piątek, 12 sierpnia 2016

Sztuka miłości i prawdy, czyli Marc Chagall wśród mistrzów Awangardy we Wrocławiu (post_73)


Wystawa, na którą dzisiaj Was zapraszam, została zatytułowana "Marc Chagall i artyści europejskiej awangardy". Nazwisko artysty stało się oczywiście magnesem przyciągającym widzów. Chagall należy przecież do niezmiennie popularnych  i  podziwianych twórców, wręcz uwielbianych. Dlatego też każda wystawa jego dzieł wywołuje poruszenie oraz ogromne zainteresowanie odbiorców. O jednej z nich pokazywanej w Rzymie pisałam w jednym z postów http://rennewmuzeum.blogspot.com/2015/05/marc-chagall-w-chiostro-del-bramante.html. Do dzisiaj wspominam ten epizod mego życia ze wzruszeniem i tkliwością. 

Pałac Królewski we Wrocławiu stał się obiektem, w którym w ramach Europejskiej Stolicy Kultury, sprowadzono z odległego Muzeum Marca Chagalla w Witebsku (na Białorusi) www.chagal-vitebsk.com/node/159 , 16 litografii artysty i 43 litografie innych, nie mniej istotnych i wspaniałych malarzy. To pierwsza ekspozycja witebskiej kolekcji w Polsce, dlatego według mnie, tak ważna i "obowiązkowa" dla wszystkich miłośników sztuki. 
Muzeum w Witebsku powstałe w roku 1997, a więc stosunkowo niedawno, zgromadziło niezwykle ciekawy zbiór 300 litografii Marca Chagalla oraz 200 litografii wybitnych przedstawicieli awangardy przełomu XIX/XX wieku. Zastanawiające dla mnie było pochodzenie tej wyjątkowej kolekcji. Okazało się, że są to dary wielu kolekcjonerów. Wystawa trwa tylko do końca sierpnia, więc kto chciałby pojechać do Wrocławia, niech to uczyni w najbliższym czasie.


Skąd wziął się fenomen sztuki Marca Chagalla?
Myślę, że wynika z autentyczności, z afirmacji życia,  z niepowtarzalnej siły i energii artysty oraz jego wieloletniej determinacji w utrwalaniu świata utraconego dzieciństwa. On zresztą sam stwierdził " Wszystko można zmienić w życiu i w Sztuce i wszystko się przeistoczy, gdy pozbędziemy się wstydu wypowiadając słowo Miłość (...). W nim jest sztuka prawdziwa: oto cały mój warsztat i cała moja religia."
Chagall wierzył w prawdziwą miłość do świata, krajów, kultur, ludzi  i  oczywiście kobiet, które napotkał na swej drodze. Miłość go uskrzydlała, nadawała sens istnieniu, motywowała do działania. I tę wzniosłość przelewał na swe obrazy, stąd tyle unoszących się postaci ponad ziemią. Stamtąd widać przecież zdecydowanie lepiej i piękniej. Miłość otwiera człowieka na otoczenie, ułatwia życie i daje poczucie wspólnoty, bycia razem. Miłość nie pozwala nigdy czuć się samotnym. Chagall  doczekał prawie stu lat, oddając się całkowicie swej twórczości. Wystarczy pooglądać zdjęcia Chagalla w podeszłym wieku, szczególnie przyjrzeć się jego oczom, gorejącym żywotnością, aby przekonać się o prawdziwości przytaczanych myśli.




Litografie artysty, choć należą do mniejszych form artystycznego wyrażania, stanowią wyjątkowe uzupełnienie jego malarstwa. To zapisy jego wielu, niezliczonych wspomnień i skojarzeń. Dotyczą przede wszystkim jego dzieciństwa przeżytego w maleńkim , prowincjonalnym, choć wielokulturowym, wieloreligijnym Witebsku, co ciekawe nigdy przez niego nie odwiedzonym po latach, mimo takiej możliwości. Każdy z nas ma zachowany w pamięci swój odrębny świat utraconego dzieciństwa. Świat, w którym nie do końca odróżniamy prawdę od wrażenia czy zmyślenia. To obrazy miejsc, przedmiotów, zwierząt i oczywiście ludzi, z którymi zetknął nas los. Nasza pamięć bogata jest czasami w dziwne rzeczy. Nie potrafimy wyjaśnić, dlaczego akurat coś szczególnie utkwiło w naszej pamięci. Przeszłość dzieciństwa wyświetla się także w naszych snach. O tym opowiada Chagall w swoich pracach. Sam mówi "Nie nazywajcie mnie fantastą! Wręcz przeciwnie, jestem realistą. Kocham świat."


