz zatytułowany "Zmarły Chrystus" Andrei Mantegna, poruszona jego okulusem widzianym przeze mnie w Palazzo Duccale w urokliwej i tajemniczej Mantui.
W drodze powrotnej z Toskanii "zahaczyłam" zatem na "chwilę" (czytaj: dwa i pół dnia) o stolicę Lombardii. 




Mediolańskiej galerii sztuki uległam od razu, począwszy od przekroczenia progu imponującego i intrygującego budynku muzeum, a czym bardziej się zagłębiałam w niekończące sale ekspozycji, tym mój podziw dla tej przestrzeni muzealnej wzrastał. Nie mam żadnych wątpliwości, to nie jest muzeum na jednorazową wizytę, podobnie jak Musei Vaticani czy Galeria Uffizi. Muzeami na tym poziomie, najwyższym z możliwych, należy się nader powoli delektować, smakować je, mieć czas na chwilę refleksji i zastanowienia, na to, by przystanąć albo usiąść i się "zapatrzyć". Pierwsze zetknięcie, to szalony, szybki  i niestety łapczywy posiłek. W efekcie - człowiek pozostaje nienasycony...

Ale dzisiaj nie opowiem o skarbach, perłach malarstwa dawnego, jakie tam odnalazłam, które chwytają za serce i koją duszę. Moją opowieść o obrazach rozpocznę od wspaniałego zbioru włoskiego malarstwa współczesnego, z którym mogłam się w Brerze zetknąć i o którym od czasu do czasu pisuję na moim blogu. Malarstwo mało znane w Polsce, a i we Włoszech popularyzowane od jakiegoś czasu, poprzez szereg wystaw krajowych i zagranicznych. Pewnie przez kontekst złożonych i skomplikowanych powiązań bliższych lub dalszych, przynajmniej niektórych malarzy z ideologią Benito Mussoliniego, o czym nie mogę nie wspomnieć. 

Gino Severini ( 1883-1966) to twórca, którego obraz otwiera dzisiejsze rozważania o sztuce.
Uczeń Giacomo Balla, zafascynowany był na progu swej drogi twórczej techniką dywizjonizmu i w tym duchu powstawały jego pierwsze obrazy. Pobyt w Paryżu, liczne kontakty z ówczesnymi malarzami m.in. Amedeo Modigliani, Raoul Dufy czy Georges Braque, stanowiły dla niego ogromne doświadczenie. Przełomu w jego karierze dokonała współpraca z Fillippo Tommaso Marinetti i przystąpienie do ruchu związanego z futuryzmem, przyjmującego we włoskim wydaniu rodzaj kubizmu, umożliwiającego analizę energii w obrazach, wyrażanie ekspresji i swoistego dynamizmu.

                                                    Gino Severini, Le Nord-Sud, 1912

Należy wspomnieć również, iż Severini stał się autorem najbardziej charakterystycznego dla  futuryzmu dzieła, prezentowanego poniżej, zatytułowanego "Dynamiczny hieroglif na Balu Tabarin " z roku 1912, znajdującego się aktualnie w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Nowym Jorku.

 File:Gino Severini, 1912, Dynamic Hieroglyphic of the Bal Tabarin, oil on canvas with sequins, 161.6 x 156.2 cm (63.6 x 61.5 in.), Museum of Modern Art, New York.jpg
                                                                wikipedia.org

Po roku1916 odchodzi od futuryzmu i podąża w stronę symbolizmu, szukając dalszej swojej artystycznej drogi.

Kiedy dostrzegłam ten obraz i następne, pomyślałam od razu, to Giorgio di Chirico !

                    Carlo Carra, La musa metafisica, 1917 ( The Metaphysical Muse)

I tu dokonałam odkrycia, nieznanego mi malarza, Carlo Carra (1881-1966). Ten nader interesujący artysta, nie do końca dochowywał wierności ideom ruchów i kierunków, w których powstawały jego obrazy. Zaczynał od futuryzmu i znany jest najbardziej z powstałego w 1911 roku obrazu pt."Pogrzeb anarchistycznej Galli", eksponowanego również w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Nowym Jorku.


https://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/7/7f/Funeraloftheanarchistgalli.jpg
                                                                  wikipedia.org

Znajomość i fascynacja twórczością Giorgio di Chirico, zaowocowała w roku 1917, wspólną koncepcją obu artystów malarstwa metafizycznego, o której wspomniałam już w poście poświęconym właśnie Chirico http://rennewmuzeum.blogspot.com/2015/07/giorgio-de-chirico-prekursor-surrealizmu.html
W Brerze odnajduję jeszcze dwa obrazy z tego okresu, według mnie najbardziej interesującego dla Carra.

                        Carlo Carra, La camera Incantata, 1917 (The Enchanted Room)

                           Carlo Carra, Madre e figlio, 1917 ( Mother and Child)

Prace z tego okresu wyraźnie zawierają wszystkie elementy "pittura metafisica": wielopunktowość perspektywy, postaci manekinów i posągów, oczywiście cienie żyjące własnym istnieniem. Świat funkcjonujący poza czasem, w innym wymiarze. Odnoszę wrażenie jednak, iż u Carra, inaczej niż u Chirico, ten świat jest jeszcze bardziej zamknięty, ciasny poprzez ograniczenie przestrzeni ścianami pomieszczeń, pokojów. Odczuwa się swoistą pustkę i osamotnienie, jakiś bezruch i bezuczuciowość. 
Po roku 1920 Carlo Carra podąża już ku innemu malarstwu, tak odmiennemu od dotychczasowego, ku malarstwu pejzażowemu.

A my tymczasem przyjrzyjmy się kolejnemu artyście - Mario Sironi (1885-1961). Kiedy z daleka spostrzegam jego obraz - uśmiecham się. Dlaczego?

                                     Mario Sironi, La Lampada, 1919 (The Lamp)

Uwielbiam takie sytuacje, kiedy spotykam świadomie lub niespodziewanie znane mi dzieło, zazwyczaj w trochę innych okolicznościach. Obraz "Lampa" widziałam na fascynującej, retrospektywnej wystawie twórczości Sironiego w Rzymie, w przestrzeni muzealnej, tak mi bliskiej, Complesso del Vittoriano http://www.comunicareorganizzando.it/mostra/sironi-1885-1961/
Obraz nawiązuje do koncepcji malarstwa metafizycznego Chirico i Carra. Odniesienie jest jednoznaczne. Ale Sironi szuka swego miejsca w sztuce. W roku 1922 należy do jednych z założycieli ruchu Novecento Italiano, który miał w swoich założeniach przywrócić powojenny porządek w sztuce europejskiej.
Niestety Mario Sironi w swojej artystycznej biografii ma okres zafascynowania faszyzmem, współpracy z Mussolinim. Nie mniej obrazy artysty, które pamiętam z rzymskiej wystawy, przedstawiające miasto, fascynujące się jego rozwojem, powtarzające motyw charakterystycznie skonstruowanych budynków, przypadły mi bardzo do gustu. Trzeba wtedy odłożyć na bok kontekst ideologiczny.

No i Umberto Boccioni (1882-1916), kolejny włoski futurysta, niestety krótko żyjący. W czasie manewrów wojskowych upada z konia i na drugi dzień umiera. Zanim zafascynował się futuryzmem, swe zainteresowania artystyczne kierował w stronę puentylizmu.

                     Umberto Boccioni, Rissa in galleria, 1910 ( Riot in the Galleria)

Należy do współzałożycieli "Manifestu futuryzmu" z roku 1909, razem z Carlo Carra, Fillippo Marinetti i Luigi Russolo.

                                           Umbeto Boccioni, Autoritratto, 1908

Artysta wiele podróżował po Europie, w Paryżu zafascynował się impresjonizmem i post-impresjonizmem. Wykazuje również ogromne zainteresowanie rzeźbą. Niestety większość jego prac znana jest z fotografii, gdyż zostały zniszczone przez deszcz, w czasie bezmyślnego wystawienia ich w plenerze. Warto pokazać jednak najbardziej znane i bardzo dobrze zachowane dzieło pt. "Jedyne kształty ciągłości w przestrzeni" (1913).


File:'Unique Forms of Continuity in Space', 1913 bronze by Umberto Boccioni.jpg
           wikipedia.org

Przedwczesna śmierć nie pozwoliła na rozwinięcie niewątpliwego talentu artysty.

Giorgio Morandi  - tego malarza związanego praktycznie przez całe życie z Bolonią przedstawiłam bliżej w poście poświęconym jego wystawie w Complesso del Vittoriano w Rzymie http://rennewmuzeum.blogspot.com/2015/05/skandynawski-minimalizm-po-wosku.html

A jakie dzieła odnalazłam w Brerze? Oczywiście martwe natury z powtarzającymi się motywami i przedmiotami oraz wyciszone, stonowane, wręcz zgaszone w kolorystyce pejzaże. 









A oto młodzieńczy autoportret Morandiego...



Kończę nasz pierwszy spacer po wspaniałym, monumentalnym i niezmiernie bogatym mediolańskim muzeum.Przebywaliśmy jedynie w dwóch salach, ale i tak nie rozwinęliśmy jeszcze skrzydeł. Musiałam dokonać trudnego wyboru dzieł współczesnych włoskich artystów. Ominęłam bardzo wielu doskonałych i znanych powszechnie twórców m.in. Amedeo Modigliani i Picasso.
A zatem nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zaprosić Was na kolejnę wizytę w Brerze...