Powyżej litografia, która zwróciła moją uwagę pt."Natchnienie" z wyciszoną kolorystyką i tą wyjątkową "miękkością" postaci, tak charakterystyczną dla artysty. Twórca pochylony nad obrazem z paletą farb, z rękoma złożonymi pokornie na piersiach, wpatruje się w dzieło. Nad nim delikatna, unosząca się postać, a jednocześnie prawie wtopiona w jego ciało. To natchnienie? Bliskie, tak mocno, że czuje się jego oddech.
W litografiach artysty zauważa się wpływy wielu ówczesnych, awangardowych kierunków w sztuce: fowizmu, kubizmu czy symbolizmu, choć Chagall nie lubił, gdy go próbowano przyporządkować do któregoś z nich. Podobają mi się określenia twórczości Chagalla mianem "sztuki w kawałkach" czy "malowaną poezją". To obrazuje wieloznaczność jego malarskich wizji, tajemniczość i niedookreślenie. W tym tkwi również fenomen jego spuścizny.



Poniżej kolorowa litografia Chagalla, będąca symbolem wrocławskiej wystawy. To dzieło z 1969 roku pt. " XXe siecle. Hommage a Marc Chagall".


Spotkanie z Chagallem jest zawsze ekscytujące, ale wystawa daje możliwość kontaktu także z innymi znakomitymi i wybitnymi artystami, jak Fernand Leger, Henri Matisse, Georges Brague, Joan Miro czy Salvador Dali. Każdy z nich to osobowość i legendarne dzieła, odrębna stylistyka. Każdy wymagałby osobnego potraktowania. Dla mnie wszyscy ci artyści są równoważnymi bohaterami wrocławskiej ekspozycji. Oglądam ich prace ze wzruszeniem i podekscytowaniem. Tak rzadko mogę oglądać dzieła tych twórców w polskich muzeach. Tym bardziej doceniam pomysł i wysiłek kuratorów aktualnej wystawy w Pałacu Królewskim, wspominając jednocześnie znakomite wydarzenie, jakim było zgromadzenie dzieł kilku pokoleń rodziny Brueglów.
Ale wróćmy do awangardzistów. Przyjrzyjmy się ich kolorowym litografiom, tak świetnie odzwierciedlających stylistykę poszczególnych malarzy. Rozpoznamy ich bez trudu, nawet bez podpisów.
To oczywiście Fernand Leger z masywnością postaci i rygorystyką kolorów.






Georges Braque w kolorowej litografii z 1949 roku.


Któż nie rozpozna słynnego Joan Miro i niezwykłych bohaterów barwnego świata jego obrazów?








No i uwielbiany przeze mnie osobiście Henri Matisse. W wyjątkowy sposób portretował kobiece ciało, czasami kilkoma kreskami. 
Z zawodu prawnik, z wyglądu prawnik i urzędnik, nienagannie ubrany i z taką nieprawdopodobną odwagą kolorystyczną i egzotyką, z nieograniczoną artystyczną wyobraźnią.
 







Lubię niespodzianki i nowych, nieznanych mi artystów. W tym przypadku to Alexander Calder ( 1898 - 1976), amerykański abstrakcjonista, przedstawiciel sztuki kinetycznej.
Ciągle się uczę, poznaję coś nowego, poszukuję i odkrywam. Przypominam sobie słowa Chagalla "Żadna akademia nie dałaby mi tyle, ile odkryłem w Paryżu sycąc się wystawami sztuki, wystawami sklepowymi i muzeami". Mnie to też dotyczy w jakimś sensie. Moja pasja wędrowania po muzeach czy innych artystycznych przestrzeniach, spotkania i rozmowy z napotykanymi ludźmi, sprzyja mojemu rozwojowi postrzegania sztuki, wzbogaca mnie jako człowieka.




Na zakończenie wybitny Salvador Dali w litografii pt."Miasteczko paranoika" z 1931 roku ( własność prywatna). Niestety warunki ekspozycji tej pracy nie są najlepsze, gdyż umieszczono ją w sali, w której wyświetlano film o Chagallu. Brak możliwości skupienia i spokojnego oglądania znakomitego dzieła nieco mnie irytowało, ale cóż...
Hiszpański artysta to doskonały rysownik, szczegółowy i drobiazgowy. Litografia wpisuje się w świat ludzkiej samotności i pustki,  rozpadania się rzeczywistości, jakiejś nadchodzącej zagłady...


Kolejna wystawa za mną. Czuję satysfakcję i zadowolenie, a jednocześnie lekki żal, że coś się skończyło. 
Na szczęście kolejne wystawy czekają. Tym razem może w Krakowie?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz